ODCINEK 10

Zapowiada się piękny dzień. Słońce dopiero co wychynęło zza gór na bezchmurne niebo. I chociaż bór jest jeszcze pełen wilgoci po nocnej burzy i dżdżystym dniu, to jednak ciepłe powietrze, które nadciągnęło od południowych nizin, zapewne wnet się z nią upora.

– Ochrzcił nas święty Jan, nie ma co! – myślę przekornie. Cóż, kiedy moi towarzysze, z wyjątkiem Mścibora, tkwią jeszcze głęboko w mrokach pogaństwa i Jan Chrzciciel jest dla nich czystą abstrakcją. Wprawdzie zdołałem im już troszkę w głowach właściwie poustawiać, ale do przyjęcia chrztu jeszcze bardzo daleko. Sam zresztą doprawdy nie wiem czy w ogóle powinienem cokolwiek nadal działać w tej materii? Przecież moje chrześcijaństwo dzieli przeszło tysiąc lat od tego, z którym mają się szansę spotkać.

Dżdżysta pogoda znacznie ułatwiła ucieczkę. Wprawdzie wędrówka w mokrym odzieniu jest niezbyt przyjemna, to przecież warto było się pomęczyć, już chociażby dlatego, że trakt przez większość dnia jest pusty. Jedynie dwa razy pokazują się jeźdźcy, przed którymi w porę uchodzimy w bór. Trochę po południu stajemy w niewielkiej osadzie. Krótki wypoczynek i ciepła strawa to rzecz, o której każdy z nas od dawna marzy. Trudno później ruszyć w dalszą drogę, jednakże świadomość pościgu czyni swoje. Po godzinnej przerwie opuszczamy gościnną osadę i w strugach deszczu ciągniemy w kierunku już niezbyt odległej Wojsławowej stanicy. Tę mijamy bokiem i spłynąwszy zalesionym zboczem w zamgloną dolinę, stajemy wreszcie w Gorazdowych dziedzinach.

Jeszcze przed nocą docieramy do przygranicznej osady. Normalnie jest to podobno senna dziura, licząca wszystkiego kilka nędznych bud. Teraz jednak tętni gwarem. Liczne namioty rozbite poza stałą zabudową, pasący się na uboczu tabun koni oraz dymiące ogniska świadczą, że życie tutaj zaczęło bić przyspieszonym rytmem. Zaraz zresztą zatrzymuje nas straż. Tę bierze na siebie Mścibor. Wpierw długo debatuje z dowódcą przydrożnej czaty, podczas gdy my tkwimy pod dużym świerkiem, dającym złudne poczucie jako takiej osłony przed deszczem. Ostatecznie nasz druh odchodzi w stronę namiotów, eskortowany przez jednego z czatowników. Czekamy w napięciu na dalszy bieg wydarzeń. Dobrze wiemy, że to Gorazd ze swym orszakiem zakwaterował w osadzie.

– Dotarł Wojsław do niego, czy też nie? Od tego wszystko zależy. Mam nadzieję, że tak. W przeciwnym wypadku możemy mieć niejakie kłopoty.

Wkrótce powraca woj eskortujący poprzednio Mścibora, a w jakiś czas później nadchodzi i on sam w towarzystwie Wojsława. Oddycham z ulgą i sądzę, że podobnie moi kompani. Wilczyska radośnie witają Wojsława, zaś my w chwilę później. Mlada spogląda na niego ciekawie. Przecież wiele o nim od nas słyszała. Pewnie teraz konfrontuje swe wyobrażenia z rzeczywistością.

Wojsław ujrzawszy nas ociekających wodą, już bez zbędnych ceregieli, prowadzi do pobliskiej kleci. Tę mu przydzielono z Gorazdowego polecenia. Kniaź Nitry był świadomy, że wkrótce mamy do niego dołączyć, dlatego te lokum oddał Wojsławowi do wyłącznej dyspozycji. Z uczuciem ulgi zrzucam mokre wierzchnie odzienie i buty. Wnet okryci derkami zasiadamy przy ogniu, wesoło trzaskającym na palenisku. Dla Mlady Wojsław nawet skądś wytrzasnął suche ubranie. Nie są to suknie niewieście, lecz zwykłe portki, koszula i kabat. Musi zatem nadal udawać chłopaka.

– Jak przyjemnie przełknąć znów coś ciepłego!

Po sutej wieczerzy, każdy zostaje potraktowany kubkiem syconego miodu, żeby przed nocą rozgrzał swe nawilgłe i zziębnięte gnaty. Potem już tylko moszczenie wygodnych legowisk i zagrzebani w wonnym sianie, okryci po nosy derkami, wkrótce zapadamy w głęboki sen.

Jak już powiedziałem, budzi się piękny dzień. Po wysiłkach ostatnich dni i nocy, pewnie bym jeszcze długo spał, gdyby nie Niuk. Ten ostatnimi czasy dużo mniej się napracował, zatem i krócej wypoczywa. Wstaje jeszcze dosyć wczesnym rankiem i naturalnie chce opuścić przytulną kleć. Zastawszy jednak drzwi zamknięte, wraca do mnie i częstuje niezawodnym „ślapem”. Opędzam się, cóż kiedy to jedynie dopinguje czarnucha do wzmożenia wysiłków. Aby więc nie budzić reszty kompanii, zwlekam się z wygrzanego posłania i wdziawszy jeszcze trochę wilgotne portki, odsuwam drewnianą zasuwę. Wychodzimy na Boży świat. Widząc bezchmurne niebo i niskie jeszcze słonko wspinające się na nieboskłonie, zaraz robi mi się weselej. Nie ma to jak dobra pogoda – byle nie za upalna! Do tej najtrudniej mi jakoś przywyknąć. No, chyba że woda i cień są w zasięgu ręki, zaś nic istotnego do roboty.

Zachodzę nad strumień toczący swe wody dnem doliny na wschód. Zatem nie dopływ Wagu. Ten by winien płynąć na zachód. Niestety nie znam mapy tej części Słowacji. Nigdy jej nawet nie widziałem, więc trudno mówić o jako takiej, chociażby tylko teoretycznej, znajomości terenu. Ale i tak zupełnie dobrze mogę się obejść bez tego.

Zdejmuję koszulę i chlapię się w zimnej wodzie. Wypada przecież porządnie się umyć przed ewentualnym zaprezentowaniem kniaziowi swej osoby. Niuk tymczasem łazi w pobliżu, podlewając przy okazji wszystko, co uzna za stosowne. Dobrze, że nie poszedł ku namiotom. Jeszcze by gotów obsikać Gorazdowe mieszkanie!

Wracamy do kleci. Wolę nie plątać się po okolicy. Jeszcze mnie straże gotowe przyuważyć.

W kleci ruch. Wojsław już zadbał o to, aby nikt zbyt długo nie gnił w barłogu. I zupełnie go nie wzrusza fakt, że zacne towarzystwo rade by jeszcze pospało. Na to niestety nie ma czasu. Przecież dzisiaj spotkanie kniaziów i uroczyste zaręczyny w czasie uczty. Wprawdzie nie my tę ucztę szykujemy, ale chcąc coś wyniuchać, wypada zawczasu być na miejscu. Zaś najlepiej wybrać się wraz z grupą kwatermistrzowską. W ogólnej krzątaninie znajdzie się zapewne niejedna okazja dla spenetrowania terenu oraz rozmowę z Gniewkiem. Swatopuk będzie miał wystarczająco wiele na głowie, żeby chociażby tylko pomyśleć o pilnowaniu naszego druha. Zresztą ma go za swego, zatem wątpliwe, aby żywił względem niego jakiekolwiek podejrzenia.

Wojsław wkrótce wychodzi do Gorazda. My tymczasem mamy się przygotować. Co do mnie, jestem gotów. Reszta zaspanego towarzystwa wędruje nad strumień, ja zaś siadam na progu i spokojnie oczekuję posiłku, który niebawem podeśle Gorazdowa kuchnia. Nie ma to jednak, jak się zahaczyć przy dworze kniazia! Przynajmniej odpadają kłopoty z aprowizacją.

Po obfitym śniadaniu chwilę radzimy, w jaki sposób najlepiej przystąpić do sprawy? Wydaje się raczej niezbyt wskazane, byśmy zaraz wszyscy podążyli na miejsce uroczystości. Lepiej podzielić siły i często się zmieniać. Wtedy chociażby nawet któryś wpadł w oko ludziom Medzamira, szybka zmiana ich zmyli. I na razie wilczyska muszą koniecznie pozostać tutaj. Zobaczywszy Gniewka, zaraz by go zdekonspirowały. Mścibor również do czasu musi zostać. Wprawdzie bez wąsa wygląda dużo młodziej, ale zawsze – pomimo tego – ktoś mógłby go rozpoznać. Przy stanicy pojawi się dopiero w czasie uczty. Przysłonięcie oka przepaską winno jeszcze nieco odmienić jego oblicze. Gorsza sprawa z Wojsławem. Tego przecież dobrze zna załoga placówki, a i nie tylko. Wystarczająco długo służył w kniaziowej drużynie, by mógł się teraz pokazywać w orszaku Gorazda. Chociaż i tutaj można coś zmienić. Proponuję, żeby przyczernił szpakowate włosy wraz z zarostem. Może też wziąć coś w usta, aby wypchać policzki. Zaś najlepiej nie leźć ludziom w oczy, zatem nici z udziału w uczcie. Pozostając w drugiej linii, łatwiej będzie mógł mieć wszystko na oku. Przy stole bezpieczeństwa Gorazda powinni strzec jego ludzie. Po to ich przecież ma.

Wyruszam z Przemkiem w pierwszym rzucie. Właśnie kończymy naradę, gdy do drogi szykuje się sześć wozów okrytych płóciennymi budami. Wojsław prowadzi nas do nich i przedstawia starszemu mężowi, który zawiaduje tą ekspedycją. Będziemy pomagali przy robocie, lecz mamy także i wolną rękę, aby mieć wystarczająco wiele czasu dla siebie. Szef taboru potakująco skinął głową, niczemu się nie dziwiąc. Widocznie i Gorazd rzekł mu w tej sprawie słowo. Jesteśmy tylko przy nożach. Miecze pozostają na miejscu.

Ruszamy. Wyładowane wozy wolno pną się krętą drogą pod górę. Podążamy ich śladem. I chociaż do stanicy bynajmniej nie tak daleko, mija przeszło godzina nim stajemy na miejscu. Wychodzi ku nam odświętnie ubrany mąż przy mieczu. Po chwili już wiem, że to Swatopuk. Wskazuje miejsce dla rozbicia Gorazdowych namiotów.

Na obszernej polanie przeciętej drogą, nieco z boku, stoi otoczona ostrokołem stanica. Wokoło zieleni się rozległa łąka, na której obecnie stanęło kilka dużych, kolorowych namiotów. Szczególnie jeden jest wielki. Pewnie w nim zasiądą kniaziowie przy biesiadnym stole. Południową ścianę podwinięto do góry. Wewnątrz stoi długi stół, do którego pod kątem prostym dostawiono drugi, wychodzący znacznie przed namiot. Krząta się tam paru ludzi, ustawiając stołki i ławy.

Wozy zajeżdżają na wskazane miejsce. Nasza drużyna kwatermistrzowska sprawnie przystępuje do rozładunku. Pomagamy wytaszczyć dwa namioty oraz rozłożyć ich płachty na murawie. Zaraz też pod jedną wpełza woj z długim drągiem. Musi mieć sporą krzepę, jeśli zdołał ją unieść w górę. Ta przecież ma swą wagę. Łapiemy za odciągi i rozchodząc się promieniście, naciągamy płachtę. Trzymamy za sznury dopóty, dopóki sam szef z pomocnikiem nie wbije w ziemię odpowiednich kołów i umocuje do nich odciągi. Wkrótce namiot gotów. Nie ma to jak praca zespołowa! W podobnie szybkim tempie staje i drugi namiot. Podczas gdy nasi towarzysze są zajęci kosmetyką i wyposażaniem płóciennych chatek Gorazda, idziemy się rozejrzeć. Może trafimy Gniewka? Przemko będzie się kręcił w pobliżu stanicy, ja zaś w tym czasie rzucę okiem na miejsce przyszłej uroczystości. Szczególnie jestem ciekaw dużego namiotu. Jeśli już, to właśnie w nim coś się wydarzy.

Czynię zaledwie parę kroków, gdy z rozwartych wrót stanicy wychodzi dwu wojów. Niosą ozdobne krzesła obciągnięte czerwonym suknem, luźno zwisającym prawie że do krańców nóg. Oparcia pokryte futrem. Ani chybi fotele dla kniaziów. W jednym z „tragarzy” ze zdziwieniem rozpoznaję Swatopuka, a i drugi zapewne także nie jest byle kim. Świadczy o tym chociażby już sam jego ubiór.

– Tak się przejmują stołkami, że aż sami je niosą? Ba, pewnie to nie lada zaszczyt. Przy tym zapewne nie można ich powierzyć byle wojowi. Jeszcze by gotów któryś nań swój śmierdzący zadek wepchnąć. I jak tu później kniaziowi siadać na tak sprofanowanym siedzeniu?

Uśmiechając się pod nosem, kieruję kroki w stronę drugiego namiotu, ten wielki pozostawiając sobie na potem. Gdy już wszystko ustawią, nie będzie tam się plątało tyle luda.

Wkrótce inni przynoszą jeszcze dwa paradne stołki. Te już nie posiadają zwisających do ziemi sukiennych firan. Jeden z nich pewnie będzie dla Welisławy.

Skoro tylko maleje ruch wokół biesiadnego namiotu, idę do niego, wolno stawiając kroki, chociaż chciałbym być tam jak najprędzej. Cóż, kiedy nie wypada okazywać pośpiechu. Ten mógłby się wydać podejrzanym. Po chwili jestem na miejscu. Aby stanąć przy kniaziowych stołkach, muszę obejść długi stół tkwiący pod płóciennym dachem na kształt poprzeczki dużego T. W samym centrum stoją dwa okryte fotele i przy nich dwa inne, troszkę mniej strojne. Który będzie siedzeniem Gorazda? Sądzę, że Medzamir przyszłego zięcia posadzi po swej prawicy, no bo jakże inaczej? Zaś z jego drugiej strony najpewniej zasiądzie Welisława.

Zachodzę za stół i przeciskając się pomiędzy krzesłami a tylną ścianą namiotu, docieram do celu. Wąski ten namiot! Gdy goście zasiądą przy stole, pozostanie za nimi około metrowej szerokości przejście.

Odsuwam przeznaczone dla Gorazda krzesło, aby w nim usiąść. Chcę bowiem rzucić okiem wokoło, żeby uznać, skąd by też mógł najprędzej go dosięgnąć ewentualny cios? Jednakże mi się to nie udaje.

– A ty kędy rzyć ciśniesz?! Kniażeś – dochodzi gniewny głos z boku. To stary woj, który z nagła wychynął spoza bocznej ściany.

– Nie, ja aby tak. Ciekawym jeno czy nasz Gorazd bardziej głaskany1 zadek ma niźli ja. Nigdym nie siadał na tak miętkim stołku, tedym ciekaw jako to jest.

– Kniaziem ostań to uznasz, a ninie zmykaj pókim dobry!

– Nie sierdźcie się po próżnicy. Ano nie ma o co. Już tam pewnie kniaziem nie ostanę, tedy próżno mi zadek na onże stolec tkać. Wybaczcie młodemu.

– Nie po próżnicy Pribina kazował Swatopukowi stołków patrzeć2 – mruczy do siebie, już nieco udobruchany. – Bacz no, durnego junoha!

Opuszczam namiot, wracając ku swoim.

– Nie powiodło mi się spojrzenie na świat z kniaziowej perspektywy – myślę przekornie. – Ha, trudno! Najpewniej wygląda tak samo jak z ławy zwykłego śmiertelnika. No cóż, nie będę się mógł pochwalić, iż zasiadałem na książęcym tronie.

Parę kroków przed wozem staję jednak raptownie.

– Jak powiedział? Pribina kazał stołków pilnować? Tak się o nie boją? Chociażby były cenne, to i tak ich nikt stąd nie ukradnie. A uprzednio zapewne sam ze Swatopukiem je niósł. Ciekawe? Wypadało by jednak te cuda obejrzeć z bliska. Wystarczy paru chwil. Tylko w jaki sposób odciągnąć pilnującego starucha?

Rozglądam się za Przemkiem, lecz nigdzie go nie widzę. Najlepiej więc z tym się udać do Bronibora – szefa kwatermistrzów. Niechaj na chwilę czymś zajmie starego. – Dopadłszy Bronibora, biorę go na stronę i klaruję w czym rzecz. – Niechaj zagada strażnika tak, aby opuścił na jakiś czas swój posterunek. Ja w tym czasie rzucę okiem na wnętrze stanu3.

Skinął głową ze zrozumieniem. Chwilkę nad czymś medytuje i ostatecznie rusza we wskazanym kierunku. Jakiś czas patrzę za nim, a potem i ja ruszam, aby wyjść na tyły namiotu. Tam, padłszy na ziemię, wyrywam kołek przytrzymujący tkaninę przy ziemi. Uniósłszy płótno, wpełzam do środka. Na czworakach podążam do obciągniętych szkarłatem krzeseł. Unoszę sukno i zaglądam pod krzesło. Pod Medzamirowym – nic. Teraz kolej na siedzenie przeznaczone dla Gorazda. Rzut oka pod zwisające z siedziska sukno.

– O Boże! – Z wrażenia aż mi dech zapiera. Parę centymetrów poniżej skórzanego siedzenia widzę półeczkę, z niezbyt grubej deski. Sterczy z niej do góry cienki, ostry grot. Poprzeczne karby oklejone brązową masą. – Bez wątpienia spora dawka trucizny. A niech to!

Skórzane siedzenie ponad ostrzem ma nawet owalny otwór. No pewnie, po cóż po drodze tracić trującą masę. I tak jej część przed wniknięciem w ciało zostanie na spodniach. Zatem musi to być jad bardzo skuteczny.

Urządzenie proste, ale dlatego zapewne niezawodne. Bezzwłocznie ucinam nożem troszkę sukna zwisającego z Medzamirowego stolca. Łapię przez nie zdradziecki szpikulec i posiłkując się nożem, wyrywam z deski. Zawinięte w szmatkę śmiercionośne żelazo chowam w kieszeni. Teraz jeszcze tylko sprawdzenie oparcia krzesła i podłokietników, czy i one przypadkiem nie kryją w sobie jakiejś jadowitej niespodzianki? Bezceremonialnie przyciskam je obutą stopą. Jednakże nic się z nich nie wysuwa. Wygląda zatem, że są czyste. Otrzepuję stołek z pyłu i daję nura w szczelinę pod ścianą. Najwyższy na to czas, gdyż słyszę głos Bronibora oraz wracającego na swój posterunek starucha. Rozglądnąwszy się dookoła, wypełzam na zewnątrz. Wpycham na powrót kołek w ziemię i natychmiast odchodzę. Przy wozach oddycham z ulgą.

– Powiodło się! Dzięki Panie za ocalenie! Gdyby nie czujność starucha, pewnie by mnie już śmierć pieściła. Siadając na stołku, miałbym najmniej ze trzy centymetry zatrutego żelaza w tyłku!

Wkrótce wraca Branibor. Idziemy za wóz. Z kieszeni ostrożnie wyjmuję zdobycz, kładę na desce i delikatnie rozwijam szkarłatną szmatkę. Na widok zawartości zawiniątka wyraźnie blednie.

– Gdzieżeś to naszedł?!

– Ano pod Gorazdowym stolcem. Gracko by mu w rzyć wlazło, skoro by na nim zasiadł. Nie głupio to wydumali. Miałby kniaź zrękowiny jak mało kto!

Bronibor, zmieliwszy przekleństwo pomiędzy zębami, decyduje:

– Trza by ci się było z tym brać do kniazia. Niechaj zna, co mu gotowano.

– Dobrze, skoro tylko druh mój wróci.

Jakiś czas czekam na Przemka. Już się zaczynam niecierpliwić, gdy wreszcie wraca.

– Jak ci poszło? Gniewka widziałeś?

– Jako ciebie. Rzekł mi co się święci. Wraz Wojsławowi trza dać znać.

Właśnie do powrotu zbierają się dwa wozy. Opowiedziawszy się więc Broniborowi, siadamy na jeden i w drogę. Podróż w dolinę zabiera nawet nie całą połowę tego czasu, który zużyto na drogę w przeciwną stronę. I chociaż jestem bardzo ciekawy wieści od Gniewka, nie pytam o nic. Nie dla uszu woźnicy są przeznaczone.

Lecz oto już przed nami osada. Wóz jedzie w stronę namiotów. Opuszczamy go na skraju osady. Przy kleci siedzą nasi towarzysze. Wilczyska pędzą nam na przeciw. Niuk czyni tyle hałasu, że go natychmiast przewracam na grzbiet i tarmoszę za kudły. Stęka rozkosznie, a ja przynajmniej mam pewność, że skończył z głupim szczekaniem. Ledwie siedliśmy, Przemko przystępuje zaraz do rzeczy:

– Udawszy się w sąsiedztwo stanicy, kręcił się niezbyt daleko od jej ostrokołu w nadziei, że trafi Gniewka. Przecież ten na pewno widział Gorazdowe wozy, zatem mógł się spodziewać, że przy nich ujrzy któregoś z nas. Zagwizdał nawet nasz umówiony znak. Poczekał nieco, a potem poszedł na skraj boru – niby to nałamać gałęzi choiny. Po pewnym czasie na łące ukazał się Gniewko. On także zaraz się brał do boru, lecz nie w to miejsce, gdzie Przemko gromadził jedlinę. Przemknąwszy się pomiędzy drzewami i pozostając w ukryciu, mogli już bez przeszkód ze sobą pogadać. Przy czym Gniewko musiał zaraz wracać. Opuszczając bowiem stanicę natknął się na Swatopuka, któremu powiedział, że idzie do boru za potrzebą.

Tak jak to było do przewidzenia, Swatopuk przyjął Gniewka bez nadmiernej podejrzliwości. Pewnie i to, że przybył pieszo czyniło go bardziej wiarygodnym. Przekazał natychmiast Swatopukowi posłanie od Wyszomira oraz dokładnie opowiedział o jego ostatnich dniach. Jednakże tragiczna śmierć Wyszomira nie odwiodła Swatopuka od powziętego zamiaru. Już on tam wie, w jaki sposób zgubić Gorazda, tak aby nie padło nań podejrzenie. Zaś Medzamir mu nie straszny. To właściwie kniaź powinien się jego obawiać – dokończył butnie. Na zapytanie, co dalej zamierza czynić, Gniewko odrzekł, żeby rad – przynajmniej do czasu – pozostać przy Swatopuku. Nie chce teraz ludziom leźć w oczy. Wszak niektórzy wiedzą, iż z Wyszomirem był. Lepiej na zimne dmuchać! Po co łeb daremnie pod topór tkać? Gdy kniaź zapomni o Wyszomirze, wtedy się za czymś rozglądnie. Może na koniec gdzieś osiędzie? Zresztą tak będzie, jak mu los przeznaczy. Swatopuk się roześmiał i klepnąwszy go w ramię rzekł: Trzymaj się mnie, a nie zginiesz!

Gniewko był ciekaw, w jaki sposób Swatopuk chce zgładzić Gorazda, ale przezornie o to nie pytał. Miał nadzieję, że gdy zaskarbi sobie zaufanie komendanta, ten mu sam to powie. I dobrze uczynił. Niecierpliwość w tej sprawie mogła się przecież okazać zbyt niebezpieczna.

Ale czas biegł i spotkanie kniaziów było coraz bliższe, zatem nie było już na co dłużej czekać. Zaryzykował. Powiedział Swatopukowi, że wiele ostatnio myślał o Goraździe. Przez niego to przecież Wyszomir dał głowę. I tu ofiarował się ustrzelić kniazia Nitry, gdy ten tylko stanie przy stanicy. Ukryty w borze pośle mu strzałę. Najlepsza byłaby zatruta. Tej wszak wystarczy samego trafienia. Przy tym nikt nie będzie mógł twierdzić, że za tym stoi Medzamir. Z równym powodzeniem strzelać mógł też ktoś z otoczenia Gorazda. Nie jednego ma chyba u siebie wroga? Najlepiej zaś użyć strzały awarskiej. Tę łatwo każdy rozpozna. Po strzale, w zamieszaniu umknie, nim się kto połapie skąd strzelano. Zaś w razie czego, Swatopuk mógłby zaświadczyć, że przez cały czas był w stanicy.

Tu Swatopuk poklepał go po ramieniu:

– Toć masz łeb! Atoli tym razem ostaw to mnie. Mam ci jad sposobny, co nie wraz zabija. Zdechniesz nie rychlej niźli się miesiąc odmieni, tedy nikt nie dojdzie, gdzie i w jakim czasie go zadano. Najłacniej w miodzie go podać, skoro wszyscy już podpici będą. Dostanie go i kniaź dla niepoznaki, wszakże nie ma obawy, by mu zaszkodził. Starczy mu przez dni siedem pić sposobnego wywaru, a nie zazna jadu i zdrów będzie. Gdyby wszakże Medzamir jakieś wstręty mi czynił, albo – co gorsza – mścić się zamierzał za z Wyszomirem znajomość, sam się pokarze. Nie dostawszy na czas uzdrawiającego napoju, wnet zemrze. Nie lepsze to niźli czemer?

Gniewko naturalnie przyznał mu rację, cudując się nad przezornościa i rozumem Swatopuka. – Wam kniaziem być – przysłodził na koniec.

Znamy więc w jaki sposób Swatopuk zamierza zgładzić Gorazda.

– Wraz idę kniazia przestrzec – rzuca Wojsław, powstając z miejsca.

– Poczekajcie z tym chwilę. I ja mam coś do okazania!

Spoglądają na mnie zdziwieni. Ja tymczasem wyciągam zawiniątko z zatrutą szpilą. Kładę na progu i ostrożnie rozwijam. Zdziwieni wytrzeszczają oczy. Mirko w lot kojarzy ją sobie z zatrutą strzałą, którą przecież nie tak dawno Wyszomir potraktował Unisława. Wojsław także jest szybki.

– Kędyś to naszedł Sławku? – Opowiadam dokładnie, co i jak. Aż kręcą głowami.

– Nie do wiary! Pod stołkiem było?

I tu zagadka: Przygotowywano by na Gorazda aż dwa zamachy? A może każdy szykowano od siebie niezależnie? Tak, to nawet pasuje. Po domniemanej zdradzie Wyszomira i jego ucieczce, Medzamir najpewniej wziął sprawę w swe ręce. Przecież przemyślnej pułapki pod stołkiem najpewniej nie skonstruowano tutaj. Zatem przygotowywany przez Swatopuka zamach jest niezależny od tego z siedzeniem. Wprawdzie mamy zatrute ostrze, ale dobrze byłoby, aby zanim Gorazd usiądzie na stołku, niby to przypadkowo go przewrócił. Przynajmniej będzie pewny, że nie założono pod siedzeniem jadowitej repety. Kiedy zaś Swatopuk zaserwuje zatrutego miodu, da nam znać Gniewko. Przecież zostanie przyniesiony ze stanicy. Wystarczy go więc przechwycić zanim dotrze do stołu. I tym będziemy musieli się zająć.

Wojsław zabierając zatruty grot, podąża do Gorazda zdać mu sprawę z naszych dokonań. My tymczasem mamy się posilić. Później już na to pewnie zabraknie czasu.

Na spotkanie z Medzamirem kniaź Nitry rusza późnym popołudniem. Patrzymy na jego strojny orszak ciągnący obok naszej kleci. Gdy już ostatni jeździec niknie w borze za zakrętem wąskiego traktu, składamy krótką naradę, chcąc ustalić sposób patrolowania i kolejność czatujących na dzbanek zatrutego miodu. Czata winna być często zmieniana, by jej łatwo nie rozpoznano. Przy czym i reszta kompanii winna trwać w pogotowiu, żeby na dany znak przyjść z pomocą. Sądzimy, że truciznę Swatopuk będzie się starał podać dosyć późno. Człowiek trzeźwy mógłby się zorientować po smaku miodu, że coś z nim nie tak. Natomiast, gdy jest już wstawiony, na takie drobiazgi nie zwraca uwagi. Fakt dla nas korzystny, gdyż mniej więcej wiemy, kiedy się spodziewać podania trucizny.

Wkrótce i my ruszamy w ślad za książęcym orszakiem. Na miejsce docieramy jednak dużo później, jako że podróż o własnych nogach zawsze zajmuje więcej czasu niż na końskim grzbiecie. Nic więc dziwnego, że uczta trwa już w najlepsze. Słońce właśnie się chyli ponad górami.

Stajemy krótko przy Gorazdowych namiotach. Tam do zmroku pozostanie Wojsław z Mściborem i wilczyskami. Mlada, chociaż w męskim przebraniu, będzie im towarzyszyła. Zostawiamy im nasze łuki. Wojsław początkowo chciał, żeby i nawet miecze zostawić, ale jakoś ostatecznie z tego rezygnuje. Ważniejsze względy bezpieczeństwa niźli wątpliwe korzyści wypływające z niegroźnego wyglądu. Cóż zresztą można zdziałać nożem przeciwko mieczowi, oczywiście z wyjątkiem, gdy się działa w tłoku. Przykazawszy pieskom, aby nas grzecznie oczekiwały, wyruszamy na stanowiska. Jeden z nas będzie się stale kręcił za tylną ścianą biesiadnego namiotu, zaś dwu po jego bokach. Zmiany stanowisk równoczesne – tak, żeby nawet przez chwilę nie spuścić z oka pilnowanego terenu. Zawsze przecież może się zdarzyć, że Gniewkowi coś pomiesza szyki. Zatem czuj duch! Ponadto Wojsław z Mściborem i Mladą będą nas stale mieli na oku, by w razie czego pospieszyć z pomocą.

Przy stołach gwar. Widać goście dobrze się bawią. Trudno aby przy obfitym jadle oraz pełnych gąsiorach oczekiwać czegoś innego. W pewnym oddaleniu od namiotu kręcą się niezbyt liczne straże. Dostrzegam i Bronibora. Także snuje się tu i tam, jakby bez celu. Wiem jednak, że każdy jego krok jest jak najbardziej celowy, zaś stanowisko głównego kwatermistrza skrywa i inną funkcję. Wygodna przykrywka, pozwalająca bez wzbudzania podejrzeń wszędzie wścibiać mu nosa. Pewnie prócz nas niejeden jeszcze woj czuwa nad bezpieczeństwem Gorazda. Naturalnie dyskretnie, bez tzw. goryli siedzących osłanianemu niemal na karku. Jeszcze nie te czasy!

Niebawem Bronibor bierze kurs na mnie i nie spieszno podchodzi. Mówię mu natychmiast o zatrutym miodzie, którym Swatopuk zamierza uraczyć dostojnych biesiadników. Mamy nadzieję nie dopuścić tego wybornego trunku na stół. Lecz nie zawadzi, żeby i on miał na to oko.

Wolno kroczymy poprzez łąkę, prawie że równolegle do tylnej ściany wielkiego namiotu. Pytam o dotychczasowy przebieg uroczystości.

– Ogłoszono już zaręczyny, czy też jeszcze nie?

Okazuje się, że Medzamir przyjął Gorazda z wylewną serdecznością. Gorazd zresztą w serdecznościach nie pozostał mu dłużny. Po powitaniu całe zgromadzenie skierowało się ku stołom. Jednakże zanim kniaziowie dotarli na swe miejsca, Medzamir się zatrzymał i biorąc zacnych zebranych na świadków, wszem wobec oznajmił zaręczyny swej Welisławy z Gorazdem. Tu znów długo ściskał w objęciach córkę i przyszłego zięcia, a puściwszy ich na koniec, ze łzą w oku rzekł zaskoczonym gościom, że z braku męskiego potomka, prawa do kniaziowego stołka przekazuje Welisławie, z którą władzę książęcą przejmie Gorazd – rzecz jasana dopiero po jego, Medzamirowej śmierci. Tym sposobem dwa księstwa się złączą. Nie straszni mu wtedy będą postronni wrogowie. Wystarczy siły dla ich pokonania.

Tu owacja zebranych przerwała dalsze wywody. Znów całusy, uściski i cały wór serdeczności. Przyszli małżonkowie wymieniają buziaki. Radosne pogwarki zięcia z teściem. Na ostatek Medzamir, jakby z nagła zbudzony, prosił wszystkich do stołów. Stojąc przy swym miejscu czekał aż goście zasiądą. Wraz z nim stali także Gorazd i Welisława. Tu kniaź Nitry, zwróciwszy się ku przyszłemu teściowi, niechcący wywrócił swe krzesło. Podniósł je natychmiast, nim ktokolwiek ruch jakiś uczynić zdołał. Na koniec siedli.

Jeżeli Medzamir oczekiwał zadziałania pułapki, to nie dał niczego po sobie poznać. Z ochotną gębą poczekał, aby mu w puchar nalano, po czym wzniósł toast na cześć dostojnego zięcia.

– Dziwię się, że mu przez usta przeszedł. Przecież był świadomy, że z zabójczym szpikulcem coś nie zadziałało. A z drugiej strony, cóż za cwana bestia! Ogłosił wszystko wpierw niźli do stołu zasiąść zdążyli, chociaż właściwie wszystko przecież od stołu winno być oznajmione. Nic dziwnego. Tak się z tym spieszył, wiedząc co za chwilę ma Gorazda spotkać. Dlatego zawczasu zamierzał od siebie odsunąć wszelkie podejrzenia. Jakby mógł dybać na życie przyszłego zięcia, którego właśnie dopiero co sukcesorem po sobie ogłosił? Tym większa pewnie wściekłość paliła mu serce, gdy zrozumiał, że jego niecny zamysł został zniweczony. Jednak pokazał klasę, zachowując na zewnątrz pogodne oblicze, chociaż wnętrze zapewne aż wrzało.

Teraz więc trwała uczta, pełna radosnego gwaru, wesołych okrzyków i pieśni. Ale mnie bynajmniej nie jest wesoło. W napięciu wypatruję, już to znaku Gniewka, już to chociażby tylko widoku kogokolwiek niosącego ze strażnicy dzban trunku. Lecz, jak dotychczas, niczego podejrzanego. Nie widzę też Swatopuka. Najpewniej zasiada gdzieś przy stole i dobrze się bawi. A bodaj się zatchnął!

W międzyczasie zamieniam stanowisko z Mirkiem. Teraz przez jakiś czas tkwię obok płóciennej „stodoły”, nie podchodząc jednak zbyt blisko ucztujących.

Czas szybko płynie. Robi się ciemno. Zapalono liczne pochodnie, które dostatecznie rozświetlają krąg wokół stołów.

Znów zmiana stanowiska. Przechodzę na stronę przeciwną, aby zamienić posterunek z Przemkiem. Podążam na tyły biesiadnego namiotu i tuż przy jego tylnej ścianie idę na drugą stronę. Wtem w coś kopię. Rzut oka na ziemię. W blasku padającym zza płóciennej ściany dostrzegam krótki kołek leżący w poprzek mej drogi, tuż obok drążka podtrzymującego namiot. Czynię następne dwa kroki, lecz w połowie trzeciego raptownie staję. Rzut oka do tyłu. Na ścianę namiotu kładą się ruchome cienie. Mogę z nich wywnioskować, że znajduję się za centralnym miejscem prezydialnego stołu.

– Przecież poprzednio nie było tutaj żadnego kołka! Musiałbym się na niego natknąć wypełzając spod ścianki. Skąd się zatem wziął? – Wracam do kołka. Leży teraz nieco skośnie w stosunku do ściany, lecz zanim go trąciłem musiał leżeć do niej prostopadle. Chwilę myślę, chcąc rozwiązać tę zagadkę. Wiem aż za dobrze, że na wszystko, nawet najmniejsze drobiazgi, należy zwracać pilną uwagę. Cóż, kiedy jakoś nie mogę nic sensownego wymyślić. Stwierdzam jedynie fakt oczywisty, że kołek jednym końcem leży na wysokości fotela Medzamira, zaś drugim – stołka Gorazda. Kopnąwszy go zatem powoduję, że teraz znajduje się za Medzamirowym siedzeniem.

– On tu włada, więc do niego należy. Mam ważniejsze problemy niż rozmyślanie nad samotnym kołkiem!

Lecz oto dołącza do nas reszta naszej kompanii. Ucieszone psiska galopują wokoło. Kątem oka dostrzegam niewyraźną sylwetkę kogoś zdążającego ku wrotom stanicy.

– Czyżby? – Na wszelki wypadek zajmujemy z Wojsławem i wilczyskami stanowisko w połowie drogi pomiędzy strażnicą a biesiadującymi. Lepiej draba wcześniej zaskoczyć. Wątpliwe, aby tutaj ktoś pospieszył mu z pomocą. Załoga strażnicy najpewniej kręci się przy gościach.

Mija jednak jeszcze trochę czasu zanim z rozwartych wrót wychodzi dwu ludzi. W mroku trudno dostrzec czy coś niosą. Ruszamy im na przeciw. Psy wolno za nami, z pewnym opóźnieniem. Nagle Niuk strzela do przodu, a Chwatacz zaraz za nim. Nie nadążam nawet zareagować, gdy już są przy nadchodzących.

Wyskoki i radosne poszczekiwania. Coś brzęknęło o ziemię. W paru susach dopadamy na miejsce. A to przecież Gniewka wilczyska tak radośnie witają. Jego towarzysz prostuje pochylony dotąd nad ziemią grzbiet i oto oko w oko staje z Wojsławem.

Zduszone przekleństwo. Wojsław gwałtownie odepchnięty zatacza się do tyłu, zaś towarzysz Gniewka wyrywa w stronę biesiadnego namiotu. Nie mam wątpliwości, że to Swatopuk. Na ziemi leży srebrny dzban i obok takaż taca.

– Zatruty miód – rzucam Gniewkowi pytanie.

– A jużci! Ten wszelako już nikogo nie struje. Łapcie Swatopuka! Jeszcze nam zbieżać gotów!

I chociaż jest już mało groźny bez swego „wybornego” trunku, to przecież puszczamy się za nim biegiem. Ma jednak nad nami przewagę. Wilczyska, poniechawszy radosnych powitań, pędzą za nami. Tymczasem Swatopuk dopada już wielkiego namiotu. Z obu boków zachodzą mu drogę nasi druhowie. Przez chwilę mam wrażenie, że ma zamiar dać nura pod płócienną ścianę, gdyż jego sylwetka raptownie pochyla się ku ziemi. Lecz nie! Prostuje się natychmiast. Ponad radosny gwar ucztujących przebija raptem bolesny wrzask. Dotychczasowy gwar milknie prawie że w jednej chwili. Słychać jedynie bolesne charczenie, a zaraz potem przeraźliwy krzyk kobiety.

Dopadamy Swatopuka przy ścianie namiotu. Otoczony ze wszystkich stron, nie może umknąć. Nic nie poradzi przeciw sześciu mieczom. Ale on wcale nie ma zamiaru się bronić. Wciąż trzyma w ręku drzewce oszczepu.

– Skąd wytrzasnął oszczep? Przecież go nie miał! – Dopiero po chwili dochodzę, że to co uprzednio wziąłem za drążek podtrzymujący namiot, był wbitym w ziemię oszczepem.

Patrząc wprost na Wojsława, wrzeszczy podniecony:

– Nie masz twego Gorazda! Ninie już u czarta, co o nim tyla prawił. Ojcowych bogów poniechał dla jakowegoś pokurcza, co się obwiesić zwolił. Pono to wszechmocny, przeczże go tedy nie zratował? Tfu, przeklęty odstępnik4! – I szarpnąwszy za oszczep, ciągnie go siebie. Lecz wziąwszy w pół ruchu płazem miecza w łeb, osuwa się na ziemię, nie puszczając drzewca.

Tymczasem przy stołach wrzask i rwetes. Trzaskają przewracane stołki. Trzeszczy cięte ostrzem płótno namiotu i w następnej chwili przez dziurę ktoś wygląda na zewnątrz. Blask bije ze środka, trudno więc go rozpoznać. Znów trzeszczy cięte płótno i zaraz ukazuje się trzymana w ręku pochodnia.

– Jeszcze podpalą namiot! Do pełni szczęścia tylko by nam tego brakowało! Łapię natychmiast pochodnię.

– Puść, ja przyświecę!

Cofnąwszy się o dwa kroki, unoszę pochodnię do góry. Oddycham z ulgą, rozpoznawszy w dziurze twarz Gorazda.

– Uff, a więc nie jego dziabnął Swatopuk. A już myślałem, że po nim.

Wojsław tnie mieczem ścianę namiotu, a wywaliwszy spore przejście, umożliwia kniaziowi Nitry opuszczenie miejsca biesiady. Ten, milcząc spogląda na leżącego Swatopuka, który wciąż ściska w dłoniach drzewce oszczepu.

– Brać go – rzuca w końcu.

Nawet nie wiem, skąd przy nas wyrasta kilku wojów. W jednym z nich rozpoznaję Bronibora. Przewracają Swatopuka twarzą do ziemi i w parę chwil krępują ręce i nogi, a następnie taszczą do namiotu. Brzęk zastawy zwiastuje, że ciśnięto go na stół.

Gorazd wchodzi za nimi, a Wojsław za Gorazdem. Stoję chwilę niezdecydowany, lecz ostatecznie rezygnuję z podążenia ich śladem. Gdzie mi tam do kniaziów!

Obchodzę płócienną „stodołę”, aby od frontu popatrzeć na miejsce wydarzenia. Muszę jednak dosyć wysoko podskoczyć, aby na moment cokolwiek zobaczyć ponad głowami kłębiących się przy stole:

Wytrzeszczone oczy, boleśnie wykrzywiona twarz męża na centralnym stołku. Podskakuję jeszcze parę razy, lecz ostatecznie, klepnąwszy się w czoło, zwyczajnie wchodzę na ławę.

– Po co głupku skaczesz, skoro z ławy na wszystko możesz spokojnie popatrzeć? – Bez wątpienia Medzamir. Skrwawiony grot oszczepu sterczy mu z piersi. Załamująca ręce Welisława przypadła do niego, zaś z drugiej strony pochyla się Gorazd.

– Mój Boże! Dopadła go w końcu własna niegodziwość i powróciło czynione zło. Opuszczam mój punkt obserwacyjny. – Wystarczy mi tego, co zobaczyłem.

Gwiżdżę na Niuka. Jeszcze się gotów gdzieś zawieruszyć. Po chwili przybiega ucieszony, a wraz z nim Chwatacz. Ten, nim się spostrzegłem, cap kawał pieczeni ze stołu. Nie protestuję. Niechaj korzysta z okazji. Niuk widząc, że nie strofuję Chwatacza, natychmiast idzie za jego przykładem. Przynajmniej one skorzystają z uczty.

– Chodźcie pieski! Nic tu po nas. – Wolno wracamy poprzez polanę w kierunku Gorazdowych namiotów.

 

 

Koła wozu turkoczą po kamienistym trakcie. Wydaje mi się, że z każdym obrotem pokrzykują radośnie: wracamy! Skończył się czerwiec i zaczął już lipiec. Najwyższa pora wracać do domu. Przecież nie można pozostawić Unisława sam na sam ze żniwami. I chociaż Gorazd rad by nas zatrzymać na dłużej, wypadało się żegnać, obiecując na później dłuższą wizytę. Nasi przyjaciele obecnie mieli zdecydowanie mniej czasu. Wojsław bowiem objął dowództwo książęcej drużyny, zaś Mścibor jest jego przybocznym. Mlada jeszcze na granicznej polanie wróciła do Welisławy. Niebawem, po uroczystym pogrzebie Medzamira, odbyły się nie mniej uroczyste zaślubiny książęcej pary, jako że Gorazdowi było spieszno do objęcia pełni władzy. Nieszczęsny Swatopuk dał gardło. No, bo jakże inaczej? Zbrodnia kniaziobójstwa nie mogła ujść bezkarnie. Gdy się więc tylko zakończyły ślubne uroczystości, postanawiamy ruszać w powrotną drogę. Tym jednak razem już nie na własnych nogach.

Siedzę wraz z Mirkiem na wozie zaprzężonym w parę koni, a za nami ułożyły się obydwa wilczyska. Te niestety mają zdecydowanie mniej wygodne lokum, gdyż na wozie wypełnionym ładunkiem po prostu brakuje miejsca. Lecz i tu psiska poradziły sobie, rozkładając się zwyczajnie na płachcie okrywającej ładunek. Obok nas konno podąża Gniewko i Przemko.

Pierwszy nocleg wypada nam w opustoszałej więziennej dolinie, gdzie do niedawna gospodarował Libusz z załogą. Uwolnieni więźniowie wrócili do swoich, zaś po Libuszu pozostał jedynie niezbyt wyskoki kopczyk ponad jego mogiłą. Wczesnym rankiem wraz Mirkiem i psami idę za Kysucę, na miejsce starego biwaku. Przecież tam pozostały nasze drobiazgi wraz z derkami i plecakami. Na pozostawioną żywność nie było co liczyć. Najpewniej mrówki dawno już się z nią uwinęły.

Zabieramy pozostawiony dobytek, dokładnie wytrzepując worki i derki. Zrobiwszy z tego jeden pakunek, rzucamy ostatnie spojrzenie na to przytulne miejsce. Jeszcze tylko łyk wody ze źródełka i zaczynamy drogę w dół zbocza. Na miejsce postoju docieramy w sam raz na śniadanie.

Przed wyruszeniem w dalszą drogę, każdy swe drobiazgi i niezbędne w podróży rzeczy pakuje na powrót do plecaka. Tak jest wygodniej. Przynajmniej odpada ciągłe grzebanie w wozie i odkrywanie ładunku. Ten zaś stanowią zapasy na czas podróży oraz nasza część zbójeckiego łupu, jak i też dary Gorazda. To co na mnie przypadło po podziale zawartości Gozdmirowej piwniczki, postanowiłem darować Kocelowi. Po cóż mi tyle bogactw? Wystarczy zupełnie tego co już posiadam. Pozostawiłem więc swój dział u Wojsława, prosząc Mścibora, aby przy okazji dostarczył go adresatowi.

Na odjezdnym Gorazd obdarował nas z iście książęcą hojnością. Każdy otrzymał po złotym łańcuchu, sporym kubku z tego samego kruszcu oraz długim sztylecie w ozdobnej pochwie i misternie rzeźbionej rękojeści.

Teraz więc dary kniazia wkładam w swój wór. Reszta towarzystwa, po krótkim namyśle, czyni to samo. Przynajmniej każdy ma swój dar pod ręką. Co do reszty ładunku, kompani postanowili go podzielić na trzy części dopiero po powrocie do domu.

Po przepakowaniu ruszamy w drogę. Mam nadzieję dzisiaj dotrzeć może i nawet do nadgranicznej strażnicy, już na przełęczy wychodzącej w golęszyckie dziedziny.

Krótko przed południem stajemy w nowym grodzie na wyspie. Na wschód ciągnie się niezbyt szeroka dolina Bystrzicy. To tam gdzieś ma swe włości ród Tomirowej żony.

Postój wykorzystujemy dla skonsumowania w gościnicy solidnego posiłku. Stać nas na to, a przynajmniej odpada strata czasu związana z przygotowaniem obiadu. Można go przeznaczyć na wypoczynek lub podróż. Wychyliwszy na koniec po kubku piwa, szykujemy się do opuszczenia grodu. Płacę gospodzkiemu za jadło oraz trunek, a następnie zdjąwszy koniom z pysków worki – paśniki, włażę na wóz. Wilczyska jednym skokiem lądują tam w ślad za mną. Mirko ostatni zajmuje swe miejsce. Ujmuje wodze zaprzęgu i cmoknąwszy na konie, rusza. Gniewko i Przemko, dosiadłszy wierzchowców, podążają za nami.

I oto już brama grodu przed nami. Jednak prawie że przed samym nosem z nagła się zatrzaskuje, a w następnej chwili zostajemy otoczeni przez kilku wojów. Niezbyt to przyjemne, gdy w człowieka mierzy kilka strzał założonych na cięciwach naciągniętych łuków. Nie ma mowy o jakiejkolwiek reakcji z naszej strony. Pełne zaskoczenie. Jedyna nadzieja w tym, że to przecież woje z kniaziowej załogi, a nie zwykli zbóje. Ci by nas najpewniej natychmiast zatłukli.

Dowodzący akcją starszy woj żąda, byśmy cisnęli broń i zleźli na ziemię.

– Bacz z kim masz sprawę niźli ozorem mleć poczniesz – rzuca mu Gniewko z siodła. – Ty grodem zawiadujesz? Jeśli nie, tedy rychło włodarza wołaj, iżbym mu rzekł, ktom zacz. I ręki na mnie nie podnoś, iżbyś rychło nie zaznał kłody. Pono kniaź rychliwy chąśbę kaźnić5!

– Jakiż kniaź?

– Jako pierwej Medzamir, tak ninie Gorazd, który po Medzamirze włódź dzierży. Wszak pewnie znasz, kto tu włada? – I chyba Gniewko obrał najlepszą drogę. Przecież woj nawykły jest do spełniania rozkazów i raczej sam od siebie nie podejmie inicjatywy w wątpliwej sprawie. Prędzej zda się na dowódcę, niż niepotrzebnie zaryzykuje. I bardziej jest podatny słuchać rozkazującego tonu.

Przywódca chwilę milczy, lecz ostatecznie poleca jednemu z wojów iść do Krasmira. (Z tego co powiedział nam przed wyjazdem Wojsław wynikało, że właśnie Krasmir jest tutaj kniaziowym włodarzem). Nie ponawia też żądania zdania broni. Siedzimy więc spokojnie na swych dotychczasowych miejscach. Spoglądam spod oka na otaczających nas wojów, a potem przenoszę wzrok na tych w nadbramnym samborzu. Zaciekawieni patrzą na nas, oparci o ochronną barierkę W pewnym momencie z boku miga mi przez moment jeszcze jeden, lecz natychmiast znika. Pewnie nawet się nie zorientował, że go dostrzegłem, gdyż niby to mam opuszczoną głowę. Przez krótką chwilę zupełnie dobrze widzę jego twarz. Skądś ją znam, ale skąd? Jakoś nie mogę sobie przypomnieć. Ba, mało to twarzy widywałem ostatnimi czasy? Przez ostatnie dwa tygodnie tyle się wydarzyło i tylu ludzi przewinęło przed naszymi oczami, że dopiero po dłuższej chwili mam:

– Przecież to Radko, podobno niezawodny i zawzięty tropiciel Medzamira! Czyż jemu byśmy zawdzięczali próbę zatrzymania? Jeżeli tak, musiał nas zawczasu rozpoznać, najprędzej po psach. Wątpię jednak, ażeby otwarcie chciał nas oskarżać. A chociażby i nawet. Władztwo Medzamira już przeminęło, a my mamy dany nam przez Wojsława znak kniaziowego kuriera – taki sam, jaki w drogę zabrał Lubor i na dodatek jeszcze krótką laseczkę kniaziowego włodarza, z rzeźbioną główką i odpowiednio wyciętymi karbami. Tę do swych darów dołączył Gorazd. Coś takiego uprawnia posiadacza do wydawania rozkazów w imieniu kniazia. Zatem wątpliwym mi się wydaje, żeby mający pieczę nad grodem zlekceważył te atrybuty. No, chyba że jest ryzykantem stawiającym w hazardzie własną głowę. Jakoś mi się jednak nie wydaje, aby ktoś aż do tego stopnia ukochał Medzamira.

Czekamy długo zanim powraca woj w towarzystwie postawnego męża. Już z samego ubioru można wnioskować, że to nie byle kto. Zatem chyba Krasmir?

Dowodzący wojami wychodzi mu na przeciw i coś klaruje, gestykulując przy tym rękoma. Ten słucha, marszcząc czoło. Skinąwszy na koniec głową, podchodzi ku nam.

– Wy tu włodzicie – rzuca Gniewko z siodła.

– Ja.

– Tedyście pewnie Krasmir?

– Rzekłeś.

Gniewko zeskakuje na ziemię i przystąpiwszy do niego, wyjmuje znak kniaziowego kuriera zawieszony na karku.

Włodarz gródka uśmiecha się pod nosem i machnąwszy lekceważąco ręką rzecze:

– A jakiegoż to kniazia znak? Przecie Medzamir pomarł, tedy jego znakiem próżno mi w oczy świecić.

– To nie znacie, że i Gorazd znak ów przyjął i swym ciekunom nosić przykazał?

– A bo to znam, jakimż sposobem ów znak wpadł w wasze ręce? Możeście kniaziowego ciekuna ubili? Pono dobreście ptaszki. Przeto mi w jamę was brać, póki się nie okaże coście za jedni. Tedy po dobroci zdajcie żelazo, iżbym siłą wziąć go nie był przymuszony.

– Wasze ostatnie słowo Krasmirze?

– Ano ostatnie.

– I strzelać do nas wojom przykażecie?

– Jako żywo!

– Tedyście kiep, a nie kniaziowy włodarz!

Oblicze Krasmira raptownie czerwienieje, zaś ręka wędruje do miecza. Gniewko jednak jest szybszy. Jego lewa dłoń zaciska się na Krasmirowej prawicy trzymającej rękojeść miecza, zaś w prawej trzyma już włodarską laseczkę i podtyka grododzierżcy przed oczy.

– Bacz capie z kim swar6 wszczynasz!

Teraz z kolei oblicze włodarza gwałtownie blednie. Czyżby mu dech zaparło? Rozdziawiona gęba i wybałuszone oczy. Podobnie głupią minę ma także dowódca wojów.

– Styknie7 wam?

Krasmir, wciąż łapiąc oddech ustami, kiwa potakująco głową.

– Tedy przykażcie wierzeje rozewrzeć, byśmy próżno przy nich nie stali.

Jeszcze przed chwilą dumny włodarz, teraz drżącym głosem poleca otworzyć bramę. Gniewko jednym skokiem ląduje w siodle i na odjezdnym, lekko skłoniwszy Krasmirowi głową, rzuca krótkie:

– Żegnajcie! – Cmoknąwszy na konia, rusza wprost w otwierającą się bramę. Mirko, klepnąwszy wodzami końskie zadki, rusza za nim, zaś Przemko zamyka pochód. Nie oglądając się za siebie, forsujemy drugi bród, a znalazłszy się na suchym gruncie, obieramy żwawsze tempo.

– Ale byśmy wyglądali bez Gorazdowej laseczki! Jama pewna i to nie wiadomo na jak długo. Gdy już gród i przeprawa znikają za zakrętem doliny, daję Gniewkowi znak, aby się zatrzymał. Podjeżdża i Przemko. Mówię kogo dostrzegłem w kącie samborza. Tu Gniewko klepie się dłonią w czoło.

– A jużem myślał, że poszaleli. To widać Radko nam wojów na karki napuścił. Rozpoznał gad. Nie próżno Mlada prawiła, że on i śmierć za jedno! Strzec się nam trzeba, a najłacniej Gorazdowe dziedziny najrychlej opuścić. U Golęszyców bezpieczni będziemy. – I bez dalszej dyskusji ruszamy, by kontynuować chwilowo przerwaną podróż. Tym razem aż do zmroku nie zamierzamy czynić dłuższych przystanków. Jednakże słaba stąd nadzieja, byśmy jeszcze dzisiaj dotarli w sąsiedztwo nadgranicznej strażnicy. Najpewniej wypadnie nam zanocować w borze. I chociaż niezbyt mi się to podoba, niczego innego nie wymyślimy. Chyba, żeby podróżować także i nocą? Tego niestety konie przy wozie nie wytrzymają. Zresztą czego się obawiać? Wątpliwe, aby Krasmir jeszcze coś przeciwko nam przedsięwziął. Już tam wystarczająco się boi o swe stanowisko. Nie zaryzykuje jego utraty dla żądania Radka. A i sam Radko najpewniej również nas już nie będzie nękał. Przecież wie, że za nami stoi książęca władza. Trudno, musi się z tym pogodzić – chyba, że jest samobójcą.

Późnym popołudniem mijamy miejsce naszego dawnego postoju nad Kysucą. Tutaj właśnie rzeka obiera kierunek zachodni. Wzdłuż sporego potoku nadal zdążamy traktem na północ, by jeszcze przed zachodem słońca zostawić za sobą porosłą borem dolinę z tajnym szlakiem. Odbiwszy troszkę w lewo, nadal jedziemy traktem. Wprawdzie tempo jazdy znacznie zmalało, ale do zapadnięcia zmroku mamy nadzieję zaliczyć jeszcze kawałek drogi.

Nagle wstrząs! Wóz, trafiając kołem w większy kamień, gwałtownie podskakuje. Coś trzaska i wóz się przechyla. Mirko ściąga wodze:

– Prr! – Zmęczone szkapy stają natychmiast. Rzut oka do tyłu wystarcza, by nabrać pewności, że już dzisiaj nie przejedziemy nawet paru metrów. Złamany czop osi wraz z kołem leży przy skraju drogi.

– A bodaj to! Ale mamy szczęście! Lecz niestety tak bywa z drewnianymi osiami. Łamią się w najmniej odpowiednim momencie. Pozostaje jedynie wystrugać nową i założyć w miejsce złamanej. Niestety nie dysponujemy ośnikiem, którym z odpowiedniej żerdzi dużo prędzej można oś wykonać. No cóż, pomęczymy się toporem, zaś samo obrobienie czopa przyjdzie wykonać nożem. Zejdzie z tym sporo czasu. Już z samym wyjęciem złamanej osi jest trochę roboty. Chyba, żeby obok starej przymocować drugą tymczasową, tylko z jednym czopem? Koła będą nieco przesunięte, lecz czy to takie ważne? W ten sposób można by oszczędzić sporo czasu. Wpierw jednak tył wozu należy unieść i czymś podeprzeć, aby móc wygodnie pracować. – Podkładam kamienie pod przednie koła, zaś Mirko wyprzęga konie. Mają dłuższe wolne.

Wyszukuję w lesie odpowiednie suszki. Wycinam bezzwłocznie i okrzesuję z gałęzi. Jedną długą zamieniam w dźwignię dwuramienną. Podnosimy nią wóz z jednej strony i podpieramy. Tymczasem Gniewko wyciął już młody buczek na nową oś. Przyrzekam sobie w pierwszej napotkanej osadzie sprawić przynajmniej z dwie zapasowe, aby w razie potrzeby nie musieć wystrugiwać nowej, przy czym najwięcej czasu zabierze wyświdrowanie przy końcu czopa otworu na kołek – przewleczkę, zabezpieczający koło. Mam nadzieję otwór ten przepalić rozżarzonym gwoździem. Mam jeszcze dwa, które przywędrowały tutaj ze mną z odległej przyszłości. Pozostaje jedynie gwóźdź osadzić w jakimś uchwycie, żeby się nie poparzyć przy robocie.

Przemko rozpala ognisko. Przy okazji wraz z Mirkiem przyrządzą wieczerzę. Zrzuciwszy z wozu na ziemię nasze plecaki i derki, wyciągają podróżny kociołek. Ja nadal się męczę przy nowej osi. Gniewko w międzyczasie zdążył już wystrugać kołek – przewleczkę i właśnie wyszukuje rzemienie dla prowizorycznego przytwierdzenia mego dzieła, skoro tylko będzie gotowe. Wilczyska, dotąd spokojnie myszkujące przy wozie, nagle zastygają w czujnej pozie i wyciągnąwszy nosy w stronę, z której przybyliśmy, intensywnie wietrzą, równocześnie czujnie nastawiając uszu.

– Uwaga! Pewnie ktoś nadciąga drogą. I chociaż najpewniej możemy się spodziewać pomocnej dłoni, nie od rzeczy będzie – na wszelki wypadek – mieć się na baczności. Zatem broń pod ręką! – Naciągam kuszę i zakładam bełt, po czym niby to nadal jestem zajęty dotychczasową robotą. Gniewko także zostaje przy wozie, jednak Mirko i Przemko z wilczyskami lepiej by znikli w borze. W razie konieczności stamtąd łatwiej mogą nas osłaniać. Niezbyt im się to podoba, lecz ostatecznie, trochę marudząc, czynią zadość mej prośbie. A czas już najwyższy. Z dala słychać tętent końskich kopyt. Niestety nadciągających zobaczymy późno, gdy wychyną spoza zakrętu oddalonego od wozu ze sto – sto pięćdziesiąt metrów. Zajmujemy z Gniewkiem taką pozycję, aby przynajmniej częściowo być zasłonięci zdefektowanym pojazdem. Mój druh opiera łuk o wóz i w zasięgu ręki układa kilka strzał.

Tętent narasta i oto zza zakrętu wyskakują jeźdźcy: jeden, dwu, trzech… Ostatecznie naliczyłem dwunastu. Na nasz widok jadący na czele coś krzyknął i dobywszy miecza, spina konia do skoku.

– Radko z wojami – krzyczy Gniewko.

– O niech to! – Najwyraźniej zamierzają się do nas dobrać. Najlepiej o tym świadczą dobyte miecze. – No tak, jeżeli którykolwiek z nas ujdzie, wiedzą że to koniec. Gorazd nie puści płazem napaści.

– Chlast – w deskę wozu, tuż obok mej głowy, wbija się strzała. Nie ma czego tutaj dłużej czekać!

– W nogi Gniewku! Do boru! Bierz worki! Aby tyle uratujemy. – I nie czekając już na nic, puszczam bełt ku nadciągającym, po czym łapię dwa plecaki leżące obok wozy i chodu! Gniewko również śle strzałę i podjąwszy pozostałe plecaki oraz kociołek na dodatek, pryska w ślad za mną. Tymczasem Mirko z Przemkiem nie próżnują. Ktoś spada z konia, ktoś boleśnie wrzeszczy. Będąc już za zasłoną drzew, ciskam plecaki i natychmiast szykuję kuszę do ponownego strzału. Teraz, już celując spokojnie, oddaję strzał. Jeździec szarpie do tyłu i w następnej chwili leci na łeb. Repetuję kuszę, bełt na cięciwę, krótkie celowanie – i trach!

Jednakże woje idą po rozum do głowy. Zeskakują z koni i kryjąc się za wozem, zaczynają strzelać w bór. Gdy więc strzały zaczynają świstać nieprzyjemnie blisko, rzucam hasło odwrotu:

– Worki na plecy i w nogi! Zmierzch bliski. Bierzmy się ku tajnemu szlakowi!

Nim odejdziemy trzeba koniecznie zniechęcić przeciwnika do wyścibiania nosa zza wozu, przynajmniej na chwilę, byśmy się mogli od niego oderwać. Reszta kompanii także ma już worki na plecach. Gniewko nawet zdążył przytroczyć do swego kociołek. Wystrzeliwszy zatem jeszcze kilka razy, tak szybko jak to jest tylko możliwe, podajemy tyły. I nic to, że za nami wciąż bzykają strzały. Uciekać! Byle żwawo i jak najdalej! Naturalnie trudno biegać pośród gęstej kniei. Zdążamy w górę zbocza. Przecież za grzbietem winna być dolina potoku, wzdłuż którego tutaj ongiś przybyliśmy. Czy Radko przejrzy nasz zamiar? Chociażby nawet był świadomy tajnego szlaku, to skąd ma wiedzieć, że i my go znamy? Zatem najpewniej będzie sądził, że po prostu szukamy schronienia w borze. Oby tak myślał jak najdłużej!

– Ilu mu zostało ludzi? Dwu na pewno wypadło z gry zaraz na wstępie. Ktoś ponadto został ranny. Ale i tak pozostaje jeszcze wystarczająco wielu, żeby nas wykończyć. Wypada więc oszczędzać strzały. Wprawdzie każdy z nas miał pełen kołczan, to jednak do domu droga daleka. Niestety część strzał została w wozie. Te już przepadły, podobnie jak i reszta naszego dobytku. A to się draby ucieszą. Może odkryte łupy nieco opóźnią pościg? Oby!

Przedzieramy się pomiędzy drzewami wciąż w górę zbocza. Wilczyska z nami. Cieszę się, że dotąd nikt z nas nie odniósł rany. Jeżeli jeszcze przed chwilą było słychać odgłosy pościgu i co jakiś czas zaświstała strzała, to obecnie za nami spokój. Czyżby powiodło się zgubić pościg? A może zrezygnowali? Bo i też jest coraz ciemniej. W gęstniejącym mroku podążamy wytrwale w obranym kierunku, by ostatecznie osiągnąć grań. Przed nami teren zaczyna opadać. Odsapnąwszy chwilę, zaczynamy schodzić w dolinę. Niezbyt przyjemnie się tłuc nocą w borze. Człek posuwa się nieomal po omacku. Wytrzeszczając oczy, wolno idziemy przed siebie, przy czym jeden drugiemu siedzi prawie że na plecach. Głupio byłoby się pogubić w mroku. Wilczyska trzymają się przy nodze. Wprawdzie wpierw miały zamiar podążać przodem, lecz w porę skarcone idą wraz z nami.

Długo tak wędrujemy. W pewnej chwili słyszę chlupot płynącej wody. Jeszcze trochę i oto dalszą drogę zagradza potok. Mam nadzieję, że to ten właściwy? Cóż, pewności nie ma. Trudno jednak rzecz sprawdzić po ciemku. Ile czasu zajęła ucieczka? Nie wiem. Pewnie sporo. Niestety ciemne, całkowicie zasnute chmurami niebo, skutecznie uniemożliwia jakąkolwiek orientację w tym względzie.

Przed sforsowaniem potoku nasłuchujemy przez dłuższy czas. A czy to człowiek może być pewny, że w dolinie nie czeka zasadzka? Jednakże nic się nie dzieje, zaś psiska są spokojne. Włazimy w wodę i wolno brodząc w poprzek koryta, wychodzimy na drugi brzeg. Jeszcze jeden rzut oka wokoło i ruszamy w górę doliny. Później się okaże czy zdążamy właściwą drogą.

Dopiero teraz mogę pomyśleć o naszej sytuacji.

– Że też Krasmir zaryzykował? Przecież łatwo może stracić nie tylko stanowisko, ale i głowę. Czyżby aż tak się poczuł urażony? Nie wiem. Wygląda na to, że najlepszym i właściwie jedynym dla niego rozwiązaniem jest nasza śmierć. Jeżeli któryś z nas ujdzie z życiem – wtedy klops! Prędzej czy później kniaź o wszystkim się dowie – i żegnaj Krasmirze! Zatem będą nas tropili do upadłego. Należy więc dobrze wyciągać nogi, aby jak najprędzej dotrzeć do łodzi. Gdy już je spuścimy na wodę, mogą nam nadmuchać! Maszerujemy zatem wytrwale w górę biegu strumienia, lecz tempo marszu niestety daleko odbiega od normalnego. Pociesza mnie jedno – te same utrudnienia napotyka również pościg. Wątpliwe aby przed wyruszeniem pomyśleli o zabraniu zapasu pochodni, bo i po co? Najpewniej nawet przez chwilę w głowach myśl im nie zaświtała, że będą zmuszeni nas ścigać. Świadczy o tym chociażby już ich sama taktyka, a właściwie zupełny jej brak przy próbie pojmania. Przecież swym zachowaniem zawczasu nas ostrzegli i tylko dzięki temu, w ostatniej chwili, udało się prysnąć w bór. A i nasza przezorność także się na coś przydała. Strzelcy, zawczasu ulokowani za zasłoną drzew, osłonili nasz odskok. Kochane wilczyska! Gdyby nie uprzedziły w porę, najpewniej byśmy już gryźli ziemię. I nikt by nie wiedział, co się z nami stało. Co najwyżej nasze zniknięcie zwalono by na draczy. Ci przecież zawsze mogli się znaleźć na drodze.

Wstaje szary świt, a my wciąż nie wiemy czy zdążamy właściwą drogą. Jednak strumień płynie teraz zdecydowanie ze wschodu, zatem kierunek właściwy. Okolica przy tym wydaje się jak gdyby trochę znajoma. Jeżeli to dolina tajnego szlaku, jeszcze przed południem winniśmy trafić na niewielką polankę, którą wycięła ubiegłego lata Manswetowa ekspedycja. Zdążamy więc cierpliwie wzdłuż potoku w górę doliny. Zapewne każdy ma już dosyć i najchętniej by rad odpocząć po trudach całonocnej wędrówki. Cóż, w obecnej sytuacji takie działanie byłoby nierozsądne. Wleczemy się więc nadal, tęsknie wzdychając za chwilą wytchnienia i chociażby byle jakim posiłkiem.

Tymczasem skończył się już poranek i nastał dzień. Niebo wprawdzie pokrywają chmury, lecz od czasu do czasu wygląda zza nich blade słońce. Gdy już sądzimy, że jeszcze chwila, a padniemy ze zmęczenia, pokonawszy zakręt, wychodzimy na polankę. Hura! Nie wiem czy w życiu cieszyłem się z czegoś bardziej. Przynajmniej mamy pewność, że zdążamy właściwą drogą. I zaraz jakoś mniej groźny wydaje się Radko, idący zapewne naszym tropem.

Rzuciwszy wory na ziemi, padamy obok. Nie ma mowy, by któryś postąpił jeszcze chociażby parę kroków. Podobnie zresztą i wilczyska. Wyciągnięte na ziemi, ciężko dyszą.

Mija może z pół godziny albo i nawet więcej. Czuję, że jeżeli jeszcze poleżę chociaż chwilę, niechybnie zasnę. Przemko zresztą już śpi, nie mówiąc o psach. Te od dawna chrapią w najlepsze. Byłoby źle, gdyby nas Radko tak zastał. Z drugiej zaś strony wypoczynek oraz posiłek jest nam nieodzowny. Musimy więc jeszcze jakiś czas tu pozostać. Niestety nie mamy niczego do zjedzenia. Zapasy zostały w wozie. O polowaniu nawet nie ma co myśleć. Pozostają ryby. Za poprzedniej bytności w tym miejscu połów był obfity. Trzeba zatem się za to zabrać. Ja tymczasem wrócę cokolwiek w to miejsce, gdzie potok zakręca i w borze, ponad urwistym zboczem, będę czuwał. Nie ma mowy, aby mnie tam ktoś wypatrzył. Sam niewidoczny, mam wgląd w nawet spory fragment doliny. Gdyby ktokolwiek nadciągnął z dołu, w porę ostrzegę kompanów kukaniem, a w razie potrzeby nawet przeciwnika zatrzymam. Przecież kusza ma większy zasięg niż łuk.

– Tylko się z jadłem uwińcie, bym z głodu nie padł – kończę. – Przemko niechaj śpi. Jest przecież najmłodszy. Gniewko spróbuje coś złowić, zaś Mirko w tym czasie ogień rozpali.

Ujmuję kuszę i z kołczanem bełtów na plecach ruszam na upatrzoną pozycję. Jakiś czas trwa zanim wychodzę nad urwisko. Pewnie kiedyś potok podmył zbocze, stąd urwista ściana. Do dna doliny będzie parę metrów. Dobre miejsce na czatę. Mogę stąd kontrolować mniej więcej około czterysta metrów doliny. I nie ma obawy, żebym coś przeoczył. Jeżeli ktoś nadciągnie z dołu, zawczasu zobaczę. A że nadciągnie, tego jestem pewny. Podczas nocnej ucieczki nie było czasu ni sposobności zacierania śladów. Tak więc, już od wczesnego rana, pościg najpewniej zdąża naszym tropem. I zapewne porusza się dużo szybciej niż my nocą. Kiedy jednak nadciągnie, nie wiem. Oby jak najpóźniej!

Rzut oka na polankę. A tam już płonie niewielkie ognisko. Gniewko tkwi w potoku po kolana w wodzie, czając się z ościeniem w dłoni. Mirko też idzie w jego stronę i klęknąwszy na kamieniu, zanurza dłoń. Aha, będzie łowił ręką. Przemko nadal śpi, a obok niego zmęczone wilczyska. Także bym najchętniej pospał, ale nic z tego. Byle tylko coś przekąsić, wtedy wytrzymam nawet do zmroku. Mam nadzieję, że kiedy już będą mieli jedzenie gotowe, coś mi podeślą.

Leżę wygodnie na brzuchu, za pniem sporej choiny, tuż przy urwisku. Przy mnie kusza i kołczan z bełtami. Spoglądam w dół doliny, czy aby nie dostrzegę nadciągającego niebezpieczeństwa? Lecz, jak dotąd spokój.

Tkwię tak już dosyć długo, w międzyczasie chyba z pięć razy zmieniając pozycję. A to raz siedzę, to znów leżę na lewym lub prawym boku albo też na brzuchu. Aby nie zasnąć, rozważam najprzeróżniejsze warianty ewentualnej akcji. W brzuchu mi warczy, a oczy się kleją. Kompani dawno zakończyli połowy i teraz pieką ryby nad żarem. Przemko już nie śpi, podobnie i wilczyska. Wiadome, sen im przeszedł natychmiast, gdy tylko poczuły wyżerkę. Bawię tutaj już najmniej dwie godziny, mogę się więc wkrótce spodziewać posiłku. Byle z nim zdążyli przed nadejściem pościgu. A chociażby i nawet. Ilu ich może nadciągnąć? Przecież nie wszyscy podążą naszym tropem. Dwu zaraz na początku wypadło z gry. Ktoś też został ranny. W najlepszym wypadku pozostało dziesięciu. Ktoś jednak musiał pozostać przy koniach i mieć wóz na oku. Najmniej dwu, a może nawet trzech. Zatem można się spodziewać sześciu lub siedmiu. Chyba, żeby Radko otrzymał posiłki.

– A gdyby tak zaraz na wstępie wyeliminować Radka? Wtedy chyba już nie tak zajadle będą nas tropili. Ten najpewniej jest duszą przedsięwzięcia. Skoro się tutaj pojawi, przede wszystkim zapoluję na niego. Trzeba było draba zatłuc nad Wagiem. Nie byłoby teraz kłopotów – przychodzi spóźniona refleksja. – No cóż, mądry człek po szkodzie!

Znów spoglądam na polanę. A tam już jedzą w najlepsze. Wilczyska nie odstępują chłopaków i żadna ich teraz siła z miejsca nie ruszy. Dopiero gdy znikną ostatnie kęsy wyżerki, raczą ruszyć swe tyłki.

Ponownie patrzę na zachód. Tam wciąż cisza i spokój. Na moment przymykam oczy. Po ponownym otwarciu z emocji ściska mnie w gardle. W połowie dystansu widzę zwiadowcę, a spory kawałek za nim jeszcze pięciu wojów. Czyżbym przysnął na chwilę? Przecieram oczy rękawem i ująwszy kuszę, biorę na cel tropiciela. Lecz w następnej chwili rozpoznaję, że to nie Radko. Zaczekam na niego. Tymczasem zamieniam się w kukułkę. Szperacz przystaje, patrząc pilnie w moją stronę. Nie ma jednak szansy, aby mnie dostrzegł. Nim się zorientuje skąd dochodzi głos, dawno już milczę. Leżę spokojnie z kuszą przy oku i palcem na spuście.

Chwilowe zatrzymanie zwiadowcy powoduje zmniejszenie dystansu pomiędzy nim, a resztą grupy. Rozpoznaję Radka. Podąża na czele piątki. I chociaż jest już w zasięgu strzału, czekam cierpliwie. Z mniejszej odległości pewniejszy strzał. Przez cały czas prowadzę go na celowniku. W końcu uznaję, że mi wystarczy. Nie mogę przecież drabów dopuścić zbyt blisko! Szperacz w międzyczasie dochodzi już do urwistej ściany.

Wolnym ruchem palca ściągam spust. – Brzdęk! – Bełt pomknął do celu. Nie patrzę na efekt strzału, lecz błyskawicznie repetuję kuszę i zakładam następny bełt na cięciwę. Kichać na szperacza, tego i tak wkrótce dostanę. Rzut oka na grupę pościgową. Radko leży na wznak, zaś reszta jego kompanów właśnie pryska, chcąc znaleźć schronienie w borze. Trafiam jeszcze jednego na moment przed zniknięciem z otwartej przestrzeni. Pada na ziemię, lecz zaraz na czworakach dopada zbawczej gęstwiny.

Szperacz jeszcze nie wie, co się dzieje za jego plecami, gdyż – chociaż to dziwne – wszystko odbywa się bezgłośnie. Ponownie błyskawicznie szykuję kuszę do strzału. Nim jednak zdołałem wziąć zwiadowcę na cel, ten się odwraca i zobaczywszy kompana leżącego samotnie nad brzegiem potoku, w momencie wyrywa przez potok ku zbawczej gęstwinie na drugim brzegu.

Ten to ma refleks! Lecz i tak posyłam mu dosyć celny bełt. Otrzymuje cios w lewe ramię, gdy właśnie niknie pośród drzew. Znów przygotowuję kuszę do strzału, jednakże w dolinie pusto. Jedynie leżący Radko świadczy o tym, że coś się tutaj przed chwilą wydarzyło.

Spoczywam nieruchomo pod jodłą, pilnie patrząc przed siebie.

– Posłać Radkowi drugi bełt? Ee, przecież nie będę strzelał do rannego, chociaż on zapewne by nie miał takich obiekcji. Nie, nie dobiję powalonego! – Czekam cierpliwie. Może któryś w końcu wyścibi nosa z boru? Przy tym wypada się także strzec, ażeby przypadkiem nie zostać zaskoczonym przez pozostałych. Na pewno będą próbowali to zrobić. Pilnie więc nasłuchuję i rozglądam wokoło, lecz – jak dotychczas – nic się nie dzieje. Radko nadal leży, tak jak padł.

Wtem zaskrzeczała sroka. Czyżby kogoś zwiastowała? Po chwili znów skrzeczy. Nie mam już wątpliwości – ktoś się posuwa w moją stronę. Szkoda, że Niuk pozostał przy reszcie kompanii. Wnet by mi wystawił przeciwnika. No cóż, muszę sam sobie poradzić.

Ostrożnie dobywam „syrenkę” i wbijam w zasięgu ręki, tuż przy pniu.

I znowu skrzek, już znacznie bliżej. Kochane ptaszysko! Wystawia mi draba. Niechaj mi ręka uschnie, jeżeli kiedykolwiek pozwolę komuś skrzywdzić srokę!

I raptem widzę! Dwu wojów wolno spływa zboczem z góry. Sprytnie! Właśnie się zatrzymują i coś do siebie szepczą. Jeden wskazuje ręką w dół. Drugi kiwa głową i rozdzieliwszy się, w pewnej od siebie odległości, zaczynają drogę w kierunku potoku. Mają zamiar zajść mnie od tyłu, lecz źle określili odległość. No tak, sądzą według zasięgu łuku. Defilują mi nieomal przed nosem, a następnie pokazują plecy. Jeden wychodzi prawie nad skraj urwiska. Krótkie celowanie – i trach! Nawet nie zdążył wrzasnąć. Lot w stronę dna doliny, zakończony twardym lądowaniem. Błyskawicznie repetuję kuszę.

– Zaraz drugiego będę miał na karku! – Na szczęście ten nie natychmiast się orientuje w sytuacji. Mija parę dalszych sekund, pozwalających na założenie bełtu. Lecz oto już wie. Uskoczywszy za drzewo, śle strzałę w mym kierunku. W ostatniej chwili chowam się za pień. Z kuszą przy oku czaję się za jodłą. Niechaj no tylko nos pokaże! Cóż, kiedy przeciwnik nie jest głupi. Czeka w ukryciu na dogodny moment.

– A gdyby go tak sprowokować? Dobrze. I jeszcze wprowadzić w błąd. Na sekundę wychylam się zza pnia. Teraz winien strzelić! I natychmiastowy unik za drzewo. Bzyka strzała, żłobiąc grotem jasną rysą na korze. Boleśnie wrzeszczę.

– Nabierze się czy nie? Tak! Udało się! – Drab wyskakuje zza drzewa z mieczem w ręku, chcąc mnie dopaść w paru susach. Niestety już w trakcie pierwszego inkasuje bełt. Coś mu się ten skok kończy zbyt niezdarnie. Ryje nosem w ściółkę, lecz przewróciwszy się na bok, zjeżdża w dół zbocza. Ma szczęście, że nie wprost na urwisko. Zahaczywszy o drzewo, leży chwilę bez ruchu. Ostatecznie jednak na czworakach ucieka ku swoim. Mógłbym wprawdzie go dobić, ale jakoś nie mam na to ochoty. Niechaj ucieka. Ten w najbliższym czasie na pewno nam nie zagrozi. Pozostał zatem jeszcze tylko jeden sprawny woj. Gdzie się podziewa? Na wszelki wypadek zmieniam stanowisko.

Rzut oka na polankę, a tam już nikogo. Zalane ognisko jeszcze bucha parą. Kieruję wzrok w stronę przeciwną. W dole potoku dostrzegam następną czwórkę.

– O niech to! Ale się rozmnożyli! Dostał więc Radko posiłki. Widać Krasmir drży o swą głowę.

Momentalnie zajmuję poprzednią pozycję i z dalekiego dystansu ślę bełt. I chociaż na tę odległość strzał jest wątpliwy, to przecież trafia jednego w nogę. Przyklęka raptownie, jakby się potknął, lecz natychmiast ucieka w bór, powłócząc kulasem. Jego kompani za nim.

– To ich trochę zatrzyma. Trzeba się zmywać, gdyż wkrótce może mi tu być za ciepło! – Rzuciwszy jeszcze raz okiem wokoło, opuszczam dotychczasową pozycję.

Już blisko polanki wpadam na druhów czających się pośród drzew, z łukami gotowymi do strzału.

– W nogi, jeśli nam życie miłe! Nadciągają następni!

Zarzuciwszy plecak na grzbiet, ruszam ostro do przodu. Teraz Gniewko zamyka pochód. Po jakimś czasie Mirko podaje mi upieczoną rybę. Miło, że o mnie pamiętał. Rwę zębami cokolwiek wystygłe mięso i ostrożnie przeżuwam, aby przypadkiem nie połknąć ości.

Tempo marszu dobre. W jakiś czas później mijamy miejsce naszego pierwszego noclegu po przebyciu przełęczy, w czasie wędrówki w przeciwnym kierunku. Jeżeli utrzymamy nadal dotychczasowe tempo, może nam się powiedzie umknąć? Zresztą któż wie, jak zareagują nasi prześladowcy? Radko, będący niewątpliwie sprężyną napędzającą akcję, wypadł z gry. Chociażby i nawet wyżył, długo nie będzie zdolny czegokolwiek przedsięwziąć. Padł i dziesiętnik. Tego jestem pewien. To on rymsnął z urwiska. Zaś pozostałym może już przeszła chętka na bohaterskie wyczyny? Może poniesione straty bardziej ich zniechęcą niż zdopingują do wzmożenia wysiłków? Jedno jest pewne: dobrze się zastanowią przed powzięciem następnego kroku. Ponadto nie mają przecież pewności, że nas już nie ma w dolinie. Zaś nikomu nie spieszno wystawiać się na strzały. Sądzę zatem, iż minie jeszcze trochę czasu zanim się spostrzegą, że zostali sami. Może i przed wyruszeniem w dalszy pościg jeszcze się naradzą? Jak by na to nie spojrzeć, mamy najmniej z pół godziny przewagi. A i do przodu także nie polezą tak żwawo, obawiając się w każdej chwili ponownej zasadzki. Mamy więc szansę dopaść naszych aldiji. Spuszczenie ich na wodę zabierze najwyżej parę minut. Ale to dopiero jutro. Dzisiaj w żadnym wypadku nie da rady. Za daleko.

Lecz oto w końcu przełęcz. Wytrzymaliśmy mordercze tempo podejścia. W uszach szumi, a przed oczyma latają czerwone mroczki. Padam bezwładnie na ziemię i jakiś czas leżę ciężko dysząc. Moi towarzysze są podobnie wypompowani. Sapiemy niczym lokomotywy.

Gniewko pierwszy jakoś przychodzi do siebie. Unosi głowę:

– Nigdym tak nie gnał pod górę. Aże w oczach się ćmiło!

– Zobacz Gniewku czy już nie lezą za nami? Zostało czterech, nie uszczerbionych, wszakże mógł jeszcze do nich dojść ktoś nowy.

Gniewko podnosi się z ziemi i wraca kilkanaście kroków, w miejsce skąd ścieżka zaczyna stromo opadać w dolinę. Na tym odcinku przez kilkadziesiąt metrów biegnie względnie prosto, wąskim i niezbyt głębokim żlebem. Jednakże na ścieżce pusto. Na razie nikt nam nie depcze po piętach. Można zatem jeszcze chwilę odetchnąć. Lecz co później? Wątpliwe, żeby nas tak łatwo poniechali. Już w tym Krasmira głowa. Chcąc dotrzeć do łodzi, a przede wszystkim wpierw bezpiecznie przenocować, wypadało by jeszcze raz się zasadzić na ścigających i tym razem już definitywnie wybić im z głowy jakąkolwiek myśl o schwytaniu nas. Najdogodniejszym zaś miejscem wydaje się przełęcz. Zawczasu dostrzeżemy nadciągających żlebem. W tym miejscu nie powinni nas raczej niczym zaskoczyć. Chcąc wyjść na przełęcz, muszą trzymać się ścieżki. Przedzierając się knieją, mogą z góry porzucić wszelką myśl, że nas dopadną. No, chyba żeby nas tutaj coś dłużej zatrzymało. Ale na razie na to się nie zanosi. Pójdą więc ścieżką, zachowując wszelkie możliwe środki ostrożności. Nie są przecież nowicjuszami w swym rzemiośle, a i lekcję udzieloną w dolinie na pewno dobrze zapamiętali. Wiedzą, że nawet uciekając, potrafimy boleśnie ukąsić. Tym trudniej przyjdzie ich ponownie zaskoczyć. Bez tego jednak wątpię, byśmy szczęśliwie wywinęli się z tarapatów.

– Jak by tu zaskoczyć Krasmirowych wojów? – myślę intensywnie. A muszę przyznać, że przeważnie najlepsze pomysły wpadają mi do głowy w sytuacjach, gdy czuję przysłowiowy nóż na gardle. Wtedy zawsze tak jakoś szybko znajduję dobre rozwiązanie.

Podnoszę więc z ziemi strudzone ciało i chociaż jeszcze nie do końca pozbyłem się zadyszki, dołączam do Gniewka.

Na ścieżce nadal spokój. Stoimy parę kroków ponad wylotem żlebu, oparci o spory głaz i patrzymy w dół zbocza, gdzie może już niebawem wychyną z boru tropiący nas woje. Zupełnie dobre miejsce dla zatrzymania pościgu. Przytaiwszy się przy ścieżce, można by poczekać aż zdążający naszym śladem wejdą dostatecznie głęboko w żleb i wtedy posłać im kilka szybkich salw. O wynik można być spokojnym. Raczej trudno spudłować.

– A gdyby tak jeszcze jeden z nas lub nawet dwu zaszyło się w lesie na drugim krańcu żlebu? Wtedy, wziąwszy ścigających we dwa ognie, nie damy im czasu chociażby tylko na opamiętanie. Dobrze pamiętam podobną sytuację na grobli, kiedy to Sławoj uwożący porwanych żupanów, poniósł w parę chwil sromotną klęskę. Nawet nie zdążył pomyśleć o obronie.

Gniewko przyznaje mi rację. Ale jego zdaniem stanowiska należałoby zająć nie na krańcu żlebu, lecz nieco powyżej. Tam już strome skarpy w jakimś stopniu zabezpieczą ukrytych strzelców przed ewentualnymi niespodziankami. Zanim któryś z Krasmirowych wojów zdoła opuścić ścieżkę, zdążymy mu posłać celną strzałę.

Wracamy do reszty towarzystwa. Szkoda, że nie ma z nami Lubora. Byłoby o jednego strzelca więcej. Cóż, kiedy jest zapewne daleko. Musi się obyć bez niego.

Po przedstawieniu chłopakom planu działania, krótko jeszcze radzimy o szczegółach. Decyduję się zająć wysuniętą pozycję, aby od tyłu razić napastników. Po krótkim namyśle Przemko wyraża chęć dotrzymania mi w tym towarzystwa. Na przełęczy zostanie Gniewko z Mirkiem. Na wszelki wypadek postanawiamy zejść na pozycje borem, nie korzystając ze ścieżki. Jeszcze byśmy mogli pozostawić po sobie jakieś ślady, będące ostrzeżeniem dla ścigających albo – co gorsza – natknąć się w żlebie na nadciągających z doliny. Wtedy kapota! Marne nasze widoki. Aby więc nie kusić losu, bezzwłocznie ruszmy. Przemko wędruje po prawej, a ja z Niukiem po lewej stronie żlebu. Pomimo, że wcale nie tak łatwo przedzierać się gęstą knieją, wychodzi nam to zupełnie sprawnie. Obydwaj posuwamy się prawie że jednakowym tempem. Wprawdzie sforsowanie tych około pięćdziesięciu metrów gęstwiny zajmuje dużo więcej czasu niż pokonanie tego samego dystansu ścieżka, jednak ostatecznie bez przygód zajmujemy dogodne stanowiska z obu stron żlebu, może z około dwudziestu metrów od jego krańca. Kryję się za pniem wysmukłego świerka. Przemko, niemal na przeciw, niknie pomiędzy dwoma choinkami. Niuk kładzie się obok mnie, wyszukawszy sobie wygodne leże pośród grubych korzeni, promieniście odchodzących od pnia. Przygotowuję kuszę do strzału, zaś przed sobą układam kilka bełtów, by w razie potrzeby były w zasięgu ręki. Teraz jedynie pozostaje cierpliwie czekać. Przy tym wcale bym się nie czuł urażony, gdyby Krasmirowi chłopcy wcale nie nadciągnęli. Ale w to niestety wątpię. Już nam tak łatwo nie popuszczą.

Oczekiwanie ma i tę dobrą stronę, że przynajmniej w tym czasie jeszcze trochę człek odpocznie. Czekam zatem cierpliwie, nie osłabiając uwagi ani na moment. Nie tak przecież trudno zostać zaskoczonym.

Minęła już pewnie godzina, a może nawet i więcej. Parę razy zmieniam pozycję ciała, kładąc się ostatecznie obok chrapiącego w najlepsze Niuka. Lecz i tak wkrótce coś mnie zaczyna uwierać w żebra. Już się mam przewrócić na bok, gdy zastygam w bezruchu, wstrzymując nawet oddech. Na ścieżce, poniżej wylotu żlebu, pojawia się woj. Lekko pochylony, cicho jak kot, kroczy skrajem ścieżki. Co chwilę rzuca wokoło baczne spojrzenia, przystaje na moment, po czym znów rusza do przodu. Przed żlebem zatrzymuje się dłużej, uważnie badając pozostawione przez nas ślady. Opuszcza nawet ścieżkę, lustrując bór ponad zboczami żlebu. Jak to dobrze, że nasze stanowiska są nieco powyżej.

Wreszcie uspokojony wraca na dróżkę i rzuciwszy okiem za siebie, daje znak niewidocznym z mej pozycji towarzyszom, że wszystko w porządku.

Ponownie z emocji powstrzymuję oddech. Ilu wojów zdąża naszym śladem?

I oto w zasięgu wzroku pojawia się pięć sylwetek. Podobnie jak szperacz idący przodem, cicho kroczą ścieżka, rzucając wokoło czujne spojrzenia. W ręku łuki z nałożonymi na cięciwach strzałami. W międzyczasie otwierający stawkę woj mija już połowę żlebu. Odruchowo zaciskam palce na kolbie kuszy.

– Żeby tylko nie za szybko wyszedł na przełęcz! – A tu, jakby na złość, reszta pościgu staje u wejścia do żlebu. Najwyraźniej oczekują aż szperacz osiągnie cel i da znak, że droga wolna.

– Ha, trudno! Nic tu nie poradzę. Jakoś Gniewko z Mirkiem muszą sami racjonalnie zadziałać. Ścigających za wszelką cenę trzeba zwabić w pułapkę.

Na wszelki wypadek jedną ręką przytrzymuję obudzonego Niuka. Byłoby źle, gdyby mi teraz z czymś wyskoczył. Jednakże pies leży spokojnie, wpatrując się w stojącą opodal piątkę. Za jego przykładem i ja przesuwam wzrokiem po ich twarzach. I tutaj zaraz nowa emocja, gdyż w jednym rozpoznaję Krasmira.

– Tak mu na nas zależy, że nawet sam ruszył w pościg? Ba, pewnie zdopingowała go do tego zawartość porzuconego wozu. A może właśnie wóz uzmysłowił mu, że faktycznie z rozkazu nowego kniazia zdążaliśmy w jakiejś misji, zaś on ją przerwał? By zatem ocalić gardło, chce osobiście dopilnować dokładnego wykończenia rozpoczętej roboty. Nie spocznie więc dopóty, dopóki nie zobaczy nas martwych.

Tymczasem zdążający przodem szperacz opuścił już żleb i niknie mi z oczu na przełęczy. Do bólu zagryzam wargi, czekając dalszego rozwoju wypadków. Ale nic nadzwyczajnego się nie dzieje. Po chwili znów widzę szperacza. Daje znak kompanom i natychmiast znów mi niknie z oczu. Stojący przed żlebem ruszają i już po chwili mijają nasze pozycje. Krasmir idzie jako trzeci. No tak, dba o swe bezpieczeństwo. Przed ewentualnymi strzałami z przodu lub tyłu zawsze jego zacną osobę zasłania przynajmniej dwu wojów.

– Poczekaj, już cię dostanę – mruczę pod nosem, biorąc na cel dowódcę nadrzecznego grodu. – Nie będziesz się krył za plecami Bugu ducha winnych wojów!

Wskazujący palec wolniutka zaczyna ściągać język spustowy kuszy. Raptem krótki okrzyk rozbrzmiewa z przełęczy, elektryzując zdążających żlebem. Ostro ruszają do przodu, lecz prawie że natychmiast stopują ich nadlatujące strzały.

– Brzdęk – bełt mknie do celu, ale równocześnie i Krasmir, wykazując błyskawiczny refleks, pada na ziemię. Zamiast pewnego trafienia inkasuje najwyżej draśnięcie w ramię albo i nawet nic. Repetuję kuszę i założywszy bełt, tak szybko jak tylko potrafię, rzucam okiem na ścieżkę w poszukiwaniu celu.

Woj dotychczas zamykający grupę, na łeb, na szyję gna w dół żlebu. Ktoś inny leży na środku ścieżki, z szeroko rozrzuconymi rękoma. Za nim kryje się Krasmir.

– Dziw, że aż tak się potrafił skurczyć! Teraz mogę mu co najwyżej strzelić w wypięty zadek. Na to mi jednak szkoda bełtu. Cóż, poczekam. Prędzej czy później musi się odsłonić.

Dwu pozostałych wojów tuli się do zboczy żlebu w złudnej nadziei, że może jakoś zdołają uniknąć następnych strzał. Krasmir na nich pokrzykuje, usiłując zachęcić do boju.

Raptem w pień świerka – tuż nad moją głową – trafia strzała. Gwałtownie przypadam do ziemi, jednocześnie zwracając wzrok w dół zbocza, gdyż najwyraźniej właśnie stamtąd mi ją posłano.

– To niedawny uciekinier. Widocznie zdołał już ochłonąć i włącza się do akcji. Właśnie wyjmuje następną strzałę i zakłada na cięciwie. Tu jednak jestem szybszy. Przecież kuszę mam gotową do strzału. – Bełt grzęźnie w jego prawym ramieniu prędzej niż zdołał napiąć łuk do połowy. Strzała szybuje zaledwie parę metrów, lądując na środku ścieżki. W tej sytuacji strzelec rezygnuje z dalszej wymiany uprzejmości. Obróciwszy się na pięcie, w parę sekund niknie mi z oczu za drzewami.

– Tego raczej mamy z głowy. – Ponownie repetuję kuszę i, już gotowy do następnego strzału, zwracam oczy w stronę Krasmira. I w tym samym momencie nieruchomieję z wrażenia. Zapomniawszy zupełnie o swym bezpieczeństwie, szeroko rozwartymi oczyma gapię się w głaz, który dopiero co ruszył ze swego miejsca na przełęczy i właśnie wpada w żleb, ciągnąc za sobą coraz więcej drobnych kamieni.

Towarzysze Krasmira szukający dotąd osłony w nierównościach skarp ciskają łuki i w szaleńczym pośpiechu usiłują opuścić skalną rynnę. Jedynie Krasmir, wciąż skulony za ciałem poległego woja, jeszcze nie dostrzega nadciągającej zagłady. Lecz oto i on, z sekundowym opóźnieniem, pojmuje co się święci. W ułamku chwili porzuca dotychczasową pozycję i – jeszcze w półobrocie – rzuca się ku zbawczej skarpie. W tym samym momencie głaz, odbiwszy się od jakiejś nierówności, trafia nieszczęśnika i jak lemiesz zgarnia na powrót w rynnę. Mignęły w powietrzu Krasmirowe nogi, lecz natychmiast nikną pod rozpędzonym głazem. Ten zaś, przetoczywszy się po nieszczęsnym, pośród dudnienia oraz grzechotu ciągnących w ślad za nim kamieni, gna w dół żlebu, aby siać spustoszenie poniżej skalnej rynny. A ja się wciąż gapię, zapomniawszy zupełnie o zachowaniu podstawowych zasad bezpieczeństwa. Na moje szczęście w pobliżu brak łuku zdolnego mi posłać celną strzałę. Wprawdzie dwu wojom powiodło się uniknąć spotkania z rozpędzonym głazem, ale nie bardzo zdołali uniknąć gradu kamieni wędrujących jego śladem. I chociaż z opresji wynieśli cało głowy, to niestety są cokolwiek poturbowani, a w dodatku omalże bezbronni. Wątpię, żeby ich pośpiesznie ciśnięte łuki nadawały się jeszcze do czegokolwiek. A i nawet jeden ma u pasa jedynie pustą pochwę po mieczu, który mu widocznie wypadł podczas ucieczki. Leżą teraz na ziemi jeszcze ogłupiali, ciężko dysząc.

Nie tracąc ni chwili, przyskakuję do nich z Niukiem. Natychmiast i Przemko dołącza do mnie. Ale nasi niedawni prześladowcy stracili jakąkolwiek chęć do działania. Jęcząc i ciężko dysząc, skamlą o litość.

Wkrótce nadchodzi z góry Gniewko z Mirkiem. Na stronie, przyciszonymi głosami krótko radzimy, co począć z kontuzjowanymi wojami? Ostatecznie decydujemy się puścić ich wolno. W obecnym stanie w niczym nam nie zagrażają. Nim jednak odejdą, wypytujemy dokładnie o przebieg pościgu. Na zakończenie Gniewko wyjmuje zza pasa Gorazdową laseczkę kniaziowego włodarza i ukazując pokonanym, każe się zaraz po powrocie zgłosić u Wojsława lub Mścibora i zdać dokładną relację z wrogich działań Krasmira. Występując przeciw nam Krasmir dokonał zdrady. Oni, spełniając rozkazy swego dowódcy, nie byli tego świadomi. Dlatego darowujemy im życie i puszczamy wolno. Trudno niestety powiedzieć, jak się Gorazd będzie na to zapatrywał. W tej sytuacji jedynie Wojsław może uratować ich głowy.

Potwierdzająco kiwają głowami.

– Zaś zewłok Krasmira możecie zabrać ze sobą, lubo też ostawić – dodaje. Zależy to wyłącznie od ich uznania. Jednakże Krasmir, w obecnym stanie, raczej niezbyt się do czegokolwiek nadaje.

Gniewko wraca na przełęcz po pojmanego zwiadowcę. Wkrótce wraca, wiodąc jeńca przed sobą. Ten zapewne spodziewa się najgorszego. Gdy rozcinam mu pęta i oznajmiam, że jest wolny, przez chwilę nie może w to uwierzyć. Ostatecznie kontuzjowana trójka odchodzi, zostawiając zwłoki towarzyszy na miejscu. Obiecują zorganizowanie transportu poległych.

Jeszcze chwilę pozostajemy na placu boju. Jeśli wierzyć rannym, nikt obecnie nie będzie nas ścigał. Po prostu nie ma kto. Lecz na wszelki wypadek postanawiamy niezwłocznie ruszyć w dalszą drogę. Do zmroku jeszcze daleko, zatem lepiej zaraz się brać w stronę czekających aldiji. Wprawdzie dzisiaj do nich nie dotrzemy, ale przed jutrzejszym południem mamy szansę rozpocząć spław w kierunku stron rodzinnych. Chwilowo mamy dosyć Medzamirowych dziedzin i chociaż obecnie zabrakło w nich samego Medzamira, to jednak ta kraina na razie do cna nam obrzydła. Zapewne każdy tylko o tym marzy, aby jak najprędzej stanąć w domu. I bynajmniej temu się nie dziwię. Sam czuję podobnie.

Opuściwszy przełęcz, maszerujemy stromo opadającą dróżką wzdłuż strumyka toczącego wody do Soły, zaś każdy krok do przodu przybliża nas do domu.

 

 

Słońce chyli się ponad borem, złocąc Boży świat. Po niedawnej burzy bór przyległy do rzeki paruje, a ponad łęgiem snują się lekkie mgiełki, teraz ubarwione blaskami zachodzącego słońca. To już nasz piąty dzień na wodzie. Tak jak przewidywałem, następnego dnia po potyczce na przełęczy, ruszyliśmy w dół Soły. I chociaż tym razem spław przebiegał dużo szybciej niż poprzednie mozolne przebijanie się pod prąd, to jednak na drogę zużyliśmy niemal tyle samo czasu. Bo i też koniec lipca – lipieniem tutaj zwanym – okazał się nad wyraz burzowy. Burze powodowały przerwy w podróży, lecz niczego przeciw temu nie można było zaradzić. Przecież nie byliśmy szaleńcami, by kontynuować rejs pośród gęsto bijących piorunów. A poza tym, nareszcie czuliśmy się bezpieczni. Nikt już nas nie ścigał, nie deptał po piętach ani też do nikąd nie musieliśmy się spieszyć. Teraz jednak ujście Gostynki było tuż, tuż, zatem raźniej machamy wiosłami, chcąc jeszcze przed zmierzchem zakończyć rejs, aby przed nocą dotrzeć do zajazdu u stóp Swarogowej górki. Wilczyska zwinięte w kłębek na dnie łodzi czujnie podrzemują, gotowe w każdej chwili do natychmiastowej ewakuacji.

Lecz oto wreszcie przed nami Gostynka. Z westchnieniem ulgi mijamy znajomą łachę i wpłynąwszy w ujście, kontynuujemy rejs w górę biegu niezbyt szerokiej rzeki. Przodem aldija Gniewka i Przemka, a ja z Mirkiem i psiskami za nimi. Raźno pluskają wiosła, popychając łódki ku niezbyt odległemu już celowi. Bór rzuca długie cienie na rzekę, zaś słońce wolno niknie poza koronami drzew. Zanim na dobre zdążyło zapaść za borem, osiągamy rozległą polanę, z gródkiem przy ujściu Mlecznej. Jeszcze parę minut i oto wreszcie lądujemy obok Ziemysłowej kleci. Wyskoczywszy na brzeg, wyciągamy aldije na ląd. Wilczyska ganiają przy brzegu, zadowolone że wreszcie mogą rozprostować łapy. Zostawiamy aldije przed klecią i poniechawszy tym razem odwiedzin gródka, niezwłocznie ruszamy w kierunku piętrzącego się za borem wzgórza. Chcąc tam dotrzeć jeszcze przed nocą, wypada dobrze wyciągać nogi. Te zaś na szczęście ostatnio niezbyt się nabiegały, więc zaraz od startu obieramy dobre tempo. Lecz i tak dopiero równo ze zmierzchem stajemy przed zamkniętymi już wrotami do gościnicy. Chwilę w nie walimy, zanim ktoś z gospody wyjść raczy. Najpewniej szykującym się do snu gospodarzom niezbyt w smak spóźniona wizyta. A może zresztą jedynie mnie się tak wydaje? Przecież gościnność jest tutaj świętą powinnością.

Tymczasem uchyla się połówka wrót i zza niej wyłania się Czesław, oświetlony migotliwym blaskiem pochodni. Zaraz też w kręgu światła dostrzegam i Zbyszka. Psiska bezceremonialnie pchają się do środka, a my za nimi.

Takiego powitania jeszcze nam nikt nie zgotował! Ale i też radość gospodarzy jest ogromna. Czuję się tak, jak bym po długiej nieobecności wrócił do domu. Moi towarzysze pewnie czują podobnie. I jak tu się później kłaść spać? W rezultacie jeszcze długo po północy wciąż siedzimy przy zastawionym stole, opowiadając co się nam przydarzyło już po wyjeździe Zbyszkowego ojca. A i Czesław w paru słowach mówi o podróży z Tomirem i Luborem. Ci się zatrzymali w nadolziańskiej Podoborze, chcąc być blisko stron rodzinnych. Tam także mieli zamiar czekać na resztę rodziny.

– To dobrze – myślę. – Pewnie już wiedzą o śmierci Medzamira, zatem bez obawy mogą wracać do domu. Przecież Mlada nadal przebywała na kniaziowym dworze, więc im nic nie grozi. W tej sytuacji tylko patrzeć u Wszebora Luborowych swatów.

W końcu jednak zmęczenie bierze górę. Za przykładem naszych psów, od dawna już w najlepsze chrapiących pod stołem, kładziemy się spać. Podziękowawszy Panu za wszelkie dobro, wnet zasypiam.

Nazajutrz wszyscy zaspali. Słońce stoi już wysoko na niebie, gdy psiska wreszcie czynią pobudkę. Bez tego pewnie byśmy spali do samego południa. Zbyszko labiedzi,8że już dawno powinien był być u Borzysława. Gościmiła spieszy się ze śniadaniem dla żerzcy. Gdy jest gotowe i Zbyszko z nim wychodzi, na progu wpada na Borzysława, który zaniepokojony niecodzienną sytuacją przyszedł sprawdzić, czy aby w gospodzie nie wydarzyło się coś złego? Zaraz na wstępie, za sprawą ucieszonego Niuka, mało co nie ląduje na polepie. Na szczęście wszystko się dobrze kończy tylko na paru „ślapach” w nos. Potem i my możemy go powitać. Siadamy za stołem i znów bardzo długo przy nim siedzimy. Przecież i Borzysław jest ciekawy naszych przygód.

Tak nam dobrze razem, że pozostaje z nami do zmierzchu. Wtedy to w towarzystwie Niuka podążam z nim na szczyt. Nazajutrz o świcie moi kompani chcą przy porannych modłach podziękować Swarogowi za szczęśliwe zakończenie wyprawy.

Przed zaśnięciem długo jeszcze gadamy. Niuk już dawno śpi, a my wciąż mamy sobie wiele do powiedzenia. Wreszcie Borzysław uznaje, iż najwyższa pora spać, byśmy przypadkiem nie przespali świtu.

Tym razem jednak nie jest tak źle. Budzimy się w porę. Niebawem nadchodzą towarzysze wyprawy ze Zbyszkiem. Zostawiwszy Niuka i Chwatacza w chacie żerzcy, zdążamy poprzez polanę w stronę Swarogowej kąciny. Mirko jako obiatę za szczęśliwe zakończenie wyprawy postanowił darować swój złoty kubek otrzymany od Gorazda.

Stajemy przy kręgu zniczy ofiarnych, zaś Borzysław przy ofiarnym kamieniu. Nie czekając na wschód słońca, klękam na murawie i uczyniwszy znak krzyża, zaczynam poranną modlitwę.

Po modłach zachodzimy do Borzysława. W międzyczasie Zbyszkowy ojciec przytaszczył obfity posiłek. Siadamy za stołem i pałaszując śniadanie, beztrosko gawędzimy. Cóż, kiedy wszystko co przyjemne ma swój koniec, tak też i teraz nadchodzi czas rozstania. Jeszcze dzisiaj chcemy stanąć w domu.

Żegnamy się, obiecując sobie znowu rychłe spotkanie i około dziewiątej ruszamy w dalszą drogę. Tak jak poprzednio, zamierzamy skorzystać z mojego szlaku. Odprowadzeni przez przyjaciół na „siodło” jeszcze raz się żegnamy i już teraz – bez żadnej zwłoki – wchodzimy w bór. I chociaż dzionek zapowiada się skwarny – nic to! Wędrując cienistym szlakiem, nie tak bardzo będziemy wystawieni na słoneczny żar, zaś leśne ruczaje pomogą skutecznie studzić strudzone członki.

Późnym popołudniem stajemy przy bobrowym zalewie. Po krótkim odpoczynku przez chwilę zażywamy kąpieli, a następnie reszta danych nam przez Zbyszkową mamę na drogę wiktuałów znika w naszych żołądkach. Mniej więcej w godzinę później znów maszerujemy. Gniewko i Przemko jeszcze przed nocą chcą dotrzeć do Radoszów.

Gdy na koniec przed nami otwiera się wąski łęg, ze złamaną olszą u zbiegu dwu odgałęzień Kłodnicy, na widok bocianiej rodziny krzątającej się wokół gniazda, czuję jak mi serce żwawiej uderza. Wkrótce będziemy w domu!

– I czy byś Sławku pomyślał przed wyruszeniem, że się tak sprawy ułożą? Ba, wszak jedynie schwytanie Wyszomira było naszym celem. A że w międzyczasie los inaczej postanowił, to już inna sprawa. Jednakże teraz mamy pewność, że więcej nikt z południa nie będzie dybał na Unisława i jego rodzinę. Zaś o to nam właśnie chodziło.

Teraz jeszcze tylko kilka minut wędrówki skrajem „dołów” i mijamy dąb przy źródle bijącym na dnie kotlinki. Lecz oto wreszcie kurhan Jarki oraz nasza polana, złocąca się łanami dojrzałego zboża. Za nią, nisko ponad borem, słońce chyli się do zachodu, zaś na błękitnym niebie nie dostrzegam nawet jednej chmurki. Pomimo całodniowego żaru powietrze jest rześkie. Ani cienia duchoty zapowiadającej burzę. Oby tak jak najdłużej! Przecież najwyższa pora żniwować.

Wilczyska ostro ruszają w stronę zagrody. Na częściowo już zżętym łanie, opodal zabudowań, dostrzegam Unisława z resztą rodziny. Zajęci robotą jeszcze nas nie dostrzegli. Wszakże niebawem dopadają ich nasze kudłate czworonogi. Radosny skowyt i poszczekiwania niosą się poprzez polanę.

 

Katowice-Ligota, 22 luty 1994 r. – 30 wrzesień 1995 r.

 


1 głaskany – delikatny.

2 stołków patrzeć – krzeseł pilnować.

3 stan – namiot.

4 odstępnik – odstępca.

5 rychliwy chąśbę kaźnić – szybki rozbój karać.

6 swar – spór, zwadę.

7 styknie – wystarczy.

8 labiedzi – narzeka.

Skip to content