2. MILES DAVIS I JEGO MAGICZNA TRĄBKA

Wyruszamy w kolejną podróż. Tym razem poznacie postać wybitnego trębacza Milesa Davisa. Do dzisiaj pozostaje największym wizjonerem jazzu. Muzyk genialny i ekstrawagancki. „Przez całe swoje twórcze życie wyprzedzał pomysłami”. Tak powiedział o nim inny znakomity jazzman, pianista Herbie Hancock.

Zacznijmy jednak od początku, czyli od narodzin. Miles Davis miał to szczęście, że urodził się w zamożnej rodzinie 26 maja 1926 r. w Alton w stanie Illinois, małym miasteczku nad Missisipi. Jego ojciec był dobrze zarabiającym dentystą i od najmłodszych lat niczego temu czarnoskóremu chłopcu nie brakowało. Miał 9 lat, gdy dostał swoją pierwszą trąbkę i rozpoczął regularną edukację muzyczną. Już będąc nastolatkiem, grał w zespołach jazzowych razem z Dizzym Gillespim i Charlie’m Parkerem. Rodzice dążyli, żeby zdobył akademickie wykształcenie, przerwał więc granie w zespole i zaczął studia w renomowanej, nowojorskiej Juilliard School of Music, której jednak ostatecznie nie ukończył. Indywidualista i ciągły poszukiwacz poszedł swoją drogą. Jak bogata i arcyciekawa twórczo była to droga, możecie przeczytać w autobiografii pt. „Ja, Miles” napisanej przy współpracy Quincy’ego Troupe’a. Od pierwszego Wielkiego Kwintetu, w skład którego wchodzili: John Coltrane (saksofon tenorowy), Red Garland (fortepian), Paul Chambers (kontrabas) i Philly Joe Jones (perkusja), poprzez współpracę z innymi wielkimi jazzmenami, m.in. Gilem Evansem (którego do końca życia uważał za swojego największego przyjaciela), Wyntonem Kelly, Georgem Colemanem, Ronem Carterem, Tonym Williamsem, Herbie’m Hancockiem, Waynem Shorterem, Marcusem Millerem i wieloma, wieloma innymi.

Miles Davis ślady swoje zaznaczył niemal w każdym nurcie jazzowym, począwszy od II wojny światowej, aż po lata 90. XX w. Jego kariera muzyczna jest tak bogata, że nie sposób jej opisać w krótkim tekście. Wrócę na chwilę do jego autobiografii, w której oprócz oczywiście swojej drogi artystycznej z ekshibicjonistyczną szczerością odsłania także mroczne karty osobistego życia, m.in. silne uzależnienie od narkotyków, od których odchodził i powracał aż do początków lat 80. W jego życiorysie na szczęście nie brakuje normalności: dobrego dzieciństwa, rodzicielstwa, kilku udanych romansów i przyjaźni. Często siłą rzeczy porusza problem rasizmu, tak dla niego bolesny (zdarzyło się mu być dotkliwie pobitym w jednym z nowojorskich klubów). O innych ciemnych stronach życia Milesa nie będę pisała, są naprawdę hardcorowe. Cóż, ponoć geniuszom można wiele wybaczyć… Charyzma, nowatorskie podejście do jazzu, inspirujący eklektyzm, nieustanne poszukiwanie wbrew przyjętym normom… Nic dodać, nic ująć! Wzloty i upadki Mistrza to temat na grubą książkę. Bogate życie, nie zawsze prawe, ale wypełnione treścią do granic wytrzymałości!

Ja z ogromu dorobku płytowego Milesa Davisa chciałabym szczególnie polecić moją ulubioną „Kind of Blue” uznaną zresztą za najwybitniejsze dzieło w historii jazzu (z roku 1959). Mistrzowska improwizacja, emocje, namiętność, smutek zaklęte w skupionym, introwertycznym i „zadławionym” brzmieniu trąbki Milesa. Dla skromnego porównania polecam płytę „Tutu” (z roku 1986). Od pierwszych dźwięków (bez świadomości, jakich nowych środków stylistycznych w niej użyto) usłyszycie, jak bardzo różni się od tej pierwszej. Z płytą „Tutu” związana jestem emocjonalnie, ponieważ promowana była przez Milesa Davisa w Warszawie na Jazz Jambore w roku 1988 i słuchałam mojego guru na żywo. Choć było to ponad 30 lat temu, wspomnienie tego koncertu dalej jest dla mnie inspirujące! „Książę ciemności”, jak nazywano Milesa Davisa, zmarł we wrześniu 1991 roku, 28 września w Santa Monica w Kalifornii. Do tej pory pamiętam, jaki wtedy ogarnął mnie żal i smutek, że to już koniec….

Wasz instruktor

Udostępnij

Share on facebook
Facebook
Skip to content