ODCINEK 10

O pierwszych zorzach Borzysław już jest na nogach. Wybiera się witać swego pana, Swaroga nadchodzącego pod postacią słonecznej tarczy. Chyba mnie specjalnie nie budzi – wszak nie jestem wyznawcą słonecznego kultu. Jednak gdy wyszedł i ja opuszczam posłanie. Przemywszy twarz wodą, wskakuję w swe odzienie. Uspokajam Niuka pełnego nadziei na ranną eskapadę, że idę „do kościółka”. Pies dobrze wie, iż tam pieski nie chadzają, kładzie się więc na powrót i tylko wodzi za mną zawiedzionym wzrokiem. Wychodzę, cicho zamykając za sobą drzwi. Przy kamiennym ołtarzu bieleje postać Borzysława. Stoi bez ruchu, pewnie oczekując pojawienia się słońca. W kręgu zniczy ofiarnych, po jego prawej stronie, na najbliższym palenisku płonie ognisko. Opodal stoi rodzina Unisławów. Patrzą na wschód. Jestem już prawie że za nimi, lecz skrajem lasu jeszcze bardziej zachodzę ich od tyłu. Nie chcę przeszkadzać, ale również jestem bardzo ciekawy pogańskich modłów. Niestety nie mogę niepostrzeżenie podejść bliżej. Ale i tak mi wystarczy, aby przynajmniej popatrzeć. Może i cokolwiek usłyszę?

I oto ponad widnokrąg wystrzela czerwone słońce, zalewając świat jasnymi promieniami. Borzysław gnie się trzykrotnie w głębokim pokłonie. Podobnie czynią Unisławowie. Żerzca wita Swaroga – pana wszelkiego stworzenia, przychodzącego znów o świcie, by wszystko ożywić swym blaskiem i ciepłem. Następuje dłuższa modlitwa wysławiająca. Wtórują jej korne pokłony. Potem Borzysław przechodzi do modłów dziękczynnych. Trwa to długo, gdyż jest przecież za co dziękować. Słyszę jego melodyjny, a zarazem donośny głos. Tutaj także ma swój udział rodzina Unisława. Po dziękczynieniu przychodzi czas na modły błagalne, a tych też jest wszak cała moc!

– Musi mieć dobrą pamięć, żeby przypadkiem czegoś nie pokiełbasić lub pominąć. Pamiętam z historii starożytnej, że pomyłka kapłana w trakcie modłów niweczyła całą modlitwę. Jeżeli zatem taka zasada obowiązywała pogańskich kapłanów w starożytności, to i chyba ma tutaj również zastosowanie? No tak, przecież taki kapłan – żerzca, musi reprezentować jakąś klasę. W przeciwnym wypadku byle jąkający się patałach mógłby nim zostać.

Na koniec Borzysław składa Swarogowi symboliczną obiatę1. W wyciągniętych ku słońcu dłoniach składa w darze wpierw garść ziarna, które następnie sypie w ogień. Potem unosi niewielki dzbanek. Pewnie musi być ładny, gdyż nawet z mego miejsca dostrzegam na nim czerwono – biało – czarny ozdobny szlaczek. Co jest w dzbanuszku, nie wiem. Żerzca wprawdzie nadal głośno wypowiada słowa, lecz pierwsze podmuchy zachodniego wiatru porywają je w drugą stronę.

Opuszcza wyciągnięte ręce z dzbanuszkiem. W następnej chwili jego zawartość ląduje w ogniu. Bucha zeń obłoczek pary, zaś Borzysław wciąż dzierżąc w dłoni dzbanuszek, wraca na poprzednie miejsce i trzask nim o głaz! Pryskują wokoło skorupki.

– Chyba niebawem będą kończyli modły? – Zaczynam odwrót. Skrajem lasu zmierzam ku chacie. Od drzwi rzucam jeszcze okiem w kierunku kąciny. Żerzca wciąż tkwi przy ołtarzu, bijąc pokłony.

Wchodzę do izby i odwzajemniam czułości witającemu mnie Niukowi. Po chwili wychodzimy przed domek. Niedawni ofiarnicy zmierzają poprzez polanę w naszym kierunku. Pies wybiega im na spotkanie. Równocześnie ścieżką z lasu wychodzi Zbyszko. Niesie spory tobołek zawinięty w jasne płótno. Niuk wpierw szczeka na niego, ale zaraz daje sobie spokój.

Siedzimy w izbie, zajadając smakowite śniadanie. Gadamy o rychłym wyjeździe. Konie już czekają na starym miejscu. Zabieramy pozdrowienia dla Czcibora, Witomira i Luby oraz ich dzieci. Dopiero tutaj się dowiaduję, że prócz Bogny jest jeszcze dwu chłopców: starszy Borzysław, który imię wziął pewnie po wuju i młodszy od Bogny – Wojbor i na koniec najmłodsza Sława. Borzysław ma nadzieję ich spotkać, podobnie jak i nas, na święcie dziękczynienia. Potrwa ono parę dni, zatem na wszystko starczy czasu.

Dobrze nam tu, lecz niestety należy się zbierać do odjazdu. Ubrani do drogi wychodzimy przed dom, żegnając Zbyszka, który zostaje w izbie. Przy furtce Borzysław wpierw żegna się z Unisławami, a potem przychodzi moja kolej. I tu mnie zaskakuje. Przeprasza pozostałych i biorąc mnie pod rękę, wiedzie w kierunku kąciny. W drodze przez polanę pytam, do czego służą trzy zaostrzone pale tkwiące opodal ofiarnego głazu? Okazuje się, że wyznaczają na widnokręgu dokładnie wschód słońca w dniach przesilenia oraz równonocy, podobnie jak i cień rzucany przez nie na ołtarz. Wtedy przypadają ich główne święta. To, podczas wiosennego zrównania dnia z nocą, jest poświęcone głównie zmarłym. Pali się wtedy liczne ogniska – zarówno na żalnikach2, jak i rozstajach dróg, aby przy nich mogły ogrzać się dusze zmarłych. Nosi się zmarłym na żalniki dary – głównie jedzenie i napoje. Ale wtedy nie tylko czci się zmarłych. Jest to i święto Matki Ziemi, podczas którego składa się jej dary na odrodzenie życia. Głównie są to zdobne jaja, ale i także inne pożywienie.

W czasie letniego przesilenia są sobótki, czyli kupała. Jest to święto ze wszech miar radosne. Podobnie jak wiosną, pali się ognie – kres zwane – dla wzmocnienia siły ognia niebieskiego. A ponadto jest to głównie święto młodych. Wtedy zawiązują się nowe stadła małżeńskie, zaś przyszli narzeczeni poznają wolę bogów. W równonoc jesienną przypada święto dziękczynienia za plony. Poza tym prosi się także o urodzaj na rok przyszły – czyli jest to po prostu odpowiednik znanych mi dożynek. No, a w przesilenie zimowe są gody. Wita się wtedy słońce, idące już na lato, które symbolizuje podłaźnik – umajona gałąź choiny, zawieszana pod powałą.

Podczas prowadzonej rozmowy podchodzimy do kąciny. Aż trudno mi oczy od niej oderwać. Taka prosta, a tak piękna! Borzysław, dając znak bym zaczekał, otwiera jej drzwi i wchodzi do środka. Słyszę z wnętrza jego głos, lecz nie rozróżniam słów. Przemawia tak dłuższą chwilę. Na koniec milknie, jednakże czekam jeszcze troszkę, nim się ponownie pojawia w drzwiach. W ręku ma owalną, jaskrawo pomalowaną tarczę. Stajemy za kąciną. Nakazuje mi zdjąć kubrak i zawiesza tarczę na mych plecach.

– Wraz z błogosławieństwem Swaroga będzie mnie strzegła przed złą przygodą. I pod żadnym pozorem nie wolno mi jej zdjąć przed powrotem do Unisławowego Źrebu! – Pomaga mi na powrót wdziać kubrak. Dobrze, że jest obszerny, gdyż w przeciwnym wypadku chyba bym go nie założył. Zapinam luźniej pas, serdecznie dziękując za dar.

W drodze powrotnej poprzez polanę nucę mu „Kiedy ranne wstają zorze”, aby wiedział, że prócz pieśni wieczornej, jest również i poranna. Potem zabieram Niuka dotąd czekającego niecierpliwie przy płocie i puszczam wolno z linki. Wziąwszy swój dobytek, podążam ku ścieżce wiodącej w dół. Jeszcze od lasu macham Borzysławowi ręką. Ostatecznie zbiegam na polankę, do siedzącego na Strzale Mirka, który czeka na mnie obok osiodłanej Ilvy. Unisław z żoną i Stachem pojechali już przodem uznając, że wnet ich dopędzimy. Wskakuję na Ilvę. Ruszamy. Niuk widząc, że to znów zanosi się na dłuższą podróż, grzecznie biegnie obok. Wkrótce wyjeżdżamy z lasu i drogą opadającą w dół, kierujemy się na południowy zachód. Za nami pozostaje osada u stóp świętej górki. Z lewej – ciągną się pola, zaś z prawej – w niewielkiej odległości ciemnieje las porastający zbocze wzgórza. Na drodze daleko przed nami widnieją sylwetki Unisława i Zbisławy ze Stachem. Jadą wolno. Przyspieszamy, chcąc ich dogonić. Mirko już po chwili znacznie mnie wyprzedza. No cóż, jest dużo lepszym jeźdźcem.

– Co mi tam, nie pali się. I tak ich wkrótce dogonię!

Niuk biegnie od strony pól. Właśnie pognał za jakimś ptaszyskiem. Mijam ostatnie drzewa lasu porastającego wzgórze, gdy nagle słyszę stuk i równocześnie mocne uderzenie w plecy rzuca mnie na koński kark!

– Strzała! Nie prostuj się – przelatuje myśl błyskawicą. – Niechaj drań sądzi, że mnie zabił. Leżąc na karku Ilvy, pozwalam się ponieść koniowi.

Unisław już wjeżdża w czerniejący przed nami bór. Za nim niknie mi z oczu wierzchowiec niosący Zbisławę i Stacha. Po chwili ich śladem pomiędzy drzewami niknie Mirko. Ilva lekkim kłusem podąża za nimi.

W siodle prostuję się dopiero wtedy, gdy drzewa już na dobre mnie zasłoniły przed wzrokiem niedoszłego zabójcy. Nie chcę go wyprowadzać z błędu. Niechaj sądzi, że zamach się powiódł. Doganiając Mirka, ponownie padam na kark Ilvy.

– Dobrze mu zrobi, gdy się trochę przestraszy, że mnie opuścił w potrzebie. – Jadę chwilkę za zadem Strzały, nim głowę ku mnie odwrócić raczy.

Gwałtownie ściąga wodze. Patrzy szeroko rozwartymi, przerażonymi oczyma, nie mogąc wydobyć głosu ze zbielałych warg. A ja defiluję przed nim, udając nieboszczyka, z wielką strzałą tkwiącą w plecach. Strasznie lubię mocne efekty! Minąwszy go, zbliżam się do wierzchowca pani Zbisławy, gdy dopiero rozbrzmiewa jego rozpaczliwy okrzyk. Wszyscy, prócz Ilvy stają w miejscu, ja zaś wysuwam się na czoło kawalkady i dopiero wtedy prostuje grzbiet, podnosząc się z końskiego karku. W następnej chwili zostaję otoczony przez przerażonych przyjaciół. Unisław sięga po strzałę i ją wyrywa. Następnie z niedowierzaniem dotyka mych pleców. Błysk zdziwienia i nieme pytanie w oczach. Uspokajająco unoszę rękę. – Skąd wiedziałem? Zaraz opowiem jak się rzeczy miały. – Stoimy zbici w gromadkę. Muszę pokrótce opowiedzieć całą historię od początku, od spotkania babiny u źródła. Na koniec odpinam pas, by cokolwiek uchylić kubraka. Niechaj zobaczą przynajmniej kawałek tarczy.

– I tę tarczę dał Borzysław, zabrawszy ją ze Swarogowej kąciny?! – Tu Unisława aż zatyka z wrażenia. Dopiero teraz zdaję sobie sprawę, jak cenny jest to podarek, zaś obecnie tym cenniejszy, gdyż uratował mi życie.

Unisław wciąż nie może wyjść z podziwu, zaś pani Zbisława pyta:

– Któż cię chciał, Sławko, ubić? Przeczże?

– Tego niestety nie wiem i na razie nawet nie chcę wiedzieć. Jedźmy już! Przecież tarczy nie mam zdejmować aż do Unisławowego Źrebu. Jest mi zaś z nią niezbyt wygodnie, jedźmy więc, bym mógł się jej jak najrychlej pozbyć z grzbietu!

Unisław podaje mi strzałę:

– Masz, chowaj ją na szczęście!

Wkładam szyp3 w kołczan, poprawiam kubrak i zapinam pas. Ruszamy przed siebie, by czym prędzej opuścić niegościnne dla mnie strony.

Drogi szybko ubywa. Wody w rzekach jeszcze bardziej opadły i z przeprawami nie ma kłopotów. Nim słońce wyznaczy południe, osiągamy rozstaje dróg u przeprawy przez Małą Wisłę. Tutaj się zatrzymujemy. Musimy rozważyć, co dalej czynić? Najprościej byłoby zjechać do zagrody Czcibora, lecz wtedy pozostawimy wyraźny ślad. Mamy zaś w planie zakosić cztery konie z Włodzisławowej stadniny, zatem niezbyt wskazanym byłoby pozostawianie jakichkolwiek tropów. Wobec tego postanawiamy się zatrzymać w byłym obozie łapaczy. Wprawdzie z tym miejscem wiąże się wiele nieprzyjemnych wspomnień, no i jest tam też mogiła prawie że całej nieszczęsnej Stroimirowej wyprawy, lecz nic lepszego nie wpada nam do głowy. Dobra by też była polanka zaczynająca tajny szlak, niestety jest zbyt odległa, a poza tym brak tam wody. Zjeżdżamy więc w bór i znaną ścieżką docieramy do obozu. Nic się tutaj nie zmieniło. Szałasy stoją, jak stały. Słonko przypieka, a od czasu do czasu z drzew odzywają się ptaki. Jedynie świeży kopiec mogiły świadczy o niedawnych tragicznych wydarzeniach. Stacho, dotąd rozgadany, milknie i z lękiem spogląda na znane sobie miejsce. Pewnie jeszcze raz przeżywa niewolę. Ale i reszta towarzystwa ma także nietęgie miny. Czyżby obawa przed upiorami, w które zapewne pozamieniali się nieszczęśni łapacze? Ich ciała nie zostały spalone, zatem i niecne duszyczki nie mogły ulecieć w zaświaty. Ba, jakoś muszą wytrzymać te parę godzin w sąsiedztwie mogiły.

Zbisława zajmuje szałas Wyszomira. Ten jest najlepszy, a poza tym Wyszomir przeżył, więc żadną miarą nie będzie się tutaj plątał w charakterze upiora. Unisław wyszukuje zakrzywiony konar i zaostrza jego krótszy koniec. A na cóż mu to? Jednak nie pytam. Pożyjemy – zobaczymy. I tu mam rację. Niebawem wraz z Mirkiem idą do mogiły i zagłębiając zaostrzony koniec konara w ziemi, ciągną mozolnie za sobą. Zataczają zgrabny krąg, wyznaczony płytką bruzdą. Skończywszy jedną, przystępują zaraz do wyradlania drugiej i na koniec trzeciej. Patrzę na nich zdziwiony, nadal nic nie pojmując. Skończywszy wracają, a naradziwszy się krótko ze Zbisławą, oborują osobnym owalem miejsce naszego postoju. Tu już nie wytrzymałem i pytam Mirkową mamę, cóż to też wyprawiają?

– A to, aby upiorom ku nam zamknąć drogę. Żadną miarą nie przekroczą potrójnej skiby owalem otaczającej mogiłę. Ów owal zamyka w sobie wszelkie złe moce wewnątrz niego dotąd drzemiące. Zaś pojedynczy owal wokół nas tylko dodatkowo jeszcze zabezpiecza od złego czyhającego w boru. Tym sposobem możemy już tu spokojnie obozować bez obawy, iżby nas mogły dosięgnąć jakoweś złe.

Skinąłem głową ze zrozumieniem, nic już więcej nie mówiąc.

Konie lądują w znanej zagródce. Rozpalamy ognisko, po czym – już dobrze po południu – zostawiwszy konie na miejscu, podążam z Unisławem do Czcibora. Pewnie już nas tam niecierpliwie wyglądają? I w tym mam rację. Zaraz po naszym przybyciu do sadyby, Gniewko z Przemkiem serdecznie żegnają bartnika, dziękując za gościnę. Potem z małym wilczkiem wybywają do obozu. Przekazujemy pozdrowienia od Borzysława wraz z zaproszeniem na wspólne świętowanie.

Usypiające mięso dla Włodzisławowych piesków jest już gotowe. Mamy zamiar jeszcze tej nocy odwiedzić stadninę Gilów i zaopiekować się remanentami po Stroimirowej ekspedycji. Przecież Unisławowi należy się zadośćuczynienie za poniesione straty. Chociaż w tym wypadku będzie to i tak za mało. Po prostu pewnych rzeczy nie można wycenić.

W oczekiwaniu na Witomira opowiadam Czciborowi i Wojsławowi o mych niecodziennych przypadkach u stóp świętego wzgórza. Długo medytują nad tym, któż mnie chciał zabić? Wszak gościłem tam po raz pierwszy! Z nikim nie miałem zwady – ba, nawet nie rozmawiałem. Jedynie Borzysław, Zbyszko i babina stanowili tu wyjątek. Czyżby zatem strzelano do mnie przez przypadek? Niestety nie jesteśmy w stanie tego rozstrzygnąć. Może się później wyjaśni?

– Sprytnie Borzysław wymyślił z tą tarczą! Gdyby tak jeszcze drugą powiesić z przodu – ulepsza obronny pomysł żerzcy Wojsław. Tak się do tego zapalił, że postanawia pomysł zrealizować przy najbliższej okazji. – Przynajmniej byłby człek w drodze chroniony przed zdradziecką strzałą.

Pod wieczór przybywa Witomir. I jemu przekazujemy słowa pozdrowienia od Borzysława oraz zaproszenie na święto. Przyjmuje je z zadowoleniem. Jeszcze raz muszę opowiedzieć o zamachu na mnie. Aż mu się w to nie chce wierzyć. Ogląda tarczę ze śladem strzały, jak i sam pocisk. Wciąż kręci głową z niedowierzaniem. Ciekawe czy by owa nawiedzona baba nie mogła przypadkiem obaczyć we dzbanie oblicza dracza 4 – zastanawia się głośno. Pogada o tym z Borzysławem przy najbliższej okazji. Jeżeli czas pozwoli, wybierze się do niego nawet jeszcze przed świętem dziękczynienia. Przy okazji pytam czy przypadkiem, któryś z gilowian nie odkrył naszej tratwy ukrytej pośród chaszczy w kotlinie. Wody już przecież opadły.

– Nie, nie odkryto dotychczas. Są żniwa i nikt nie ma czasu na próżne myszkowanie pośród chaszczy. Namozoliwszy się za dnia w polu, nocą wszyscy śpią jak zabici. A i Ninogniew z pachołkami także całe dnie spędzają w polu. Włodzisław nagli z robotą, obawiając się deszczu. Dlatego kto żyw ciągnie w pole. Zaś cztery konie po łapaczach zazwyczaj nocują w niewielkiej zagródce przy Włodzisławowej stajni, w której wisi też kilka uprzęży – tak, aby były na podorędziu. Znajdą się i siodła. Sypia tam także Ninogniew z pomocnikami. – Na koniec prosi, byśmy przypadkiem nie zaprószyli w stajni ognia. Solennie przyrzekamy uważać. Skok wykonamy późną nocą i zaraz wyruszymy w drogę.

Chwilę jeszcze gadamy, lecz Witomir zbiera się już do powrotu. Jutro znów czeka go znojny dzień. Żegnamy się, dziękując za wszystko. W drodze do Gilowa podrzuci jeszcze spreparowane mięso psom w gospodarstwie. Wyśpią się na zapas. Obiecujemy sobie rychłe spotkanie na świętym wzgórzu. Przekazuję pozdrowienia dla Bogny, zaś Niuk – gdyby mógł mówić – pewnie prosiłby o przekazanie ukłonów Burej. Wyręczam go zatem i śmiejąc się, proszę o to Witomira.

Zmrok już zapadł, gdy kończymy pakowanie dobytku. Uprzednio jeszcze trzeba było dobrze zatrzeć ślady naszych koni na trakcie biegnące od Czciborowej sadyby. Nie można przecież wystawiać bartnika na niebezpieczeństwo, które by mu niechybnie groziło w razie odkrycia prawdy. Na koniec jemy późną wieczerzę i ustalamy plan akcji.

Księżyc wschodzi, gdy żegnając Czcibora i dziękując za wszystko, co dla nas z synem uczynił, ruszamy na rabunek. Mam tremę i zrazu odczuwam niejakie moralne opory. Myślę, że i reszta towarzystwa czuje podobnie, lecz nic nie mówi. A może wcale tak nie jest? Może to tylko ja mam jakieś głupawe skrupuły? Przecież to właściwie nie będzie żaden rabunek. Konie nie są Włodzisławowe, lecz po łapaczach. A że mu nie zapłacili, nie nasza sprawa. Wyrządzili krzywdę i tyle szkód Unisławowi, że mu się słusznie należy jakaś rekompensata. Przy tym myśmy rozgromili ich ekspedycję, zatem i łupy nam się słusznie należą. Mnie ponadto w Gilowie obrabowano – wprawdzie ze Stroimirowych dirhemów – ale zawsze. Poza tym pozbawiono wolności, która jest wszak wartością najwyższą, więc teraz wezmę jedynie zaledwie nędzną rekompensatę.

Znacznie już uspokojony i przed czasem rozgrzeszony, raźniej podążam na spotkanie Ninogniewa. To duża frajda, tak niespodziewanie odwiedzić znajomka. A to się drań zdziwi! No, bo że się ucieszy, w to raczej wątpię.

Księżyc wędruje coraz wyżej na rozgwieżdżonym niebie, od czasu do czasu odpoczywając krótko za jakąś chmurką, a my coraz bardziej zbliżamy się do celu. Prócz broni taszczymy nasze tobołki. Wpierw chcieliśmy je złożyć przy trakcie, u wylotu Czciborowej ścieżki i zabrać w drodze powrotnej. Jednak pozostałby ślad postoju, co sprawnemu tropicielowi mogło dać do myślenia. Lepiej więc dmuchać na zimne.

Na ostatek przecinamy w poprzek gilowską polanę i oto już przed nami solidny płot. Podchodzimy do wrót. Są niestety zamknięte od wewnątrz. Złożywszy tobołki na ziemi, Wojsław podsadza mnie ku górze. Hyc – i już jestem po drugiej stronie. Niuk popiskuje pod wrotami. Odsuwam zaworę i droga stoi otworem. Ucieszony pies łasi się u stóp.

Wchodzimy do środka, pilnie rozglądając się wokoło i nasłuchując. Wprawdzie wcześniej objaśnieni przez Witomira znamy rozkład gospodarstwa, lecz zawsze to dobrze skonfrontować wiadomości i wyobrażenia z rzeczywistością.

Księżyc przyświeca, psy twardo śpią. Dobre to Czciborowe mięso! Podkradamy się do stajni, zachodząc ją z dwu stron. Prócz broni mam pochodnię przystosowane do zapalenia zapalniczką. Ostrożnie uchylam drzwi i wsuwamy się do środka. Zapalam pochodnię. Z drugiej strony do stajni wchodzi Wojsław. Stajnia jest na przestrzał i ma dwoje wysokich drzwi z obu stron. Jakiś koń parska ostrzegawczo, jednak nie przerywa to rozkosznego pochrapywania na trzy głosy dochodzącego z kąta. Uważam, aby przypadkiem czegoś nie podpalić. Wszak przyrzekliśmy Witomirowi! W kącie, na sianku, śpią snem sprawiedliwego trzej mężowie. Obok stoi spory gliniany dzban. Wojsław go unosi. Pusty, ale śmierdzi zeń piwskiem, jak z browaru. Teraz już mi nie dziwne, że tak sobie smacznie śpią. Całodzienny wysiłek na rozgrzanym słońcem polu, w połączeniu ze sporą dawką chmielu, niczego innego nie mogły dać. No, chyba że ktoś cierpi na niestrawność lub inne przypadłości wątrobowo – jelitowe. Ci wszakże widać mają zdrowe bebechy i mogą bez obawy grzeszyć obżarstwem tudzież opilstwem.

Unisław grubym kołkiem wprawia leżących w jeszcze głębszy sen. Słucham, czy aby któryś z czerepów nie zadźwięczy indywidualnym tonem, lecz chyba wszystkie są równo zalane piwskiem, jako że nie wychwytuję istotnych różnic.

Postronków wokoło wisi aż w nadmiarze. Pętamy nieprzytomnych pijusów bacząc jednak, aby im nie wyrządzić zbytniej krzywdy. Ja przyświecam, zaś postronkami wprawnie operują Unisław z przyjacielem. Potem już spokojnie można odszukać opisaną przez Witomira zagródkę.

– Są! – Za drągami ogrodzenia odpoczywają cztery konie. Moi towarzysze przynoszą ze stajni siodła i uzdy. Słyszę jak Unisław prosi przyjaciela, by podał ogłów z powodem. Domyślam się, że to pewnie uździenica i wodze – jak mawia Przemko, zaś w moich czasach zwane chyba cuglami i lejcami. Siodłając konie przy świetle pochodni, Unisław rozpoznaje swoje dwie kobyłki. Te również poznają pana i witają go radosnym parskaniem.

Wyprowadzamy konie, zatrzymując się obok stajni. Unisław chciałby już jechać, ale ja mam jeszcze parę słów do Ninogniewa. Żadną miarą nie mogę zrezygnować z takiej okazji. Oddaję pochodnię Wojsławowi i wchodzimy do środka. Bezceremonialnie leję na łeb niedawnego oberżysty wodę z cebra stojącego obok. Opróżniam cały cebrzyk, nim drab otwiera oczy. Patrzy wpierw niezbyt przytomnie, nie kontaktując zrazu, co się dzieje? Po chwili jako tako przychodzi do siebie i chcąc ręką złapać obolały łeb, stwierdza ze zdziwieniem, że jest związany. Otwiera usta, aby coś gniewnie wykrzyknąć, lecz tylko wyraz bólu wykrzywia mu gębę. Widocznie go dobrze we łbie ćwieknęło.

– Leż spokojnie capie, iżbyś przypadkiem się nie skrzywdził! Wrzeszczeć możesz później. – Spogląda na mnie zdziwiony. Na głowie mam mój fikuśny hełm z maleńkimi „różkami”, a bronią przy tym jestem dobrze obwieszony, muszę zatem wyglądać nad wyraz bojowo. Przy nodze czarne Niuczysko świeci ślepiami. Nie dosyć na tym! Podchodzi do mokrego Ninogniewa, obwąchując go ciekawie. Temu aż dech zaparło. Leży jak nieżywy. Nawet nie mrugnie okiem. Odczekuję aż pies zaspokoi swą ciekawość. Gdy wraca do nogi, pytam z troską w głosie:

– Łeb boli? – Potwierdza lekkim skinieniem głowy.

– I mnie bolał, jakieś mnie walnął w Gilowie! – Tu zdejmuję hełm, żeby mnie poznał. Wpierw błysk zdziwienia, lecz w moment później już strach. No tak, doszło go wreszcie, że nie ma na co liczyć, a już najmniej na litość.

Otwiera usta, ale jestem szybszy. Nie mam zamiaru słuchać jego gadania. Nie ma zresztą na to czasu. Zatykam mu gębę szmatą. Teraz już jest autentycznie przerażony. Chyba się spodziewa najgorszego. Chwilę milczę, uśmiechając się półgębkiem. Przynajmniej nieco przeciągnę czas niepewności. Niechaj się gnida trochę dłużej boi! Byle ze strachu nie popuścił w galoty.

Raptem dostrzegam wiszący na sęku pasek, a na nim mój nóż.

– O i mój nóż się znalazł! Pięknie, żeś go nie zgubił. Zabieram pas i opinam wokół bioder. Mam teraz dwa, lecz od przybytku głowa nie boli.

– Za konie jużeście zapłatę wzięli. Jeśli mało, niechaj to będzie karą za darowanie mnie Stroimirowym chwataczom. A Stroimiram ubił – dodaję po chwilce – o tak! Tu strzelam z kuszy żelaznym bełtem w belkę obok jego głowy. (Nie musi drab wiedzieć, że z jego śmiercią było zupełnie inaczej). Aż się skurczył, gdy bełt gładko wchodzi w drewno prawie że po lotki. Wyjmuję drugi i podsuwam mu pod oczy mówiąc:

– Ten ostawiam dla Włodzisława, skoro za nami pogoni. – Chowam bełt na powrót w kołczan. – Będziemy go wyglądali u brodu, zatem pewnie rychło się zejdą. (Z tym ostatnim blefuję. Nie mamy bowiem najmniejszego zamiaru kogokolwiek oczekiwać przy rzece. Ba, wręcz przeciwnie! Będziemy stąd zwiewali tak szybko, jak się tylko da. Jednak może ta groźba trochę powstrzyma tropicielskie zapędy rozeźlonych gilowian, a nam cokolwiek przysporzy czasu, żeby odskoczyć na bezpieczną odległość?)

Już na odchodnym mówię ze śmiechem:

– Pono ci gospoda zgorzała5? Nie zgorzej aby ze stajnią! – Wychodząc rejestruję ponowne przerażenie w jego oczach. Pewnie sądzi, że podpalę tę budę wraz z nim. Dobrze mu tak! Niechaj zażyje jeszcze trochę strachu. Pewnie i Włodzisławowi również się go nieco udzieli, skoro zobaczy bełt tkwiący w belce. Wiele bym dał, aby móc wtedy zobaczyć jego minę.

Opuszczamy stajnię. Gaszę niedopaloną pochodnię w korycie z wodą. Przy wrotach ładujemy tobołki na konie i przywiązujemy za siodłami, by ich przypadkiem nie posiać po drodze. Unisław ujmuje wodze luzaka, a mnie właśnie wpada do głowy pomysł, aby na powrót zamknąć wrota i założyć drągiem. Zawsze to w jakimś stopniu utrudni dotarcie gilowian do środka. Wpierw pewnie będą łomotali do wrót, chcąc zbudzić Ninogniewa i jego towarzyszy. Dopiero później zapewne ktoś sforsuje płot. A może wpierw jeszcze się naradzą lub poślą nawet po Włodzisława? Jakby nie wypadło, zawsze to parę chwil dla nas. Zeskakuję z konia i zamykam wrota. Potem już tylko – hyc przez płot i na koń! Bezzwłocznie ruszamy przed siebie, gdyż nie ma co już tu dużej zabawiać.

Księżyc przyświeca z nieba, cokolwiek oświetlając drogę. Niuk musi dobrze wyciągać łapy, by za nami nadążyć. Zwalniamy dopiero przy rzece. Wody w niej jeszcze mniej niż wczoraj i nawet nie zdejmuję butów. Na drugim brzegu czekam na Niuka. Niechaj psisko ma czas wytrząsnąć wodę z futra. Tymczasem moi towarzysze ruszyli przodem. Podążam za nimi do obozu. Tam zaś nikt nie śpi. Wyglądają nas niecierpliwie, ciekawi jak się powiódł rabunek?

Opuszczam siodło, odwiązuję swój skromny dobytek i przenoszę na Ilvę, która czeka już osiodłana. Poklepuję kobyłkę po karku. Już mnie poznaje.

Podczas naszego wypadu na świętą górkę przewidujący Przemko wycyganił od Czcibora wiklinowy koszyk dla wygodnego przewiezienia wilczka. Przecież nie dałby rady biec za nami. Mirko umieścił sobie kosz przed siodłem. Żeby wilcze dziecię z niego nie wypadło, zmajstrowali z Przemkiem pokrywkę z łozinowych prętów.

Księżyc już się skłania do zachodu, gdy Unisław daję sygnał odjazdu i kawalkada rusza. Przodem jadą Gniewko z Przemkiem, za nimi Mirko z mamą i Stachem, potem Unisław z Wojsławem, zaś ja z Niukiem zamykam kawalkadę. Dosyć szybko osiągamy miejsce, gdzie zaciosy sygnalizują początek szlaku łapaczy, lecz jedziemy jeszcze kawałek w dotychczasowym kierunku i dopiero potem, pobieżnie zacierając ślady, wracamy już poza traktem. Zajmuje to nieco czasu, lecz niestety jest konieczne. Będąc na tajnej ścieżce, popuszczamy koniom wodzów, aby jak najprędzej wynieść się z niebezpiecznego rejonu. Niebawem osiągamy Korzeniec, forsując go jeszcze po ciemku. Potem niebo coraz bardziej jaśnieje i ostatecznie wschodzi słońce. Ptaki odzywają się raz z tej, to znów z tamtej strony. Przy ziemi, pomiędzy drzewami, snują się niewielkie białawe opary. Niuk z wywieszonym jęzorem biegnie obok Ilvy.

Dobrze przed południem docieramy do nadgostyńskich łęgów. Nie zatrzymujemy się. Lepiej wpierw przebyć rzekę. Dla bezpieczeństwa zawsze dobrze mieć już za sobą wodną przeszkodę. Na drugim brzegu zatrzymujemy się dłużej. Poimy wierzchowce i przy okazji zjadamy śniadanie. Niuk łapczywie chłepcze z rzeki. Wilczek także zostaje wypuszczony z kosza i może się napić do woli oraz rozprostować łapy.

Jestem zmęczony i chce mi się spać. Najchętniej ległbym na trawie i trochę podrzemał. Niestety nic z tego! Za blisko Gilowa. Za to obiecuję sobie solennie wyspać się za wszystkie czasy, skoro tylko wrócimy nad Kłodnicę.

Ale oto już kres odpoczynku. Najwyższy czas wskoczyć na siodła, by ruszyć w dalszą drogę. Tym razem wydaje mi się dużo krótsza, niż gdy nią jechaliśmy pierwszy raz w przeciwną stronę. Ba, ale wtedy poruszaliśmy się o wiele wolniej. Trzeba było przecież mieć się na baczności przed łapaczami. Obecnie zaś chcemy jak najszybciej zwiać przed ludźmi rozeźlonego Włodzisława. Jednak od Gostynki zwalniamy tempo. Nie można zbytnio forsować koni, by w dobrej formie doniosły nas do domu.

Już po południu stajemy ponownie na krótki odpoczynek przy strumieniu. Konie szczypią trawę. Niuk leży na ziemi i odpoczywa, zaś wilczek korzysta z chwil wolności. Mniej więcej po pół godzinie ruszamy w dalszą drogę. Tyłek mnie boli od konnej jazdy, lecz już niedaleko. Ciekawy jestem naszej tamy na Kłodnicy. Wytrzymała napór wezbranej wody? Marzę by jak najprędzej wykąpać się w chłodnej wodzie. A i moja odzież również dopomina się przepierki.

Słońce nadal przypieka. Unisław pewnie jest myślą przy żniwach. Oby pogoda wytrzymała tak jeszcze z parę dni, aż wszystko wykosimy. Och, żeby tak mieć kosę! Przy najbliższej okazji będę jakoś musiał sprzedać ten „innowacyjny pomysł”. Najlepiej byłoby o tym pogadać z kowalem w gródku Radosza. Ale i tak może coś z tego wyjść dopiero po żniwach. Prędzej nie chwyci! A i kosić będę się musiał nauczyć. Wprawdzie kiedyś Tata pokazywał jak to czynić, lecz niezbyt mi to przecież wychodziło. Zresztą, co się będę martwił na zapas! Później zobaczymy. Wpierw wypada stanąć w domu.

Raptem przypominam sobie o zegarku. Zapomniałem go nakręcić. A niech to gęś kopnie! Wyjmuję „chronometr”. Jeszcze cyka. Nakręcam sprężynkę do oporu. Jest godzina trzecia i właśnie wtedy osiągamy polankę kończącą tajny szlak łapaczy. Zsiadamy z koni i wiodąc je za sobą, kluczymy pomiędzy drzewami, by ostatecznie wyjść na trakt zdążający ku Radoszowym włościom. Teraz możemy popuścić koniom wodzów. Trakt jest szerszy i pozwala na szybszą jazdę. Wydaje mi się, że to już tak dawno tędy jechaliśmy, a przecież tak nie jest. Ale wtedy jeszcze wszystko było przed nami. Teraz zaś jest już po wszystkim. Powiodły nam się rzeczy, o których wtedy nikt z nas nie śmiał nawet marzyć. Przecież naszym zadaniem było jedynie odnalezienie szlaku i ewentualne wypatrzenie bazy Stroimirowej wyprawy. A że później program znacznie się poszerzył, to już inna para kaloszy. I pomyśleć, Sławku, że tak niedawno narzekałeś na brak przygód!

Po dotarciu do Kłodnicy chwila postoju. Unisław z Gniewkiem i Wojsławem radzą, gdzie jechać? Czy do Radosza, czy też do domu? Ostatecznie staje na tym, że jedziemy do domu. Przemko wraz z nami. Jutro będzie dosyć czasu, żeby pojechać do żupana. Wobec tego zjeżdżamy na ścieżkę i wzdłuż Kłodnicy bierzemy kurs do Unisławowego Źrebu. Jeżeli dobrze pójdzie, to jeszcze przed piątą staniemy na miejscu. Och, jak przyjemnie będzie wskoczyć do wody! Już się wprost nie mogę doczekać tej chwili! Nawet głód i zmęczenie tak mi nie doskwierają, jak brak kąpieli w ostatnich dniach. Zaś z drugiej strony trochę mi żal, że to już koniec naszej wielkiej przygody z łapaczami. Wprawdzie w Radoszowej jamie zostaje jeszcze Lubor czekający na decyzję o swym losie do naszego powrotu, ale to już tylko nędzne remanenty wydarzeń z ostatnich tygodni, spięte przeze mnie, jak klamrą, wspólną nazwą „Łapacze”. Niestety tak to już jest. Przygoda wpierw nas zaskakuje, zniewalając niejako do odpowiedzi na jej wezwanie i włączenie w wir nieprawdopodobnych nieraz wydarzeń. Nasz pozytywny odzew zostaje wynagrodzony możliwością uzyskania wpływu na przebieg akcji, a nawet jej sterowaniem. Lecz Przygoda to przekorna pani. I chociaż wydaje nam się, że to my działamy, zmuszając innych do tańca według naszej woli, w rzeczywistości jednak przez cały czas Ona trzyma wszystkie sznurki w ręku, pociągając za nie, tak jak chce. A i nieraz jeszcze, w najmniej oczekiwanym momencie, wyciągnie z zanadrza jakąś fikuśną niespodziankę, dając nam przy okazji po nosie. I w tym właśnie momencie uświadamiamy sobie, że to niestety Ona przez cały czas panuje nad sytuacją. Gdy jednak nadchodzi pora rozstania, jest nam smutno i czasami nawet człowiek chciałby wyć, jak małe dziecię. Nie zmieni to niczego i z tym się wypada pogodzić. Pozostaje wszakże nadzieja, że oto znów kiedyś niespodziewanie zawita z zaproszeniem do wspólnej zabawy. Dlatego na bok smutki i głowa do góry!

Podążamy dróżką w stronę Unisławowego Źrebu, a każdy już w myślach chyba wypoczywa po trudach podróży. No, może jedynie Przemko duma o niewesołej perspektywie spotkania z ojcem. Lecz Unisław pewnie to jakoś załatwi.

Słonko z wolna chyli się ponad borem i zapewne zawczasu wypatruje chwili zachodu, by odpocząć po całym dniu pracy. Raptem Niuk staje w miejscu i węszy. Po chwili wyrywa do przodu niczym wystrzelona strzała! Podrywam Ilvę do biegu i ocierając się o współtowarzyszy na wąskiej stegnie, pędzę za nim.

– Cóż to znów psisko wyniuchało? Dzika czy jakiegoś innego zwierzaka? A może drapieżcę?! – Zdejmuję w biegu kuszę. Nie sposób jednak jej tak naciągnąć. Zatrzymuję konia na moment, napinam cięciwę i zakładam bełt, po czym wio do przodu! Z duszą na ramieniu prowadzę konia jedną ręką, stojąc w strzemionach. Przy każdym skoku mam wrażenie, że już wylatuję z siodła na łeb. Kurczowo ściskam kolanami boki Ilvy. Ta, w odpowiedzi, jeszcze przyspiesza.

– O Jezu, zaraz się zabiję! Po cóż mi napięta kusza? Ze skręconym karkiem i tak mi się już na nic zda! – Wypadam zza zakrętu i aż mi dech łapie z wrażenia! Gwałtownie ściągam wodze, hamując rozpędzoną kobyłę.

Pod rozłożystym dębem, z gołą głową i rozwianym włosem oraz zakrwawioną twarzą, Radosz odcina się trzem napastnikom! Miecz wprost miga w jego ręku, rzucając krótkie błyski w momencie, gdy przecina drogę słonecznego promienia. Przed ciosem od tyłu chroni go gruby pień drzewa. Czwartego napastnika właśnie Niuk powalił. Trzyma draba zębami za kark, tkwiąc mu na plecach. Przy każdej próbie obrony wilcze zębiska zwierają się mocniej na karku ofiary. Obok leży topór, którym jeszcze przed chwilą godził w żupana. W gorączce boju pozostali napastnicy jeszcze nie spostrzegli zmieniającej się sytuacji za ich plecami. Lecz wnet charkoty i „kwilenie” duszonej ofiary oraz wściekłe warczenie rozeźlonego wilczyska zwracają uwagę jednego z drabów. Poniechawszy Radosza, spieszy z pomocą swemu kompanowi. Unosi miecz do ciosu. Puszczam wodze i z podrzutu, omal nie celując, strzelam. Z tej odległości trudno nie trafić. Ugodzony gwałtownie się wyciąga, wyginając aż grzbiet w przeciwną stronę. Unosząca się do ciosu ręka rozwiera dłoń i miecz wylatując w górę, kreśli łuk. W następnym momencie drab oburącz łapie się za przeszyty bełtem tors i ostatecznie ciężko pada. Niemal równocześnie pada i Radosz.

– O nie, tylko nie to!

Jeden z napastników odwraca głowę i zobaczywszy mnie, ciska topór, a zerwawszy przewieszony przez ramię łuk, błyskawicznie z kołczanu wyjmuje strzałę, by ją w następnej chwili mi posłać.

– Tarcza – jak błysk przelatuje przez głowę rozpaczliwa myśl. Nim jeszcze strzała zdążyła opuścić cięciwę, zmuszam Ilvę do zwrotu. Nic innego dla swej obrony już nie zdążyłbym zdziałać. Udało się! Czuję jak strzała z impetem wbija się w tarczę, dziurawiąc ponownie Wyszomirowy kubrak.

– Szlag trafił! Będzie do niczego taki podziurawiony! – Lecz zaraz przychodzi refleksja:

– Cóż się durniu przejmujesz kubrakiem, gdy możesz stracić wszystko.

Nim zbój zdążył powtórnie złożyć się do strzału, jak wicher na scenę wpadają Gniewko z Przemkiem. Błyskają dobyte miecze. Łucznik nie zdążył wysłać następnej strzały. Pada pod ciosem Gniewka. Przemko dopada pochylonego nad ojcem draba, który ma najwyraźniej zamiar wysłać żupana w zaświaty. Nim jednak zdołał uskutecznić swój zamysł, Przemko tnie z rozmachem, stojąc w strzemionach. Zamykam oczy, ale i tak wciąż widzę fontannę krwi tryskającej z ogłowionego karku. Robi mi się niedobrze i omal nie spadam z siodła. Prawą ręką łapię kurczowo za końską grzywę. Przed oczyma latają czerwone mroczki, a w uszach szumi. Kładę się na karku Ilvy. Przynajmniej nie spadnę.

Z wolna przychodzę do siebie. Wokół tłok. To nadjechała reszta towarzystwa. Ktoś mnie chwyta i pomaga zsiąść z konia. Staję na jeszcze miękkich nogach, lecz po chwili przychodzę do siebie. Otwieram oczy. Pierwsze co widzę, to stojącego Radosza, tulącego do siebie Przemka. Odetchnąłem z ulgą. Ucieszone wilczysko przypada do mnie i popiskując czyni wyskok, żeby mnie „ślapnąć” w twarz.

– Już dobrze piesku, już dobrze – tulę do siebie jego kosmaty łeb.

Unisław ponownie wyrywa strzałę tkwiącą w tarczy osłaniającej me plecy. I tę chowam „na szczęście”. W duchu błogosławię Borzysława za sam pomysł, jak i tarczę, która dwukrotnie mnie ocaliła.

Okazuje się, że przeżył tylko jeden z napastników – ten zduszony przez Niuka. Zajmuje nim się Wojsław. Radosz ociera krew z twarzy. Ma rozorane czoło, ale rana jest płytka. W przeciwnym wypadku przecież by nie żył! Zdziwiony spogląda na nas. Skąd się wzięliśmy tutaj i to jeszcze tak licznie? Zapewne zaskoczył go widok Unisława, którego już miał za straconego. Jest mu zapewne teraz łyso z tego powodu. Nie tylko, że uwolniliśmy Mirkowego ojca, ale i jego samego uratowaliśmy w ostatniej chwili od niechybnej śmierci. Jeżeli wpierw był wściekły na Przemka za złamanie ojcowskiej woli, to teraz musi przyznać, że tylko dzięki temu żyje. Dziwi nas skąd się tutaj znalazł i to jeszcze w takich opałach?

Ano, prosta sprawa. Pewnego dnia w grodzie pojawiło się sześciu nikomu nieznanych przybyszów. Pobyli trochę, nie naprzykrzając się nikomu i zachowując spokój. Ot – zwyczajni wędrowcy. Po kilku dniach odeszli przed wieczorem i wtedy się okazało, że na odchodnym obrabowali swych gospodarzy. Nim noc zapadła wyruszył pościg, lecz w zapadających ciemnościach wkrótce stracił ślad. Nazajutrz również nic nie wskórano. Nocą przeszła burza, zmywając skutecznie wszelkie ślady. Z wolna zapomniano o rabusiach. Ale dzisiejszego ranka strażnik z nadbramnego samborza spostrzegł w oddali, mniej więcej w stronie Unisławowego Źrebu, smużkę dymu nad borem. Gdy o tym doniesiono Radoszowi, pomyślał że po nieudanej wyprawie wróciliśmyze Zbisławą i Stachem do domu. Zdjął go niepokój o Przemka. Przecież uzyskawszy powodzenie, nie omieszkalibyśmy zjechać do grodu, by się pochwalić sukcesem, a zarazem prosić dla Przemka ojcowskiego przebaczenia. Długo rozmyślał jak postąpić? Ostatecznie, już po południu, wziąwszy ze sobą jednego woja, pojechał na naszą polanę, mając to niby za powód ostrzeżenie nas przed kręcącymi się w okolicy rabusiami. Wyjeżdżając z lasu na polanę zobaczył dym snujący się ponad dachem. Przez otwarte wrota wjechali w obejście i wtedy się zaczęło! Dracze ich zaskoczyli. Towarzysz żupana zaraz padł, kilkakrotnie ugodzony. Jemu udało się wyrwać na zewnątrz. Niestety ustrzelono pod nim konia, lecz i tak zdołał dotrzeć do boru, gdzie został osaczony przy dębie. Nie pozostało mu nic innego, jak tylko drogo sprzedać swe życie.

W międzyczasie ofiara Niuka przyszła do siebie na tyle, że Wojsław może zeń wydobyć kilka istotnych wiadomości. Drab gada, acz niechętnie, spoglądając na nas z pode łba rozbieganymi oczkami. Okazuje się, że w Unisławowej zagrodzie pozostaje jeszcze jego czterech kompanów.

– Skąd tych dwu więcej? U Radosza było tylko sześciu.

Nie było ich w gródku, gdyż zostali przy koniach. Zbóje mieli nadzieję w gródku zrabować wierzchowce – tak, aby wszyscy byli w nie zaopatrzeni. Dotąd bowiem mieli tylko trzy. Gdy to się nie powiodło, zabrali co się dało i umknęli, mając zamiar zdobyć wierzchowce na wędrowcach ciągnących traktem. Znalazłszy naszą opustoszałą zagrodę, zagnieździli się w niej, uznając ją za doskonały punkt wypadowy dla spełnienia swych zamysłów.

– Zatem jeszcze nie jesteśmy w domu. Wpierw trzeba stamtąd wykurzyć resztę zbójeckiej szajki. Jak by to zrobić, samemu przy tym nie narażając się na straty? – Przypominam sobie dziurę w płocie na tyłach obejścia. Może by ich tak czymś zająć od czoła i w tym samym czasie zajść od tyłu?

– Dobra jest!

Dzielimy siły. Mnie przypada zadanie przemknięcia na wschodnią stronę polany i tam z lasu, siedząc na drzewie, będę wspomagał atak kuszą, sam pozostając już poza zasięgiem zbójeckich strzał.

Zbisława ze Stachem pozostają w borze. Zostawiwszy przy nich Ilvę, pomykam z Niukiem doliną Kłodnicy na drugą stronę polany i dalej lasem, zachodząc Unisławową zagrodę z boku. Wybieram buk rosnący przy skraju boru. Niuk zostaje pod drzewem wraz z mym dobytkiem. Pozostawiam mu do popilnowania kubrak, pas z mieczem i tarczę Borzysława. Nijak z tym wszystkim mi leźć na drzewo. A tak przynajmniej mam pewność, że pies nie ruszy się spod drzewa. Naciągam kuszę i biorąc tylko kołczan z lekkimi bełtami, wspinam się na buk, lokując wygodnie w rozwidleniu trzech konarów. Przed sobą, jak na dłoni, mam całą zagrodę. Zakładam bełt.

Przy wrotach tkwi dwu drabów, pilnie wyglądających powrotu kamratów. Na ziemi leży człowiek. To zapewne woj Radosza. Na ścieżce wiodącej przez polanę dostrzegam zabitego konia. Daleką jeszcze miał Radosz drogę do lasu.

Lecz uwaga – zaczyna się! Z boru na polanę wychynęło trzech jezdnych. Wiodą brańca na postronku. Wrota gwałtownie się zatrzaskują i zaraz zostają założone drągiem. Z domu wybiega dwu drabów, zapinając pospiesznie pasy. Zajmują stanowiska przy wrotach. Łuki gotowe do akcji. Żeby tylko Unisław nie podjechał zbyt blisko! Lecz jeźdźcy zatrzymują się w bezpiecznej odległości. Unisław, złożywszy dłonie w trąbkę, wzywa zbójów do opuszczenia jego zagrody. Wtedy gwarantuje im życie. W przeciwnym wypadku, nie mają na co liczyć. Ich kompani już gryzą ziemię.

Jako odpowiedź, w jego kierunku szybują cztery strzały. Omalże by go dosięgły!

W tym samym czasie przez dziurę w płocie przeciskają się Gniewko, Mirko i Przemko. Na chwilę nikną za szczytem półziemianki, lecz już w następnej przeskakują za chatę. Mirko z Przemkiem zajmują stanowiska za jej węgłami, zaś Gniewko w dwu susach dopada stajni. Bez chwili zwłoki biorą na cel drabów przy wrotach. I ja wybieram jednego, który właśnie starannie celuje w kierunku Uniasława.

– Brzdęk! – Bełt pomknął na plac boju pierwej, niźli drab zdołał wystrzelić. Szarpie się nagle, a jego strzała szybuje do nikąd. Schowani za budynkami wyskakują zza węgłów i szyją z łuków. Piekielne zamieszanie wśród zaskoczonych obrońców! Jeden pada zaraz na wstępie, zaś dwu – z tkwiącymi w nich strzałami – pędzi na tyły zagrody. Jednego powalam celnym trafieniem w nogę. Niebawem pada ostatni, naszpikowany strzałami chłopców. Walka skończona.

Jeszcze wcześniej Unisław, wprost z konia przeskakuje płot przy wrotach. Nie ma jednak już niczego do roboty, poza otwarciem bramy. Radosz z Wojsławem i jeńcem na powrozie wjeżdżają w obejście. Schodzę z drzewa. Nic tu już po mnie. Podejmuję z ziemi dobytek pozostawiony Niukowi do pilnowania i opędzając się uradowanemu psu, chcącemu najwyraźniej dać mi buzi, kieruję kroki ku niedalekiej zagrodzie.

– No i widzisz, Niuku, znów jesteśmy w domu. Szkoda, że nie zastaniemy Mamy, Taty i reszty rodzinki. Chociaż Mama na widok tylu poległych pewnie by zaraz zemdlała. Że też wciąż muszą być jatki!

Przy wrotach zmieniam zamiar i kieruję się poprzez polanę w jej zachodni kraniec. Zabiorę Ilvę i ze Zbisławą, Stachem oraz wierzchowcami chłopaków wrócimy do zagrody. Drogą spoglądam po dojrzałych łanach zboża lekko falującego pod naporem niezbyt silnego wiatru. Nawet nie jest zbyt powalone ostatnimi burzami. Najwyższy czas żniwować. To samo zresztą niebawem mówi i Zbisława.

W obejściu tłok. Tylu koni w nim chyba nigdy nie było. Wprawdzie niedawno gościł tu Radosz ze swymi wojami, lecz wtedy większość rumaków pozostała poza ogrodzeniem.

W ostatecznym rozrachunku awantury z draczami wychodzi, że tylko trzech zostało przy życiu. Najmniej ucierpiał ten ułowiony przez Niuka. Można powiedzieć, że los obszedł się z nim najłagodniej, chociaż najbardziej najadł się strachu. Jednakże z boju wyszedł obronną ręką. Pozostali dwaj są ranni, ale znów nie aż śmiertelnie. Pewnie, że minie sporo czasu, nim się wyliżą. Pozostali mieli zdecydowanie mniej szczęścia.

Radosz uświadamia mi, że ułowiony przez Niuka drab jest moim jeńcem i mogę z nim czynić co zechcę. Mnie zaś on bynajmniej nie jest potrzebny. Sprzedawać go nie będę. Dzięki Stroimirowemu trzosowi i Wyszomirowym dirhemom mam dosyć. Pytam więc Unisława, czy by nie chciał mojego jeńca. Może by się przydał do roboty?

– Przydać to by się i nawet przydał, ale gdzie trzymać draba i kto go będzie pilnował? Nie, więcej z nim zachodu, niźli pożytku. – Radzi po cichu, abym dracza darował żupanowi.

– Pewnie rad wielce będzie temu i przy okazji zyskam jego przychylność. A i na pomoc w razie potrzeby także zawsze będę mógł liczyć. – Wobec tego wstawiam krótką gadkę i darowuję zbója Radoszowi. Jego oblicze kraśnieje z zadowolenia.

– No, to mam problem z głowy!

Ranni zostają jako tako opatrzeni. Sprawny jeniec musi wytaszczyć z zagrody zabitych towarzyszy – hen, aż na skraj polany – nad Kłodnicę. W to samo miejsce zostają przetransportowani jego kompani z boru. Jutro, skoro świt, spalimy zwłoki na pogrzebowym stosie. Wprawdzie Radosz radził ich po prostu zakopać, jednak Unisław zaoponował. Nie chce, żeby dusze poległych, jako upiory, plątały się po jego źrebie. Lepiej już je uwolnić z cielesnej powłoki, aby mogły ulecieć do krainy zmarłych. Przy tej okazji postanawia to samo uczynić ze Stroimirem i jego towarzyszem.

– Brr! Ja do ich wykopywania ręki nie przyłożę! Niechaj to robi, kto ma ochotę. – Ale i Unisław także się wcale do tego nie pali. Coś tam radzą z żupanem, w efekcie czego jeniec dostaje łopatę i zabiera się za ekshumację. Stoi nad nim Radosz pilnując, by robota składnie się posuwała. Reszta towarzystwa, z wyjątkiem Zbisławy, idzie w las zbierać drwa na stos. I nawet poszło nam to nad podziw składnie. Nim słońce zaszło, został zgromadzony słuszny stos opału. W międzyczasie zbój również uwinął się z niewdzięczną robotą. Z żerdek sklecono prymitywne nosze i Stroimir wraz z awarskim kumplem wyruszają w ostatnią podróż.

Chwilowo mam dosyć rzeczy ostatecznych. Wybywam zatem nad zalew, by zażyć wieczornej kąpieli i przy tej okazji spłukać z siebie pot wraz z brudami ostatnich dni. Tama dobrze trzyma, a woda z szumem przelewa się poprzez jej koronę. Niuk pływa wraz ze mną. Po kąpieli trochę odpoczywamy na wygrzanej trawie. Zapada zmierzch. Wracam z psem w stronę zagrody. Drogą spotykamy naszych przyjaciół zdążających do stosu. Ceremonia pogrzebowa zostaje przyspieszona. Nie ma z tym co czekać. Zwłoki Stroimira i Obra serwują taki bukiet zapachów, że trudno wytrzymać!

Jest już ciemno, gdy Unisław zapala stos od wschodniej strony. Tym razem nie będzie tryzny, a tym bardziej strawy, podobnie jak i zmarli nie zostają dostatnio zaopatrzeni na drogę w zaświaty. Trudno się temu dziwić.

Stos jeszcze płonie wielkim ogniem, lecz my już wracamy do domu. Radosz, mimo namów Unisława, żeby pozostał do jutra, postanawia wrócić jeszcze tej nocy do gródka. Gniewko także pewnie tęskni za domem, nie mówiąc o Przemku. Zabierają zatem związanego jeńca na konia, podobnie jak i jego dwu rannych kompanów oraz poległego Radoszowego woja. Wojsław postanawia im towarzyszyć. Jego pomoc może się przydać w drodze.

Księżyc już stoi ponad borem, gdy ruszają w drogę. Przemko obiecuje wnet nas odwiedzić, zaś Wojsław wróci jutro. Przy okazji chce pogadać w grodzie z Luborem, którego dobrze zna. I Gniewko niebawem zawita na naszej polanie. Przecież obiecał pomóc przy żniwach.

Wprawdzie kąpiel mnie orzeźwiła, ale trudy oraz emocje dnia i to nie tylko dzisiejszego, robią swoje. Nie mam nawet wielkiej ochoty na posiłek, który w międzyczasie przygotowała gospodyni. Zasiadamy przy stole i milczkiem jemy. Wilczyska także dostają coś na ząb. Mały zostaje u Mirka. Niechaj tutaj dorasta. Może nieco się ucywilizuje? Ano, zobaczymy.

Jest już prawie pierwsza w nocy, gdy wreszcie z Niukiem idę do stodółki na nasze stare legowisko. Wilczek podąża za nami. Tak mu się Niuk spodobał, że lezie wszędzie za nim. A może po prostu uznał go za swego tatusia? Zanim się położę, przepraszam Pana za wszelkie przewiny dnia dzisiejszego, a właściwie już wczorajszego. Dziękuję gorąco za zachowanie nas przy życiu oraz wszelkie dobro nam udzielone. Proszę zarazem o spokojną noc i dobry nadchodzący dzień. Przecież już wkrótce świt! Na ostatek owijam się derką i wyciągnąwszy strudzone gnaty na grubej warstwie siana, wnet zasypiam.

Nazajutrz wstaję późno. Gdyby nie wilczyska, spałbym zapewne nadal. Jednak Niuk uznał, że wystarczy barłożenia i aplikuje mi swój wypróbowany i niezawodny sposób. Mały uznaje to za wspaniałą zabawę i dzielnie mu sekunduje, trącając mnie swą mordką. Nie pozostaje mi zatem nic innego jak powstać, chociaż mnie jeszcze wcale nie dręczy głód.

W obejściu pustki. Nie ma żadnego z domowników. Gdzież się podziali? Wyglądam za wrota, chcąc sprawdzić, czy aby już przypadkiem nie żniwują? Ale nie, na polach nikogo nie widać. Wyparowali czy co?

– A może poszli do wczorajszego stosu? Pójdę sprawdzić i przy okazji odwiedzę źródło, aby się napić. Wychodzę za bramę. Ucieszony Niuk biegnie przodem, a za nim wilczek, usiłując mu dorównać. Śmiesznie to wygląda, gdyż mu jeszcze daleko do mego czarnucha. Ba, lecz wkrótce podrośnie i wtedy drżyjcie narody! Dopiero nam pokaże co potrafi!

Podążamy nad Kłodnicę. Przy jeszcze gorących resztkach pogrzebowego stosu nikogo nie ma.

– Pal to licho! Bierzmy się do źródła. – No i przy tej okazji odnajduję zaginionych. Są przy kopcu Jarki.

– Oczywiście, jak mogłem zapomnieć! Przecież dotychczas był tu jedynie Mirko. Teraz przyszli do niej w komplecie.

Zatrzymuję się dyskretnie, nie chcąc im przeszkadzać. Cóż, kiedy Niuk galopuje do nich z radosnym powitaniem, zaś za psem podąża wilczy maluch. Wobec tego i ja ruszam w stronę mogiły.

– Zbisława i Stacho mają łzy w oczach. Unisław kryje swe uczucia, lecz głos mu podejrzanie drży, gdy mi dziękuje za pomoc przy sypaniu kurhanu.

– Nie ma sprawy! Przecież Mirko sam nie mógłby tego wykonać. Ofiarowałem się mu być bratem, dlatego i do mnie należała ta robota.

Wracając do zagrody wchodzimy w las, jako że i reszta Mirkowej rodzinki chce zobaczyć miejsce, w którym kiedyś stanie mój dom. Przy okazji Unisław proponuje, aby na miejsce mojego „wylądowania” przy pniaku zatoczyć niewielki czerwonawy głaz leżący dotąd opodal źródła. Pewnie spoczywa tam od czasu, gdy go tutaj przywlókł skandynawski lodowiec.

– Dobry pomysł. Niechaj to miejsce zostanie trwale oznaczone, lecz nie teraz. Przy jakiejś wolnej chwili zajmiemy się tym z Mirkiem. Dzisiaj zaś najwyższy już czas rozpocząć spóźnione żniwa. Lecz wpierw należy jeszcze cokolwiek przysypać resztki wczorajszego stosu, żeby wiatr nie rozwiał prochów zmarłych.

– Mogli by się jeszcze za to na nas mścić – powiada Unisław. Wobec tego zrobimy to zaraz po śniadaniu, aby później już nic nam nie zaprzątało głowy.

Właśnie kończymy posiłek, gdy nadjeżdża Wojsław. Bierzemy z Mirkiem łopaty, odchodząc popracować przy mogile draczy. Z nami idzie i Stacho oraz obydwa ogoniaste czworonogi: mały i duży.

Machamy łopatami, przykrywając ziemią nie wystygłe jeszcze popioły z resztkami kości i niedopalonych szczap. Prawidłowo to by należało wszystko zebrać w gliniane urny i dopiero później pochować. Niestety brak nam urn, zaś żeby Unisław takie dopiero wykonał i wypalił, nie ma co liczyć. Są ważniejsze sprawy do załatwienia! Przecież nawet biedną Jarkę pochowaliśmy bez tego, chociaż – jeżeli już – to właśnie jej się to najbardziej należało. A czy w ogóle dracze na coś takiego zasłużyli? Wystarczy, że spaliliśmy ich doczesne szczątki. Zresztą im pewnie wszystko jedno czy są w gliniakach, czy też nie. Robimy nad ich popiołami niewielki kopczyk i wracamy do domu.

Słońce dochodzi południa, gdy wychodzimy w pole. Unisław ubrany w białą koszulę, wraz z Wojsławem idzie na czele. W garści trzyma sporą drewnianą warząchew. Obok podąża Zbisława, także odświętnie ubrana, z niewielkim płóciennym woreczkiem w dłoni. My, czyli reszta towarzystwa, za nimi, niosąc fikuśne sierpy. Te, to już nam dają zdrowo popalić! (Na tę okoliczność Wojsław przywiózł z grodu jeszcze dwa). Wokół nas plątają się wilczyska – mały i duży.

Stajemy przy łanie dojrzałego zboża. Unisław chyli czoła przed słońcem, wszak wyobraża Swaroga – pana wszelkiego życia na ziemi. Po trzech pokłonach zwraca się do Zbisławy, ta zaś podaje mu płócienny woreczek. Unisław zagłębia w nim prawą dłoń. W następnej chwili sypie ziarno na warzechę. Trzy razy powtarza tę czynność, aż warząchew zostaje kopiasto zapełniona. Wtedy, ujmując ją w obie dłonie, unosi ku niebu i patrząc w słońce przymrużonymi oczyma, mówi uroczystym głosem:

– O Panie! Ty darowujesz pożywienie, daj by te żniwa były dla nas jak najbogatsze! – Oddaje warzechę Zbisławie, która ją całuje i ziarno ostrożnie zsypuje na powrót do woreczka. Unisław ujmuje podany sierp i pochyla się do pierwszego cięcia. Żniwa czas zacząć!

Katowice – Ligota, 22 III – 18 X 1991 r.


 

1 obiata – ofiara do spożycia.

2 żalnik – cmentarz.

3 szyp – strzała.

4 dracz – zbój.

5 zgorzała – spaliła.

Tak oto po wspólnej wędrówce z bohaterami „Sagi” poprzez karty „Łapaczy” dotarliśmy do kresu. Bynajmniej jednak nie musi to oznaczać rozstania. Zainteresowani bowiem mogą ją kontynuować, tym razem na kartach „Spisku” opowiadającego o dalszych dziejach Sławka, Niuka i reszty przyjaciół. Zatem do rychłego zobaczenia.

Bywajcie!

Udostępnij

Share on facebook
Facebook
Skip to content