ODCINEK 3

Rozdział trzeci.

            Niedzielny poranek nie pozwolił nam na zbyt długie wylegiwanie. Trzeba było zawczasu wstać, żeby się spokojnie przygotować do sumy. Przy tym trzydniowy zarost aż się wprost prosił o golenie. Wyciągnąłem z plecaka przybory do golenia, by niebawem przy studni przystąpić do dzieła. Ostrożnie skrobałem maszynką zarośniętą twarz, aby przypadkiem się nie zaciąć.

– Uff! – odetchnąłem z ulgą, gdy wreszcie „operację” zakończyłem bezkrwawo. Teraz moje miejsce zajął kapitan. On również dokonał dzieła bez większych obrażeń. Mając to już za sobą, można było przyodziać granatowe drelichy, które specjalnie na tę wyprawę sprawiliśmy sobie w mniemaniu, że z XX wiecznej odzieży będą chyba najbardziej odpowiednie. Odświętnego stroju dopełniały białe, popelinowe koszule, zaś na nogach czarne, skórzane mokasyny. Jednego nie przewidzieliśmy: W tych czasach nie sposób było się pokazywać bez nakrycia głowy. Wprawdzie zabraliśmy drelichowe czapki z daszkami, lecz niezbyt pasowały do świątecznego stroju. Tu niezbędny był powszechnie używany czarny kapelusz, z szerokim rondem i kolorową wstążką: zieloną dla męża żonatego i czerwoną dla kawalera. Niestety Gamoniowie nie dysponowali zapasowymi nakryciami głowy, więc ostatecznie trzeba było poprzestać na czapkach. Przecież mogliśmy udawać, że to ostatni krzyk warszawskiej mody. Skąd kmiotki na dalekiej prowincji miały wiedzieć, jak w stołecznym do niedawna grodzie ludziska się noszą? W przyszłym zaś tygodniu Huck planował zakupić kapelusze. Mieliśmy wszak talary na konieczne wydatki.

Po skromnym śniadaniu, rodzinka zaczęła się zbierać do kościoła. Wprawdzie do dziesiątej brakowało jeszcze dobre pół godziny, zaś dotarcie do kościoła mogło zająć góra pięć minut, ale cóż, nie wypadało nam marudzić i bez zadawania zbędnych pytań wyjść wraz z gospodarzami. Na miejscu samo się wyjaśni. Ale i tak odczuwałem sporą tremę, nawet w większym stopniu niż przed trudnym egzaminem, co przecież było irracjonalne. No, bo niby czego miałbym się obawiać?

Droga na przykościelny cmentarz nie zajęła nawet pięciu minut, chociaż nikt z nas nie przyspieszał kroku. Jednak bynajmniej nie byliśmy pierwszymi. Zdążyło już nas wyprzedzić kilkanaście tak samo wystrojonych rodzin. Jakoś tak głupio się czułem w czapeczce pośród dostojnego grona kapeluszy. Ich właściciele spoglądali na nas z zainteresowaniem, coś tam poszeptując między sobą. Udawaliśmy jednak, że tego nie dostrzegamy, wiodąc obojętną rozmowę. Przy kościelnej bramie ojciec Mateusz zatrzymał się na chwilę, chcąc zamienić słowo z jakimś kmiotkiem, który – otoczony liczną rodziną – nadchodził z dołu. Jego wiek oceniłem na około pięćdziesiątkę, ale mógł być również i młodszy. Skoro do nas podszedł, zdziwiony popatrzał na Hucka i rzekł:

– Co to, Wawrzek już w domu, a naszego Jonka nie ma? Nie trafiła mu się aby jaka zła przygoda? Rzeknij, Wawrzek, przecie, co z nim?

Tu ojciec Mateusz wpadł mu w słowo:

– I mnie, Pawle, po ćmoku też zmyliło. To nie nasz Wawrzuś, a jego daleki kuzyn, Stasiek, o którym po prawdzie nawet nie wiedzieliśmy, bo to jego przodkowie dawno już ze Szląska do Polski wyciągnęli. Ale u nich pamięć o śląskich krewniakach przetrwała i będąc w tych stronach nas odszukał. Wszakże wystarczy na jego gębę spojrzeć, by wiedzieć, że my z jednego rodu. Wymaluj, istny nasz Wawrzuś!

Nasz rozmówca – młynarz Paweł Hanslik – zadziwił się nad niezwykłym podobieństwem:

– Mógłbyś, Staśku, śmiało całą wieś oszydzić[1] i nikt by się nie poznał! A uważaj Mateuszu, by ci go nasz Schlitterbach zatrzymać do posługi we dworze nie zechciał, jak łońskiego[2] roku naszego Jonka. Na talary on zawsze łasy i ponownego zapłacenia lytry gotów zażądać. Pójdziesz do Brzegu sprawiedliwości w sądzie szukać? A czy to masz czym sąd opłacić? Wie o tym dziedzic i z tego korzysta, nie bojąc się sprawiedliwości ziemskiej ni Boskiej – tu przerwał niemal w pół słowa, dostrzegając zbliżającego się ku nam od plebanii księdza.

– Zapewne proboszcz? – pomyślałem i natychmiast samokrytycznie dodałem.

– Pogratulować, Romku, przenikliwości. Jesteś genialny! Przecież innego, niż proboszcza, tutaj księdza nie ma.

– Ksiądz pleban Ignacy Skrzyszowski – szepnął Grześ.

Tymczasem wielebny już odpowiadał na pozdrowienia parafian. Przypomniawszy sobie łacinę z liceum i późniejszych lektoratów na studiach, zrobiłem to samo językiem Cycerona, chcąc może nieco przewrotnie podkreślić swą inność pośród pańszczyźnianego ogółu.

– „In secula seculorum!” – odpowiedział z uśmiechem na twarzy i zaraz zwrócił się do Hucka:

– Jak widzę, Wawrzku, czegoś już się w tym Krakowie nauczyliście. Sądzę, że dawnym zwyczajem przy Mszy św. posługiwał mi będziesz? Może wraz z twym towarzyszem? Wielce byłbym temu rad.

A mnie aż zrobiło się gorąco! Najwyraźniej wziął nas za początkujących kleryków. Ja zaś nie mam nawet zielonego pojęcia o służbie liturgicznej.

– Ale się wkopałem tą łaciną! Kretyn! Jak się z tego wyplątać? – myślałem gorączkowo.

– Przewielebny Księże Dobrodzieju – kapitan przerwał moje nerwowe dumania. – Zaszła mała pomyłka. Niestety nie jestem Wawrzyńcem Gamoniem, a jego dalekim kuzynem, chociaż pono łudząco doń podobnym. Stąd pomyłka, której i Ksiądz Dobrodziej padł ofiarą. Nie ma się jednak czym trapić. Wszak i ojciec Mateusz także w pierwszej chwili wziął mnie za syna. Ale noc była, a on ze snu wyrwany. Ja zaś noszę imię Stanisława, na pamiątkę świętego biskupa i Polski patrona, skąd z mym tu obecnym przyjacielem Romanem przybyliśmy. Co się zaś tyczy posługiwania Przewielebnemu Księdzu przy ołtarzu, poczytam sobie to za szczególny zaszczyt i honor. Byłem u ojców franciszkanów ministrantem lat kilka, mam przeto nadzieję, że jeszcze służby nie zapomniałem. A i Romek zapewne również zaszczycony będzie. – Tu nieznacznie trącił mnie łokciem w bok, bym przypadkiem nie oponował. Pleban roześmiał się, widać ubawiony pomyłką. Klepnął nas przyjacielsko po plecach, podtrzymując wcześniejszą propozycję. Jeżeli jeszcze przed chwilą miałem nikłą nadzieję wywinięcia się z niezręcznej sytuacji, teraz klamka zapadła.

– A nich to! Będą kmiotki miały ze mnie pyszną zabawę. Jeszcze gotowym się wyłożyć, zaplątawszy nogi w ministranckich szatkach. W czymś takim przecież nigdy nie chodziłem – myślałem zdenerwowany. Najchętniej byłbym zwiał, lecz kapitan ujął mnie pod rękę i pociągnął za proboszczem, który już zdążał w stronę kościoła.

– Nic się, Romku, nie bój! Spokojna głowa. W porę ci powiem, co robić – zapewnił.

– Ale ja się w tych cholernych kieckach zaplączę – zaoponowałem.

– Tym się nie przejmuj. Przecież zazwyczaj wyrostki są ministrantami, więc ich szatki będą na nas za małe – uspokajał. – A chociażby i nie, poradzimy sobie. Podciągnie się na szelkach i tyle. Nie takie przeszkody pokonywaliśmy!

Cóż miałem począć? Podążyłem za Huckiem do zakrystii, pocieszając się perspektywą zdobycia nowych doświadczeń.

Miał rację kapitan. Ubranka ministrantów były na nas o wiele za małe. Przywdzialiśmy więc tylko przykrótkie komże, które sięgały ledwie pośladków.

– Przynajmniej jedno mam z głowy – odetchnąłem z ulgą.

Chwilę przed dziesiątą opuściliśmy zakrystię, poprzedzając księdza. Niosłem spore srebrne naczynie ze święconą wodą, a Huck małą miotełkę na trzonku, służącą za kropidło. Klęknąwszy na stopniach ołtarz, pleban zaintonował: „Asperges me!” – po czym środkową nawą ruszyliśmy przez kościół. Ja wciąż niosąc kubełek święconej wody, w którym pleban co chwilę zanurzał kropidło i nie skąpiąc trzódce wody, zamaszystymi ruchy zraszał wszystko wokół.

Po zakończeniu obrzędu odprowadziliśmy wielebnego do zakrystii i znów wrócili do prezbiterium, by tam na czas kazania spocząć na ławce pod ścianą. Tymczasem ksiądz pleban stanął na nowej, jeszcze pachnącej farbą ambonie, na którą wiodły schodki wprost z zakrystii. Po odczytaniu lekcji i ewangelii przypadających na tę niedzielę, zaczęło się kazanie.

– Możesz odetchnąć przynajmniej pół godziny – szepnął mój kompan. – Wątpię by wcześniej skończył. Miałem więc wystarczająco dużo czasu, by spod oka, dyskretnie obserwować zebranych w kościele. No, może nie wszystkich! W tym bowiem wypadku najchętniej zatrzymywałem oko na co ładniejszych krzyżowiankach. A i one słały ku nam zaciekawione spojrzenia. W każdym razie, gdy po czterdziestu minutach pleban opuścił się z wyżyn ambony na ziemski padół, niewiele mógłbym rzec o jego naukach. Cóż, w tym czasie moja uwaga czym innym była zajęta. Lecz zdążyłem również zauważyć, że zarówno główny ołtarz, jak i boczne, nie są tymi samymi, które tutaj widziałem za poprzedniej bytności. Obecnie, chyba jako świeże wspomnienie po starej drewnianej świątyni, w głównym ołtarzu królowała stara ikona Madonny, zaś w bocznych: św. Michał – patron parafii i św. Anna. Ołtarze także najwyraźniej pochodziły z poprzedniego kościoła.

Wróciliśmy do zakrystii po plebana i za chwilę już klęczeliśmy na stopniach ołtarza. Z chóru odezwały się nieco astmatyczne i cokolwiek rozstrojone organy, wtórując nad podziw składnemu i w dobrym tempie utrzymanemu śpiewowi. Widać było, że tutejszy lud jest rozśpiewany.

– I stare organy znalazły przytułek w nowym kościele, wraz z ołtarzami łącząc odległą przeszłość z teraźniejszością – pomyślałem. – Dobrze jednak byłoby instrument nastroić.

Jako ministrant wypadłem chyba nie najgorzej. Obserwując Hucka, po prostu go naśladowałem, posiłkowany jego cichymi pouczeniami. Naturalnie stresowało mnie odgrywanie nieznanej roli przed tak liczną widownią, lecz wszystko szczęśliwie się zakończyło i wracając do zakrystii, mogłem odetchnąć z ulgą. Lecz zanim jeszcze opuściłem stopnie ołtarza, pomyślałem przekornie:

– Och, gdyby tak Tatko mógł mnie teraz zobaczyć! Syn zwolennika naukowego światopoglądu w takiej roli! – i niemal roześmiałem się na głos. – Ale Mama na pewno byłaby bardzo zadowolona – skonstatowałem w następnej chwili.

Troszkę obawiałem się rozmowy z plebanem, która w zakrystii mogła teraz nastąpić. Tu wszakże szczęście uśmiechnęło się do nas. Pleban najwyraźniej myślał już o śniadaniu, więc tym razem nam się upiekło. Jeszcze tylko zostaliśmy zaproszeni do służby na jutrzejszy poranek i byliśmy wolni. Po raz drugi odetchnąłem z ulgą.

– Nie ma co, doprawdy miałem stresujący poranek!

Z zakrystii wróciliśmy na „Juraszków łono”, wytrwale oczekujących nas przy drzwiach. Na cmentarzu kręciło się wielu uczestników dopiero co zakończonej liturgii, nawiedzających groby swych bliskich. Poszliśmy i my ku grobom Gamoniowych przodków, zaś później na dużą kwaterę dziecięcą, gdzie pośród rówieśników spoczywała trójka Grzesiowego rodzeństwa. Poczułem się nieswojo.

Zamieniwszy później jeszcze parę słów z przygodnie spotkanymi pociotkami i znajomymi, ruszyliśmy wreszcie ku domowi. Byłem świadom, że wyróżnienie nas przez plebana i nasza służba przy ołtarzu, była dla Gamoniów dużą satysfakcją i powodem dumy.

Witani przez Burka, wkroczyliśmy na podwórze, gdy dzwon na „Anioł Pański” głosił południe. Przekąsiwszy skibką razowego chleba i gasząc pragnienie kubkiem zsiadłego mleka, byliśmy gotowi czekać pory obiadu, do której pozostawało jeszcze dobre dwie godziny.

– Może byśmy tak poszli popatrzeć na wasze niwy? – zaproponował Huck. – Wybrałbyś się Grzesiu z nami? Słonko pięknie świeci, skowronki śpiewają, cóż przyjemniejszego niż podróż pośród łanów? – zakończył może nazbyt poetycznie.

– Aha, chce z nim bez świadków pogadać – domyśliłem się natychmiast. W tym wszakże wypadku i ojciec Mateusz wyraził chęć pójścia z nami. Tymczasem ród niewieści krzątał się w kuchni wokół obiadu. Można więc było wyruszyć.

Myśląc i mówiąc, Andrzeju, o wsi, najczęściej wyobrażamy ją sobie we współczesnym, XX wiecznym kształcie, który jednak znacznie odbiega od tego, z końca XVIII wieku. Jeżeli jeszcze zabudowania chłopskich gospodarstw znajdowały się mniej więcej w tych samych miejscach, układ pól wyglądał odmiennie. Każda wieś posiadała kilka oddzielnych działów ziemi uprawnej, zwanych „szmatem” bądź „szlagiem”, na których poszczególne działki, ciągnące się na długość działu, oddzielały od siebie wąskie miedzki. W takim „szmacie” sąsiadowały ze sobą: rola dworska i różnej wielkości działki chłopskie, od szerokości kilkunastu zagonów gruntów rolników pełnołanowych, zwanych siodłokami, do coraz węższych – zagrodniczych. Najmniejsze, o szerokości nawet jednego zagonu czyli sześciu skib ograniczonych głębszymi bruzdami pełniącymi funkcję odwadniających rowków. Taki sposób orki był wtedy powszechnie stosowany. Dopiero późniejsza melioracja pól pozwoliła na jego zmianę. Sześcioskibowej szerokości zagon był również podstawową miarą powierzchni pola i w dzisiejszych metrach kwadratowych oscylował od stu osiemdziesięciu sześciu do niemal dwustu. Zagon podwójny zwano „składem”. W „szlagu” powierzchnia dworskiego pola była zawsze największa lub przynajmniej taka sama jak pozostałe chłopskie zagony. Zazwyczaj jednak dwu, a nawet trzykrotnie większa. A teraz, Andrzeju, rzecz najistotniejsza: Każdy dział przeznaczano pod uprawę innej rośliny! Osobny więc dla pszenicy, jeżeli gleba nadawała się pod jej uprawę; osobny dla żyta; osobny dla owsa i jęczmienia. Ze względu na dogodność uprawy, działy dla zbóż ozimych były po sąsiedzku, podobnie dla jarych. W ich uprawie uczestniczyli wszyscy gospodarze, tworzący tzw. wspólnotę uprawową, z których największym był pan – właściciel lub dzierżawca dworu. Prócz tego uprawiano grykę, zwaną poganką i proso – jako zboża konsumpcyjne oraz len, jako roślinę przemysłową. Grykę i proso siano zarówno na dworskim jak chłopskim. Uprawą lnu parali się tylko chłopi, zobowiązani dostarczać dworowi już gotową lnianą przędzę. Z siemienia lnianego tłoczono olej, powszechnie stosowany do kraszenia potraw, a także oświetlenia, jeżeli w tym celu nie używano łuczyw.

Tak więc każdy gospodarz miał swe zagony porozrzucane w różnych częściach obszaru wsi, zależnie od ilości uprawianych w danej miejscowości gatunków roślin, których uprawa odbywała się wspólnie dla dworu i chłopów. W tym wypadku jednak pierwszeństwo zawsze przypadało gruntom pana. Najpierw więc chłopi obrabiali pańskie niwy, a dopiero potem mogli się zająć własnymi zagonami. Powodem tak dziwnego i utrudniającego ludziom życie podziału pól była wspólnota pastwiskowa. Bydło, owce, kozy, świnie i gęsi pasły się wspólnie na ścierniskach od żniw do późnej jesieni i to zarówno dworskich, jak i chłopskich. Utrzymywany przez dwór i wieś pasterz wyganiał co rano ów inwentarz w pole i go pilnował, by wieczorem wrócić do wsi. Tu każdy odbierał co swoje, zaś pańską gawiedź pastuch odstawiał do dworskiej obory. W związku z tym, do wcześniejszej uprawy roli nikt nie mógł przystąpić dopóty, dopóki inni nie zrezygnowali z wypasu na ścierniskach. Ale i tak decydujący głos w tej kwestii miał dwór, którego zagony musiały być najwcześniej uprawione. We znaki dawały się chłopom też owce, które jedynie dwór miał prawo hodować. Oddzielny pasterz – owczarz wypasał je na chłopskich ścierniskach do późnej jesieni, opóźniając wejście w pole z uprawami pod wiosenne zasiewy. W tym czasie grunty dziedzica były już obrobione. Wspólnota uprawowa wymuszała także na chłopach dalekie wędrówki do poszczególnych działów pól. W uprawie zaś stosowano powszechnie system trójpolowy: Jeżeli w pierwszym roku na dziale wysiewano oziminę, w następnym obsiewano go zbożami jarymi, zaś przez trzeci rok ziemia wypoczywała jako ugór, na którym od wczesnej wiosny do żniw wypasano żywy inwentarz. Jednak już pod koniec XVIII wieku część ugoru obsadzano ziemniakami, z roku na rok cieszącymi się coraz większym zainteresowaniem. I pomyśleć, że dopiero królewskie rozporządzenie z roku 1768 wprowadziło ich powszechną uprawę. Zależnie od areału danego gospodarstwa, król nakazał wysadzanie określonych ilości ziemniaków. Chłopi sadzili ziemniaki głównie dla spożycia, natomiast dwór dla przerobu na spirytus. I nic to, że nie przy każdym dworze istniała gorzelnia, gdyż chłopi i tak byli zobowiązani dostarczyć pański surowiec do najbliższej przetwórni.

Wypas inwentarza prowadzono również w wiejskich lasach oraz wspólnych pastwiskach. Z czasem jednak dwory zagarniały je dla siebie. Wspólne dotąd pastwiska i ugory zamieniano na pola bądź stawy. Tak się też stało w Krzyżowicach, gdzie zajęto obszerne pastwisko przy Pszczynce, zamieniając je w dwa duże stawy. Konie na wsi obowiązkowo posiadali siodłocy, świadczący sprzężajem pańszczyznę dla dziedzica oraz posługę dla państwa. Konie lub woły posiadali także więksi i średni zagrodnicy, którzy jednak w ramach pańszczyzny byli zobowiązani świadczyć pracę ręczną. Do tej samej pracy byli zobowiązani mniejsi zagrodnicy, chałupnicy, a także członkowie ich rodzin. Siali, plewili, kosili, suszyli siano, żniwowali, młócili, kopali ziemniaki, rąbali drwa na opał, ścinali drzewa w lesie, tarli pnie na deski i krawędziaki, odławiali ryby i czego tam jeszcze tylko dwór zażądał. Pracowali jak rok długi przez sześć dni w tygodniu, zaś w niektórych dobrach nawet dwanaście! Wtedy, prócz gospodarza, do pracy szedł również inny członek rodziny. Nic więc dziwnego, że chłopi mieli mało czasu dla swych gospodarstw. Cała wieś: mężczyźni, kobiety i dorastająca młodzież była do dyspozycji pana, służąc na każde wezwanie, o ile równocześnie przedstawiciel króla nie zarządził robót dla państwa. Jednakże wykonywanie pracy dla króla nie zwalniało od służby dworowi. Należało się wywiązać z jednego i drugiego, a dopiero potem zająć się swoim, chociaż na Śląsku z tą własnością różnie bywało. Generalnie wszystko należało do dworu, zaś chłopi byli użytkownikami ziemi. Tu istniały do tego dwa tytuły: Jeden, zwany lasyckim – bardziej rozpowszechniony – pozwalał panu usunąć gospodarza z gospodarstwa z półrocznym wymówieniem. Zwyczajowo dziedzic wymawiał użytkowanie na św. Jana w czerwcu lub grudniowe Gody. Opuszczający gospodarstwo musiał pozostawić je w dobrym stanie, pola uprawione i obsiane. Pozostawał na miejscu także żywy i martwy inwentarz. Jedynie gęsi i nierogacizna były do dyspozycji chłopa.

Obok prawa lasyckiego istniało również użytkowanie dziedziczne, gdzie wybrany przez dziedzica członek rodziny mógł objąć ojcowiznę. Pomimo, że w roku 1763 król rozporządził przyznanie chłopom prawa dziedzicznego, na Śląsku wciąż dominowało prawo lasyckie, pozwalające dworowi trzymać wieś w posłuchu i kompletnej zależności. Skoro ktoś panu się naraził – won ze wsi! W Berlinie zaś tłumaczono, że chłopstwo polskiej mowy jeszcze nie dorosło do władania dziedzicznego i miast pilnować swego, woli się włóczyć po kraju. Lecz nie myśl, Andrzeju, że król – ów oświecony monarcha – tak się troskał o chłopów. O nie! Przede wszystkim interesowały go podatki, które głównie chłop płacił i to w wysokości 30% obliczonego dochodu, jak również rekruci zasilający królewską armię. W interesie więc króla leżało zachowanie gospodarstw chłopskich w nie zmniejszonej ilości, lecz już nie koniecznie o tym samym areale. Istnieli też na wsiach mniejsi zagrodnicy, mający swe pola albo przy zagrodzie, albo na obrzeżach wsi. Byli to tzw. „wolni zagrodnicy” i właśnie do takich należało gospodarstwo Gamoniów. Podobnie jak wszystkie w dobrach pana na Pszczynie, oparte na prawie dziedzicznym, zatem gospodarujący na nim kmieć nie mógł być przez pana usunięty. I tyle na razie, Andrzeju, o wsi śląskiej końca XVIII wieku. Na pewno cokolwiek cię tym zmęczyłem, lecz dla uświadomienia sobie zastanej przez nas sytuacji było nieodzowne.

Część pola Gamoniów leżała przy zagrodzie, zaraz za zapłociem. Pozostałe zagony i łąki leżały opodal granicy z Osinami, przylegając niemal do łańcuszka stawów na spiętrzonym potoku płynącym od lasu. Dotrzeć tam trzeba było wpierw żorską drogą ku Osinom, a następnie miedzą w lewo. Tym jednak razem podarowaliśmy sobie bardziej odległą część Gamoniowych niw, poprzestając na bliższych, obsianych żytem i owsem. Skoro dotarliśmy do końcowej miedzki, Huck spojrzawszy wokoło zaproponował, byśmy przysiedli na miedzy.

– Jak to było ze zbójeckimi talarami, które Ojcze wieźliście z żytem plebana do Strumienia? – zapytał, gdy już wygodnie rozłożyliśmy się na trawie. Gamoń-senior zmieszał się. I mnie zaskoczyło tak otwarte postawienie sprawy. Rzuciłem okiem na Grzesia. I on wydawał się być zmieszany. Najpewniej więc on także uczestniczył w tym przedsięwzięciu.

– Skąd zaś o tym wiesz? – wykrztusił ojciec Mateusz.

– Ojcze, wiemy nie tylko o tym! Przecież mówiłem, że czytaliśmy wspomnienia Litery. Napisał o dwu skrzynkach talarów, które Matias miał przemycić przez granicę do Strumienia przy okazji transportu zboża krzyżowskiego plebana. Za nie miały być potem we Wiedniu zakupione kawaleryjskie pistolety. Jednakże transakcja nie doszła do skutku, a Litera nie mógł dojść, co się z talarami stało? Jednak z Romkiem tę sprawę rozwiązaliśmy, lecz ciekawiły by nas szczegóły.

Gdy to mówił, spod oka wciąż obserwowałem Grzesia. Teraz on najwyraźniej pobladł. Tak, nie mogłem mieć wątpliwości, że to właśnie on musiał być obecny przy zakopywaniu srebra w dębińskim lesie. W przeciwnym wypadku, skąd to nagłe zmieszanie? Przecież wie, co się tam wtedy wydarzyło.

– Jeśli już tyle wiecie od samego Litery – rzekł ojciec Mateusz – mogę powiedzieć resztę, tyle ile wiem. Łońskiego roku, zaraz po Wszystkich Świętych, zjawił się w Krzyżowicach Jędrys Lysek – zbójnik od Litery. Wiedział o mnie od Żabków Franka i Szymka Nolepy, których uwolniłem z pęt na rybnickim gościńcu. Od nich wiedział, że można mi zaufać. Rzekł, iże przybywa od samego Litery, który prosi o pomoc w przewiezieniu talarów na cesarską stronę. Jest to dla „Bractwa” bardzo ważne. Ale, że za te talary u Cysaroka mieli pistolety kupować, tego nie wiedziałem. Dopieroś, Staśku, mi teraz o tym rzekł. Myśleli my z Jędrysem długo, jak się za to zabrać? Atoli, jak na zawołanie, napatoczyło się żyto plebana, o którego zawiezienie do kupca w Strumieniu pleban mnie pytał[3]. Tamtejszy kupiec dawał lepsze ceny niźli nasi Żydkowie. Nam zaś plony ziemi jedynie dworowi przedawać jest dozwolone. Cóż, kiedy dziedzic daje zań marną zapłatę i po części gorzałką płaci. Jedynie pleban ze swego może przedawać komu chce. Wprawdzie Żydkowie z Żor przez naszego karczmarza cichcem zboże od chłopów kupują, ale i oni marną cenę dają, tyle że ciut wyższą od dworskiej. Wójt z pana poruczenia pilnuje, iżby tak się nie działo, atoli nie zawsze upilnować zdoła. Już w tym karczmarza głowa. Zgodziłem się tedy plebanów reż[4] zawieźć, bo to przy sposobności zawsze parę miechów swego ziarna można dołożyć. Wtedy Jędrys wpadł na to, żeby trówła[5] z talarami we dwa miechy z żytem wsadzić i załadowawszy na wóz, do Strumienia powieźć. Tam Jędrys miał twarde zabrać i dalej z nimi czynić, co należy. Po prawdzie, nawet mnie nie ciekawiło, po co im te srebro u Cysaroka? Lepiej nie wiedzieć. Czego się nie zna, tego się nie wygada. Ugadalim się z Jędrysem, iże dzień wcześniej trówła z talarami do mnie przytaszczy. I tak się stało. Wsadzili my je do worów z żytem i na wóz załadowali, który już pod wieczór od plebana do zagrody przyprowadziłem. Jędrys zaraz sobie poszedł, obiecując czekać po cesarskiej stronie przed Strumieniem. Wyjechalim z Grzesiem wczas rano, jeszcze po ćmoku, coby przed połedniem na miejscu stanąć. Jechalim drogą nie na Pniówkę, ale boczną, wedle owczarni, bo tędy bliżej było. Aliści na skraju Pawłowic dopadł nas Jędrys:

– Dobrze żeście nie przez Pniówkę jechali – rzekł. – Tam przy drodze żandarm stoi. Nie wiem po co? Znałbyż, iże twarde wieziesz? Ale skąd? Gadałeś o tym komu?

Zakląłem się, iżem pary nawet z gęby o tym nie puścił.

– Wierzę ci – Jędrys na to. – Może o co innego idzie? Jeżeli wszakże skądś wieść o srebrze dostali, będą pilnowali, a już najbardziej na granicy. Nie wystawię sprawy na szwank! Zwal wory na ziemię! Inną drogą je powieziemy.

Gdy już były na ziemi, pytał bym mu Grzesia do pomocy zostawił. Póki co wory schowają na polu w zbożu i tu je Grześ popilnuje, on zaś duchem tragacz[6] jaki sprowadzi, by na nim srebro ku dębińskiemu lasowi polami powieźć. Tam na pewno żandarmów nie trafią. Gdyby wszakże i tam nie było spokojnie, wory do czasu gdzieś schowa, aż wszystko się uciszy i dopiero wtedy na cesarską stronę powędrują. Ale o tym Mateuszu lepiej ci już nie wiedzieć – zakończył. – Zapomnij com rzekł!

Ostał zatem Grześ przy worach, jam zaś pojechał dalej. I dobrze prawił Jędrys. Na Dębinie żandarm mnie zatrzymał i wóz dokładnie przepatrzył, w każdy miech długą szpilą dźgając, czy aby czegoś w środku nie ukryto? Nic nie znalazłszy, puścił mnie na koniec i tak wreszciem plebanów zboże do Starzika w Strumieniu szczęśliwie dowiózł. Starzik nie pożałował mi gościny, po czym brałem się ku domowi, już przez nikogo nie nękany. Grześ zaś po ćmoku do dom wrócił. Pono z Jędrysem zawieźli wory ku granicy w dębińskim lesie. A że nie było spokojnie, Jędrys gdzieś je tam zakopał, ale tego Grześ nie widział. I tyle wiem o zbójeckich talarach.

– A ty, Grzesiu, może jeszcze coś do tego dodasz? – zapytał Huck młodego Gamonia.

– Ano Jędrys wnet z tragaczem wrócił. Miał nawet dwie łopaty – na wszelki wypadek – powiedział. Ciśli[7] my tragacz na zmianę ku Studzionce, a potem miedzami na dębiński las. A skoro my już w lesie byli, Jędrys kazował mi przy tragaczu zostać, a sam na przeszpiegi poszedł. Długo nie wracał, aż mi już zimno było. Na koniec przyszedł spiesznym krokiem i rzekł, iże dół kopać będzie, coby w nim miechy schować, jako że żandary na granicy bardzo patrzą[8]. Mnie zaraz do dom kazował się brać, pewnikiem iżbym nie był świadom kandy[9]twarde schował.

– Dobrze Grzesiu! – Huck na to, klepiąc chłopaka po ramieniu. – Może i ja coś do tego jeszcze dodam? – I nie czekając na nic, wyrecytował:

 „Kaj sie zadziały Bractwa talary?

 Co na cysorskie z krziżowskiej fary

 Je we dwóch trówłach Gamoniów wóz

 Ku Strumieniowi we życie wiózł?

 A hań już czakoł żandar w Dębinie,

 Coby ze szybłem te chycić krzinie.

 Choć sie zafuczoł, kiej macoł miechy,

 Nijakiej nie mioł z tego pociechy.

 Reż ino w miechach naszoł na wozie

 Daremno stróża dzierżył na mrozie!”

Popatrzałem na Grzesia. Zbladł i wyglądał tak, jakby za chwilę miał ducha wyzionąć.

„ A te talary wedle kamienia – kontynuował kapitan –

 Kandy granica leci z Strumienia.

 Spać bydom w ziemie, aby do czasu,

 Aże je Jadam zabiere z lasu!” – zakończył wykrzyknikiem.

– Nie aby twoje, Grzesiu, dzieło? – zapytał spokojnie. Zaś biedny Grześ w takim znajdował się stanie, że nawet słowa nie był zdolny wykrztusić. Ojciec Mateusz wytrzeszczył zdziwione oczy, przenosząc wzrok to na kapitana, to znów na syna.

– Tyś to napisał? – ponownie zapytał Huck. – Bardzo ładne. Masz talent do rymowania.

Wreszcie Grzegorz ochłonął na tyle, by potwierdzić skinieniem głowy.

– Gratuluję! I pomyśleć, że tyle lat twój wiersz przetrwał. Znaleźliśmy go tu, w Krzyżowicach, na strychu starej Gamoniowej chałupy, w zniszczonym modlitewniku, co ze starości najmniej połowę kartek stracił. Ale te dwie, pomiędzy którymi go ukryto, przetrwały. Jakby czekały na znalazcę. Wyobraźcie sobie, że znaleźliśmy go tego samego dnia, w którym Romek wyczytał we wspomnieniach Litery o zaginionych talarach. Czy to nie dziwne? Zabraliśmy się zatem za szukanie kamienia mylnie sądząc, że o graniczny chodzi. Dopiero parę dni później, w latarni także stąd wziętej, na podwójnym dnie Romek znalazł wyryty plan i tym sposobem twój kamień Grzesiu został znaleziony. Cud Boży, że przetrwał tyle lat, bo tamtędy wojna się przetoczyła i las zryto okopami. I na koniec jeszcze jedno: Mamy te talary ze sobą. Przywieźliśmy je, chcąc oddać „Bractwu” Litery. To także był jeden z powodów, dla którego zaryzykowaliśmy podróż w przeszłość. Powiodło się i teraz musimy wspólnie uradzić, w jaki sposób srebro zwrócić?

Grzegorz tymczasem wpatrywał się w nas jak w upiory, oczekując w każdej chwili najgorszego. Zrobiło mi się go żal.

– Nie trap się, Grzesiu – powiedziałem. – Przecież nie ty landdragona w łeb zdzieliłeś. Na to trzeba śmiałości i siły. Oczywiście, że jego szczątki wykopaliśmy. Inaczej przecież nijak było nam srebro wydobyć. Ale jego kości spoczęły na poświęconej ziemi. Stasiek je w Pszczynie na Kępie pochował, tam gdzie teraz kościół św. Krzyża jeszcze stoi. Za parę lat go rozbiorą i tylko cmentarz zostanie.

Tego dla Grzesia było już za wiele. Nie wytrzymując presji nieoczekiwanie powracających wydarzeń, zakrywszy oczy dłońmi, żałośnie się rozpłakał. Łzy wypływające spod dłoni kapały z brody na ziemię. Huck objął go i przytulił:

– Nic to, Grzesiu! Wypłacz żałość. Nie twoja wina, że cię dorośli w to wplątali. Ale takie to czasy.

Ojciec Mateusz wciąż spoglądał na nas bez słowa, kompletnie zaskoczony biegiem wydarzeń. Może i nawet jeszcze nie wszystko dotarło do jego świadomości. No, bo jak to? Grześ, piętnastoletni wtedy wyrostek, zamieszany w zabójstwo żandarma?

Jakiś czas siedzieliśmy bez słowa, czekając aż się Grześ uspokoi. Ojciec Mateusz rad by pewnie zadać mu ze sto pytań, lecz przezornie milczał. Wreszcie Grześ przestał płakać. Wtedy z wyrzutem zapytał:

– Dlaczegoś synu nic mi nie rzekł?

– Bom na zbawienie duszy przysiągł milczeć. Gdy z Jędrysem wracalim z Dębiny, stanąwszy przy Bożej Męce, kazował mi przysięgać, iże com widział i co się stało, w tajemnicy zachowam i nikomu do śmierci o tym nie rzeknę. Tom jak miał o tym wam ojcze prawić? Kazował gadać, jako przy chowaniu srebra mnie nie było i takem rzekł.

– Dobrze, Grzesiu! Już dobrze. Może więc teraz nam powiesz, jak rzeczywiście było?

– Wszak przysiągłem!

– Przysięga i tak nic nie warta – skontrował Huck. – Ile masz lat? Szesnaście. Zatem żeś wyrostek i żadną miarą przysięgać ci się nie godzi. Gdzie ci tam jeszcze do lat sprawnych? Dobre pięć lat. Dlatego twoja przysięga, chociażby i nawet najbardziej uroczysta, nic nie warta. Możesz śmiało o wszystkim opowiedzieć. My zaś obiecujemy nikomu więcej o tych sprawach nie mówić. A może ja wpierw powiem, jak się sprawy miały, tak jak to z Romkiem ustaliliśmy? Potem ty dopowiesz resztę, albo sprostujesz, gdyby nie tak coś było.

Zatem zawieźliście worki do lasu. Jędrys poszedł na zwiad i po jakimś czasie wrócił mówiąc, że na granicy niespokojnie, więc nie zaryzykuje przerzutu talarów na cesarską stronę. Zadecydował zakopać worki w lesie przy kamieniu. Ten doskonale znaczył miejsce. W czasie kopania dołu zaskoczył was żandarm. Był młody i na tyle głupi, i zadufany w swej władzy, że zlekceważył zagrożenie. On był jeden, was dwu. Ale był żandarmem i w dodatku uzbrojonym, zaś wy zwykli zjadacze chleba. Tak przynajmniej sądził. Jędrys znienacka zdzielił draba w łeb łopatą i zaraz poprawił. Widzieliśmy rozłupaną czaszkę i zgruchotany kark. Powiększyliście dół, by weń zmieścić i żandarma, a na koniec wraz ze srebrem zakopali. Dobrze powiedziałem?

Grześ potwierdzająco skinął głową.

– Ino, że mnie samego żandar zaskoczył. Jędrys wcześniej odszedł w las sprawdzić, bo to niby cosi usłyszał. I wtedy żandar mnie w tym dole kopiącego naszedł.

– „Halt!” – wrzasnął, mierząc z pistolca. A jam się tak przeraził, żem nawet ruszyć palcem nie był zdolen!

– „Co tu robi, ty polska proszak?” – zapytał. Potem kopnął w miechy i roześmiał się. – „Zbójecki taler w ziemia chowa?” – Coś tam jeszcze po niemiecku szwargotał, ale go Jedrys od zadku zaszedł i łopatą przez łeb prześwięcił, iże mu pikielhauba zleciała. Nim padł, drugi raz wziął łopatą i nawet nie pisnął. Potem Jedrys go jeszcze obszukał i zabrał pistolec z prochownicą. Dół większy zrobiłem, jako Jędrys kazał, on zaś dawał baczenie, iżby nas znów kto nie naszedł. Potem dali my miechy do dołu, nieco przysypali, a na górę truchło żandarama ze szablą. Na koniec Jędrys pikielhaubę kopniakiem do dołu wrzucił i wszystko zasuli, dobrze udeptując i z wierzchu dla niepoznaki ścielą zakryli. Jędrys zaś się śmioł, iże żandar srebra pilnował bydzie, a potem pistolec pod kapotą schowoł, a mnie rzekł, iżbych tragacz z łopatami do Pawłowic cisł, kaj my się rozeszli. Ale wpierw przysięgać mi przy krzyżu kazowoł. I tyla!

Tym sposobem zostały ostatecznie wyjaśnione wszelkie okoliczności towarzyszące zakopaniu talarów. Jedyną niewiadomą pozostawało, jakim sposobem wieść o transporcie srebra dotarła do żandarmów? Czyżby w grono towarzyszy Litery wkradł się pruski konfident lub zdrajca, czy też przeciek nastąpił na skutek czyjegoś gadulstwa bądź nieostrożności? Chcąc tego dojść, należało posiąść więcej informacji. A już niezbędnym się wydawała znajomość przynajmniej grona osób dopuszczonych do sprawy. W tym jednak względzie, na razie nie mieliśmy najmniejszej szansy czegokolwiek więcej zdziałać. Wpierw należało zwrócić srebro, a dopiero potem ewentualnie zabawić się w detektywów, co muszę przyznać, wydawało mi się dosyć obiecujące. Ale póki co, zaczęliśmy kombinować, w jaki najlepiej sposób oddać talary zbójnikom? Tu ojciec Mateusz zaproponował proste rozwiązanie: Wystarczy poczekać aż Jedrys znowu zawita w tych stronach i wtedy jemu talary dać. Pono co jakiś czas jest tu widywany, zatem takie rozwiązanie będzie najmniej kłopotliwe. To przecież właśnie on miał nadzorować przerzut przez granicę. Huck uznał to za rozsądne rozwiązanie, a przede wszystkim niezbyt nas absorbujące, gdyż z naszej strony nie wymagające żadnych działań. Po prostu trzeba poczekać na Jędrysa i tyle.

– A może by tak wiadomość przekazać również przez Żabkę? – zaproponowałem wiedząc, że od czasu do czasu odwiedza matkę. – Można poprosić Żabkową, by powiedziała synowi, że chce z nim Gamoń mówić o ważnej sprawie.

Obydwa rozwiązania zostały uznane za dobre. Ojciec Mateusz obiecał w najbliższym czasie pogadać z Żabkową. Potem poczekamy, który ze zbójników prędzej się pojawi? W tym wypadku nic nas nie piliło. Uznawszy więc sprawę srebra do czasu za załatwioną, ruszyliśmy ku domowi, tym ochotniej, że dochodziła już pora obiadu i nie wypadało żeńskiej części Gamoniowej rodziny wystawiać na zbyt długie oczekiwanie.

W drodze powrotnej Huck pokrótce opowiedział o naszych poszukiwaniach ukrytych talarów. To przecież ojca i syna najbardziej interesowało. Obiecał także otworzyć skrzynkę, żeby i oni zobaczyli zbójeckie srebro.

Późnym popołudniem, po powrocie z nieszporów, w których również wypadło nam uczestniczyć, cała rodzina udała się do stodoły, żeby na spokojnie pooglądać naszego stalowego rumaka. Zostałem przed stodołą na straży, aby nas przypadkiem ktoś postronny nie zaskoczył. Przecież niedzielne popołudnie było czasem rodzinnych i sąsiedzkich odwiedzin. Tym jednak razem obyło się bez gości.

Tego wieczoru, do późna, w chałupie Juraszków nikt nie myślał o spaniu i to nie dlatego, że serwowaliśmy dalszy ciąg opowieści po trosze traktującej o wszystkim, w której wydarzenia historyczne przeplatały się z powszednimi, a już najbardziej naszymi – XX wiecznymi, ale przede wszystkim dlatego, że po zmroku Huck obiecał uruchomić WSK-ę. Będzie więc okazja na przejażdżkę polnymi miedzami. To było coś dla młodych! Chociaż i ojciec Mateusz także wyraził ochotę na przejażdżkę.

Wreszcie zapadła noc i mieszkańcy Krzyżowic legli spać, jako że nazajutrz wczesnym rankiem należało rozpocząć następny tydzień znojnej pracy. Dlatego wątpliwym się wydawało, ażeby o tej porze można było jeszcze kogokolwiek spotkać na drodze. Planowanemu przedsięwzięciu nawet jakby samo niebo sprzyjało, dokładnie zaciągnięte zwartą oponą chmur, poprzez którą nie przeświecała ani jedna gwiazdka.

Przy świetle latarki odczepiliśmy wózek od WSK-i i wyprowadzili motocykl na podwórze, a potem dalej za wrota, na miedzę biegnącą w stronę Osin. Tu, częściowo zasłonięty zbożami, Huck uruchomił silnik, a następnie chwilę poczekał, by się nieco rozgrzał na wolnych obrotach. W końcu zasiadł za kierownicą, zapraszając ojca Mateusza na tylne siedzenie. Pomogłem pasażerowi zająć miejsce i pouczyłem jak siedzieć. Gdy już oparł stopy na podnóżkach i objął Hucka, ten wolno ruszył przed siebie, zapalając krótkie światło. Miedza ciągnęła się z około 500 metrów i jeszcze w świetle dnia została przez nas rozpoznana pod kątem przydatności do jazdy. Byłem więc spokojny. Tu nic nieprzewidzianego nie mogło się wydarzyć. Podekscytowana Juraszkowa młódź najchętniej by pobiegła za motocyklem, ale ich powstrzymałem:

– Spokojnie kochani! I na was rychło przyjdzie kolej. Nie plątajmy się na trasie przejazdu, żeby przypadkiem nie zostać potrąconym. Po ciemku łatwo o to.

Poskutkowało. Wkrótce znów zobaczyliśmy światło reflektora i po chwili Huck zatrzymał się przy nas.

– Ale jasno świeci! – cudowały się Juraszki.

Ojciec Mateusz opuścił miejsce pasażera, które zaraz chciał Grześ zająć, kapitan jednak go powstrzymał:

– Zetrwaj, Grzesiu, jeszcze trochę! Wpierw zabiorę Ankę i Jadźkę. Zmieszczę obydwie, a potem z tobą pojadę.

Zawrócił, a cofnąwszy się nieco na siedzeniu, ulokował Jadźkę przed sobą. Posadziłem Ankę za nim. Na szczęście była już na tyle wyrośnięta, że sięgała podnóżków stopami. Objęła Hucka w pół.

– Trzymajcie się dziołszyce! – przykazał i ruszył w stronę Osin.

– I jak się ojcze Mateuszu jechało? – zapytałem, ciekawy jego pierwszych wrażeń.

– Niesamowite! Że też to tak pędzić poradzi! Aże dech w człeku zapierało!

A ja pomyślałem: Też mi pęd! Jaką szybkość można rozwinąć na miedzy? Ciekawe co by powiedział po jeździe dobrą drogą? Pewnie by zemdlał z wrażenia.

Tymczasem Huck już wracał ku nam. Gdy się zatrzymał, zdjąłem Jadźkę, zaś Anka sama zeskoczyła na ziemię.

– I co, dobrze się jechało? – zapytał.

Obydwie niemal równocześnie potwierdzająco skinęły głowami.

– No to dziołchy z tatą idą do domu, a ja jeszcze Grzesia przewiozę – stwierdził Huck, ale jakoś do jazdy bynajmniej się nie kwapił i nawet wyłączył silnik.

– Zaraz pojedziemy – uspokoił Grzesia. – Tylko coś sprawdzę.

Skoro już Gamoń-senior z córkami zniknęli w mroku, ponownie uruchomił motocykl.

– Zrobię Grzesiowi dłuższą rundkę w stronę Borynii. Niech ma trochę więcej uciechy za te wcześniejsze przykrości. Poczekaj na nas przy wrotach. Za parę minut wrócimy.

Teraz stał mi się jasny cel spaceru w tamtym kierunku po wyjściu z kościoła po nieszporach. Już wtedy pewnie zamierzał jazdę i chciał rozeznać stan drogi.

– Dobrze, zaczekam – roześmiałem się, przypomniawszy sobie pierwsze spotkanie z nocnym stróżem.

– Spokojna głowa, ostrożny zawsze bezpieczny! – odpowiedział włączając pierwszy bieg i podkręciwszy nieco manetkę, wolno ruszył w stronę kościoła, tym jednak razem z wyłączonym reflektorem.

– No, oczywiście! – pomyślałem. – Jazda na krótkim, czy też długim świetle przez wieś byłaby szczytem nieroztropności

Nie spiesząc się, wróciłem do zagrody. Tu, stanąwszy w rozwartej furtce, oparłem się o słup ogrodzenie. Spojrzałem w niebo, ale tam nadal nie było szansy niczego dostrzec. Pełne zachmurzenie. Jako niebo, tak i ziemię ogarnęły jednakowe ciemności.

– Czyżby zapowiedź mokrej trzydniówki, owej „świętojanki”? Ta na przełomie wiosny i lata lubi występować. Jeszcze nam ziemiankę zaleje – zaniepokoiłem się. – Jeżeli jutro obejdzie się bez deszczu, trzeba koniecznie zabrać się za odwodnienie. Mając je już zrobione, będziemy mogli spać spokojnie.

Moje rozmyślania raptem przerwał huk dalekiego wystrzału, dolatujący z kierunku, gdzie właśnie dopiero co odjechał kapitan z Grzesiem! Zaniepokoiłem się. Co by to też mogło znaczyć? Wytężywszy słuch, oczekiwałem następnych odgłosów, lecz – jak na razie – nic już więcej nie zakłóciło nocnej ciszy. Stałem zdenerwowany, nie wiedząc co robić?

Wreszcie odetchnąłem z ulgą, słysząc przytłumiony odgłos pracującego silnika. Niebawem WSK-a zatrzymała się przy wrotach, by zaraz wjechać na podwórze. Tu na chwilkę rozbłysnął reflektor i zaraz zgasł. Rzuciwszy okiem na zapłotną drogę, zamknąłem furtkę, ruszając ku stodole. Tę jednak zastałem już zamkniętą, a przy niej nikogo. Właśnie zastanawiałem się gdzie pójść, gdy zza stodoły wyszedł Huck z Grzesiem, taszcząc spore naręcze świeżo nałamanych gałęzi. W następnej chwili i ja dostałem swą porcję.

– Chodźmy na drogę zatrzeć ślady kół motocykla. Przynajmniej te w pobliżu zagrody – zadysponował Huck.

Przez następne kilkanaście minut zamiataliśmy drogę aż do cmentarza, a po powrocie do zagrody, także ślady na podwórzu.

– Gotowe! – sapnął wreszcie Huck. – Możemy być pewni, że nas nie zdradzą.

Niemal równocześnie pierwsza błyskawica dalekiej jeszcze burzy rozświetliła zachodni nieboskłon. Wolno licząc, czekałem huku gromu, aby w przybliżeniu określić odległość. Po dwudziestu dwu doszło mnie dalekie dudnienie. Lecz oto ciemności rozdarł następny błysk, zaś grzmot stał się wyraźniejszy.

– Burza idzie na nas – stwierdził Grześ.

Jeszcze jakiś czas staliśmy przed chatą wpatrując się w mroczne niebo rozświetlane następnymi błyskawicami. Nie było wątpliwości, że zapowiadała się niezła nawałnica.

Życząc Grzesiowi dobrej nocy, udaliśmy się wreszcie na siano. Gdy już legliśmy na swych posłaniach, zapytałem czy i oni słyszeli wystrzał?

– Nie tylko, Romku, słyszeli, ale i widzieli – odparł. – Przecież to do nas ten głupek wypalił! Dobrze, że chybił. Ale też było ciemno, jak u murzyna pod koszulą.

– Nie żartuj – wykrztusiłem i natychmiast dodałem: Gadaj, jak było!

– Ano jechaliśmy spokojnie, nawet nie trzydziestką. Szybciej raczej nie dało rady. Nie zapalałem reflektora, korzystając jedynie z postojówki. Przed mostkiem przez Pszczynkę zwolniłem, chcąc zawrócić jeszcze przed tym wądołem na drodze, jeśli go zapamiętałeś z popołudniowego spaceru. Zanim jednak to uczyniłem, ktoś przed nami rozkazująco krzyknął: „Halt!” Niemal odruchowo włączyłem długie światło. Na mostku zobaczyłem dwu konnych. Jeden, najwyraźniej jakiś mundurowy, mierzył w naszą stronę z pistoletu. W momencie oświetlenia uniósł drugą dłoń ku twarzy, chcąc pewnie zasłonić oślepione oczy. Równocześnie wypalił. Wcisnąłem sprzęgło, dając gazu do oporu i dodatkowo przycisnąłem na klakson. Żebyś to widział! Spłoszone szkapy chyba poszalały! Strzelec wyfrunął z siodła, rąbnął w balustradę mostka, która się złamała i drab plusnął w Pszczynkę. Jego towarzysz chyba tylko cudem utrzymał się w siodle i pocwałował w siną dal, tam gdzie go spłoszony koń poniósł. Po dziwnym piruecie, wierzchowiec pechowego strzelca także pocwałował w mrok. Może i nawet wyciągnął setkę? Ale chyba jednak do Berlina nie dotarł. Nie czekając na „topielca” zawróciłem i tym razem, pomimo wszystko, wyciągając ponad trzydziestkę, wróciłem do Krzyżowic. Sądzę, że jeźdźcy musieli nas zawczasu usłyszeć i stanąwszy na mostku, czekali aż się zbliżymy. Na gruntowej drodze nie mieliśmy szansy wcześniej usłyszeć odgłosów stąpań koni. Zresztą pracujący silnik motocykla na pewno je skutecznie zagłuszył. Dlatego mogli nas zaskoczyć. Ale zadziałałem natychmiast i właściwie. Efekt piorunujący. Wydaje mi się, że niczego nie widzieli. Wpierw było ciemno, zaś potem zostali oślepieni. Ciekawym, co sądzą o spotkaniu? W każdym razie najedli się strachu. Lecz na wszelki wypadek wolałem zatrzeć ślady kół, przynajmniej w pobliżu zagrody. Jeśliby ktoś zechciał podążyć za tropem, dotrze do cmentarza – i tyle. A póki co, jeszcze nikt tu nie słyszał o oponach, więc nie wie, że ślad z dziwnym wzorkiem jest odbiciem bieżnika koła. Ale przyznaję, strzeliłem kapitalne głupstwo wożąc Grzesia publiczną drogą. Cóż, chciałem mu w ten sposób wynagrodzić wcześniejsze przykrości. W każdym razie jazda bardzo mu się podobała i pewnie by chciał repety. Lecz, na razie, nic z tego. Na wszelki wypadek siedźmy cicho, aż się wszystko uspokoi. Ten mundurowy nie tylko się skąpał. Na pewno też uszczerbił sobie to i owo. Rąbnął przecież w balustradę tak, że ją połamał. Bynajmniej bym się nie zdziwił, gdyby i jego kości nie wytrzymały nagłego z nią spotkania. Miejmy nadzieję, że się nie utopił? Na to chyba tam za płytko. Co najwyżej woda zamortyzowała upadek. Ale na pewno będzie bardzo wkurzony, a nie zapominajmy, że to zapewne jakiś przedstawiciel władzy. Miejmy się więc na baczności! Zresztą, wnet się o wszystkim dowiemy. Wieść gminna szybko się roznosi.

– Nawet dobrze, że nadciąga burza – dodał po chwili. – Ulewa zmyje drogę.

Chciałem jeszcze dłużej pogadać, lecz Huck studził mój zapał przypomnieniem, że rano mamy być w kościele.

– Nie wypada zawieść oczekiwań księdza Ignacego. A i od niego najprędzej mamy szansę czegoś się dowiedzieć. Kto jak kto, ale właśnie on jest na wsi osobą najlepiej poinformowaną – postawił przysłowiową kropkę nad „i”. – Śpijmy więc. Dobrej nocy!

Przewróciwszy się na bok, wnet zasnął. Ja tymczasem wciąż przeżywałem jego przygodę. Przewracając się z boku na bok, nie mogłem zasnąć. Zresztą srożąca się nad nami burza również temu nie sprzyjała. Gdy w końcu odsunęła się na wschód, jednostajny szum wciąż lejącego deszczu zaczął na mnie działać usypiająco. Zamknąłem oczy i sen wreszcie skleił me powieki.


[1]             oszydzić – oszukać;

[2]             łoński rok – ubiegły rok;

[3]             pytać – prosić;

[4]             reż – żyto;

[5]             trówła – kuferki, kasety;

[6]             tragacz – drewniana taczka;

[7]             cisnąć – pchać;

[8]             patrzą – pilnują;

[9]             kandy – gdzie;

Skip to content