ODCINEK 4

Rozdział czwarty

 

          Wbrew wcześniejszym oczekiwaniom, obudziłem się wcześnie, ale jeszcze jakiś czas leżałem pod kocem, pozwalając sobie na dodatkowe kilkanaście minut błogiego lenistwa. Potem jednak zdecydowanym ruchem odrzuciłem koc i opuściłem wygrzane leże. Zaczynał się nowy dzień i nie wypadało próżno tracić czasu. Usłyszałem ruch w izbie Hucka. Zatem i on także już wstał. Raz, dwa, ochlapałem się zimną wodą, a potem, prychając, wytarłem ręcznikiem. Niemal równocześnie wyszliśmy na sień, gdy sygnaturka z kościelnego dachu zaczęła wzywać na Mszę św. Tym razem postanowiliśmy nadrobić zaniedbanie służby przy ołtarzu. Szybkim krokiem pospieszyliśmy pod drzwi zakrystii, zastając je już otwarte i Jakuba krzątającego się w środku. Pozdrowiwszy go jak przystało, wdzialiśmy przykrótkie komże i w oczekiwaniu na plebana, usiedli na ławie obok drzwi. Nasz widok wyraźnie ucieszył księdza Ignacego, w przeciwieństwie do dwu miejscowych podrostków, którzy tym razem musieli zadowolić się klęczącą asystą na najniższym stopniu ołtarza. Po zakończeniu liturgii, pleban jakiś czas z nami rozmawiał o aktualnych wydarzeniach. Fakt, że chłopi przystąpili do żniw na pańskim sprawił mu wyraźną ulgę, a samowolne pobieranie zapłaty za robotę nie wywoływało sprzeciwu. Stąd wysnułem wniosek, iż rzeczywiście jedynie troska o to, by nie zmarnować plonów, leżała mu na sercu.

Gdy już wyszliśmy z zakrystii, zapytałem czy przypadkiem nie miał jakichś wiadomości od pana Antoniego?

– Nie, Romku, nie mam. Wszakże obiecywał jeszcze Krzyżowice nawiedzić, tedy cierpliwie czekać nam nań wypada. U niego słowo, rzecz święta. Nie frasuj się tedy. Na pewno zdąży. Do jesiennej równonocy ostało jeszcze ździebko[1] czasu.

Właśnie opuszczaliśmy cmentarz, gdy drogą od Borynii nadjechał drabiniok[2], zaprzężony w parę koni. Pomiędzy szczeblami drabin siedziała dziesiątka żołnierzy.

– Czyżby znów przebierańcy – przeleciało mi przez głowę.

– A cóż to znowu? Jakowaś wojna się szykuje? – zdziwił się ksiądz Ignacy. – Abo też pan dzierżawca wojskowe posiłki zawezwał? A może nawet nie tyle on, co pan major Gottlieb? Tego by nam ino jeszcze brakowało!

Staliśmy przed cmentarną bramą, patrząc za oddalającym się wozem, który minąwszy most na Pszczynce, odjechał w stronę Warszowic.

– Jeżeli pleban ma rację, szykuje się niezła awantura – pomyślałem. – Jednak czy dziesięciu żołnierzy zdoła spacyfikować wieś? Co na to zbójnicy? Przecież obiecali pomoc! Po południu koniecznie musimy spotkać się z Walusiem. Może będzie miał dla nas nowe, interesujące wieści?

Przy farskiej bramie pożegnaliśmy plebana. Chcąc jeszcze zdążyć na i tak już spóźnione śniadanie, należało się spieszyć. Miałem jednak nadzieję, że Gamoniowie coś tam dla nas zostawili. I tym razem nie zawiodłem się. Ojca Mateusza bardzo zaniepokoiła wieść o żołnierzach na drodze.

– Pewnikiem do dworu jechali. Nic dobrego z tego nie bydzie! Dobrze byłoby z Walusiem godać.

– I my też tak myślimy. Pójdę ze Staśkiem po południu.

– A co dzisiaj robimy? – zapytałem po krótkiej przerwie.

– Ano widziało by się zaczynać sianokosy. Trawy podrosły, ciepło jest, to i siano dobrze schło będzie.

– Dobrze Ojcze. Bierzmy kosy i do roboty! Z rosą będzie się lepiej kosiło – podsumował kapitan, wstając od stołu. Wyszliśmy na podwórze. Grześ przyniósł trzy kosy i tyle samo drewnianych grabi. Do męskiego rodu Gamoniów i nas dwu, dołączyła jeszcze Anka, zaś matka Franciszka z Jadźką zostały na miejscu, by zająć się obiadem. Także i Burek wykazywał ochotę przyłączenia się do nas, lecz musiał pozostać. Plątanie się pomiędzy kosiarzami mogło by się dla niego tragicznie zakończyć. Dotarcie do Gamoniowych łąk przy osińskim potoku zajęło około pół godziny. Kosiarze nabili kosy na kosiska i stanąwszy rzędem, ruszyli. Wpierw ojciec Mateusz, za nim Wawrzuś i Grześ na końcu. Huck na razie zadowolił się grabiami, by po jakimś czasie zmienić ojca Mateusza. I tak robota sprawnie posuwała się do przodu. Słońce wędrowało coraz wyżej po niemal bezchmurnym niebie, temperatura rosła, zaś pot obficie zraszał nasze czoła i nie tylko. Nic zatem dziwnego, że z ulgą przyjąłem przerwę na pośniadek przyniesiony przez matkę Franciszkę i Jadźkę. A gdy już sobie podjedliśmy, panie zebrały do kosza brudne kubki, dzbanek oraz lnianą serwetę i wróciły do wsi, zaś nasza kompania, po jeszcze krótkim odpoczynku, znowu przystąpiła do pracy. I tak aż do obiadu, na który, około godziny trzeciej po południu, wróciliśmy do zagrody, bo i też cała łąka została skoszona, a pokos przynajmniej raz przewrócony. Po obiedzie Gamoniowie planowali ponowny wypad na łąkę, jako że siano trzeba było przewracać, by schło równomiernie. Natomiast ja z Huckiem zamierzałem wybrać się na spotkanie z Walusiem. Przy tym byłem ciekawy, jakie zakończenie miała przykra przygoda żandarmów i Huberta? Do tego czasu już na pewno ich uwolniono z aresztu. Wyobrażałem sobie wściekłość majora Gottlieba. Cóż za hańba dla żandarmerii! Za nic w świecie nie chciałbym być w skórze któregoś z rozbrojonej i rozebranej dwójki!

Jeszcze przed piąta ruszyłem z Huckiem w stronę dworu. Po dotarciu do Pszczynki, starym zwyczajem siadłem na skarpie obok kładki, kapitan zaś odszedł groblą oddzielającą staw od potoku w kierunku dworu, chcąc z bliższej odległości popatrzeć na folwark usytuowany na przeciwnym brzegu.

– Gdyby, Romku, żołnierzy wezwano do Krzyżowic, najpewniej zakwaterują w folwarku. Sprawdzę więc na miejscu – wyjaśnił na odchodnym. – Ty zaś czekaj tutaj na Walusia. Sądzę, że go zawczasu zobaczę i zdążę wrócić.

Siedząc przy kładce, wrzucałem do rzeczki suche patyczki, które leniwy nurt unosił w stronę Warszowic. – Ciekawe, ile z nich dopłynie do Wisły i jak długo to potrwa? A może nawet któryś jeszcze przed zimą dotrze do Bałtyku? – dumałem, skracając sobie czas oczekiwania. Zajęty patyczkami, przegapiłem Walusia. Zwrócił moją uwagę dopiero wtedy, gdy docierał do kładki. Równocześnie nadszedł Huck i zaraz kładką przeszedł na drugi brzeg. Wstałem i ja, by z niewielkim opóźnieniem przeprawić się za nim. A oni już czerpali wodę do wiader. Gdy wypełnione stanęły na łące, można było przystąpić do wymiany wieści.

– We wsi gadają, że ktoś zamknął żandarmów we wiejskim areszcie. Pewnie zbójnicy – nie wytrzymałem.

– Ano zawarli i nie ino. Do goła rozdziali i ostowili, jako ich Pon Bóg stworzył. A oźrały Hubert pono przy nich społ, jako ten zabity, nieczuły na żandarów wrzaski. Dopiero pana wójta ich wołania do haresztu zwabiły, aliści hareszt był zawarty i klucza doń nie było. Michał – kowol – z innymi dopiero drzwierza wyłomać musieli, a nieskoro jeszcze jakowyś przyodziewek dla golasów przynieść. A Huberta dopiero cebrzyk wody na łeb wylony ocucił. Żandary go wraz do dwora brali i przed oblicze pana Gottlieba stowili. O co szło, nie wiem, wszakże niebawem po dziesięć batów od kożdego żandara w zadek dostoł i go w hareszcie pono zawarli. Pewnikiem cosi grubo musioł zawinić. A jeszcze pierwej do dwora wojoki na furze przyjechali. Pon pisorz we stodole wyznaczył im kwater. Ale po co u nas wojoki, nie wiem. Chyba o nich pon Gottlieb z pisorzem godali, ale po niemiecku. Potem pon pisorz z jakowymś papierem w ręku odeń wyszedł i wroz konia sobie siodłać kazowoł, i kandyś pojechoł.

– A to co znowu? – przerwał Huck, wskazując ręką na gościniec. – Chyba rzeczywiście zanosi się na wojnę!

Równocześnie z Walusiem odwróciliśmy głowy. Drogą od wsi kłusował oddział landdragonów, z jakąś szarżą i cywilem na czele.

– O, pon pisorz – rozpoznał Waluś. Jeźdźcy zatrzymali się przed dworem. Prowadzący zsiedli z koni i zniknęli w dworskiej sieni. Policzyłem przybyłych. Z nieobecnym teraz dowódcą było jedenastu.

– To jo już ida – po dłuższej chwili zadecydował Waluś. Nie spiesząc się, założył drążek nosidła na ramiona, a ja z kapitanem podwiesiłem na nim wiaderka.

– Bywaj Walusiu! Do następnego widzenia – pożegnaliśmy chłopaka. A on przez pastwisko ruszył w stronę dworu. Chwilę później na ganku pojawili się niedawni przybysze w towarzystwie jakiegoś mężczyzny. Niestety nasze optyczne przyrządy pozostały na kwaterze, dlatego trudno było rozeznać, z kim mamy do czynienia? Na pewno nie z jaśnie panem dzierżawcą, gdyż ten jeszcze nie opuszczał łóżka. Zatem chyba major Gottlieb? To by nawet pasowało. Swój ciągnie do swego, a w tym wypadku żandarm do żandarmów. Zapewne podkomendnemu wydał jakieś rozkazy czy polecenia i teraz – być może – wyszedł dopilnować ich wykonania. Albo też pofatygował się, żeby widokiem dzielnych jeźdźców podbudować  morale nadwątlone ostatnimi wydarzeniami. Dworski pisarz, towarzyszący dowódcy jeźdźców, wskazał ręką na folwark. Żandarm kiwnął głową i odszedł do podkomendnych. Po chwili siedział w siodle. Skinąwszy ręką  ruszył, a za nim dwójkami reszta oddziału. Sprawnie wykręcili, biorąc kurs na folwarczny dziedziniec, z trzech stron okolony gospodarczymi zabudowaniami. Wnet zniknęli nam z oczu, zakryci stodołą i stojącymi obok chlewami.

– Zapewne i oni tam zakwaterują – pomyślałem. – Zatem jakąś akcje przeciw zbuntowanym raczej mamy pewną. No, bo w jakim innym celu sprowadzono by tutaj aż tylu mundurowych?

Nagle w folwarku wszczął się rejwach. Ktoś tam krzyknął, zawtórowały mu dwa inne głosy. Jeszcze ktoś do nich dołączył, a w następnej chwili inni. Teraz już trudno byłoby wszystkich zliczyć. Darli się tak, jak gdyby tam kogoś żywcem odzierano ze skóry. I nagle buchnął strzał i zaraz następny, a po nim salwa przynajmniej kilku pistoletów, której wnet odpowiedziały chyba ze cztery karabiny.

– O rany! Co tam się wyprawia?! Żandarmi tłuką się z żołnierzami? Więc może rzeczywiście to przebierańcy? Ale afera!

Raptem tylne wrota stodoły rozwarły się gwałtownie i ze środka wypadło pięciu żołnierzy w niekompletnych uniformach. Na skos pastwiska, puścili się biegiem w naszą stronę. W parę sekund po nich, z rozwartej stodoły wybiegło sześciu landdragonów.

– „Halt! Halt!” – poniosło się nad pastwiskiem, jednak uciekinierzy ani myśleli słuchać rozkazu. Z trzech luf wykwitły obłoczki siwego dymu, którym natychmiast zawtórował huk wystrzałów. Jeden z uciekających wyprostował się, rozłożył ręce i padł na ziemię. Równocześnie i Waluś puścił niesiony ładunek. Wiadra padły na łąkę, trysnęła woda, a w następnej sekundzie i chłopak osunął się na ziemię.

– O niech to! Trafili go! – Już chciałem ruszyć z pomocą, lecz następne strzały skutecznie mnie do tego zniechęciły. Nieprzyjemnie blisko zaświstały kule. Padliśmy na ziemię, żeby zejść z linii strzału. Postrzelono także następnego uciekiniera. W tej sytuacji pozostałym przeszła ochota na bieganie. Zatrzymali się, unosząc w górę ręce. Umilkły strzały. Odczekawszy jeszcze dłuższą chwilę, by mieć pewność, że strzelaninę na dobre zakończono, można było wreszcie pospieszyć Walusiowi z pomocą. Odetchnąłem widząc, że jest przytomny.

– Gdzie dostałeś?

– Tu, Romku – wskazał zakrwawioną dłonią prawy bok.

– Nie ruszaj się! Zaraz zobaczę, jak to wygląda – poleciłem, odsłaniając ranę. Chociaż dosyć krwawiła, odetchnąłem z ulgą. Na szczęście kula jedynie rozorała bok. Spod rozdartej skóry, przy brzegach krwawej bruzdy, przeświecały dwa żebra. Wyglądały na nienaruszone. Wydobyłem z kieszeni osobisty opatrunek, niestety jeden już z ostatnich, z zabranego na wyprawę zapasu. No cóż, zużyło się ich nieco na moją ranę. Wspólnymi siłami założyliśmy opatrunek. Potem, złączywszy ręce w tzw. samarytańskie krzesełko, ponieśliśmy Walusia do dworu. Na ganku major Gottlieb zastąpił nam drogę.

– Raus[3]! – wrzasnął podniesionym głosem, jednocześnie wskazując ręką kierunek. Zaskoczeni taką reakcją, stanęliśmy niezdecydowani.

– Rrraus! – wrzasnął ponownie, dodając coś, czego w pełni nie zrozumiałem, ale bez wątpienia zawierające kwestię o przeklętych polskich psach. Kapitan pobladł raptownie. Widocznie lepiej zrozumiał w czym rzecz.

– Küss mein arsch, Herr Major![4] – odpalił.

Pan major rozdziawił gębę zaskoczony i dopiero po paru sekundach potrzebnych dla uzmysłowienia sobie niewyobrażalnej dotąd bezczelności stojącego przed nim nędznego polskiego kmiotka, wykrztusił ze ściśniętego gardła:

– Was[5]?!

– Kapusta mit kwas[6]! – odpalił Huck. – Bierzmy się stąd, Romku! Mam już dosyć tego ćwoka! – dodał po sekundzie, odwracając się do pana majora plecami, a ja za nim.

– Ale namieszał! – pomyślałem, znając z lektury „Wojaka Szwejka”, czym poczęstował majora. – Będziemy się mieli z pyszna! Tak splantować szlachetnie urodzonego! Trzeba stąd znikać i to jak najszybciej, nim cokolwiek zdoła przedsięwziąć. – Nie miałem bowiem cienia wątpliwości, że urażony honor jaśnie pana nie omieszka wnet się dopomnieć zadośćuczynienia, a to mogło dla nas mieć niezbyt miłe konsekwencje. Ruszyliśmy w stronę drogi, tak szybko, jak na to tylko pozwalały okoliczności. Nijak nam przecież było biegać z Walusiem na skrzyżowanych dłoniach.

Na parę kroków przed opuszczeniem dworskiego podjazdu, raptem zza żywopłotu wypadło dwu żołnierzy bez mundurowych kurtek, lecz za to z karabinami w dłoniach. Widocznie, gdzieś przytajeni, przetrwali pierwszy impet ataku landdragonów i teraz spieszyli do dworu, chcąc tam szukać schronienia. Minęli nas biegiem. Nie oglądając się, parliśmy do przodu, by jak najszybciej opuścić te strony. W chwili, gdy opuszczaliśmy drogę, chcąc przez pastwisko dotrzeć do kładki przez Pszczynkę, z tyłu doleciało nas gromkie:

– „Halt!” – i zaraz padł strzał. Niebezpiecznie blisko zaświstała kula! Odwróciłem głowę, chcąc sprawdzić, co jest grane? Na ganku dojrzałem majora, z dymiącym pistoletem w ręku. Drugi właśnie unosił do strzału. Biegnący żołnierze podrzucili karabiny do oka i niemal równocześnie wypalili. Majorem targnęło do tyłu. Jego drugi pistolet wprawdzie wypalił, jednak posyłając kulę Panu Bogu w okno. W następnej chwili major padł na ganek. Równocześnie potknąłem się i ja. Z trudem zdołałem utrzymać równowagę, nie puszczając Walusia. Teraz, już na nic się nie oglądając, truchtaliśmy na skos pastwiska, by niebawem kładką przekroczyć Pszczynkę. Z dworu niosły się jeszcze jakieś krzyki, na które wszakże nie zwracaliśmy uwagi. Przy zagrodzie Żabków mieliśmy dosyć niesienia. Przystanąwszy przy wrotach, ciężko dyszeliśmy.

– Pożyczę od Żabkowej tragacza – wysapał Huck po dłuższej chwili. – Na nim zawieziemy Walusia do nas. – Jak powiedział, tak uczynił. Wnet na tragaczu, wymoszczonym słomą, umieściliśmy rannego. Matka Franka lamentowała przy nas, załamując ręce.

– Nic mu nie będzie. Rana nie taka groźna. Pewnie szybko się zagoi – uspokajałem.

– Z Bogiem! – pożegnał Żabkową kapitan. – Na nas czas. Trzeba ranę porządnie opatrzeć.

– Boże prowadź! – odpowiedziała, ocierając łzy kułakiem.

Teraz, już wygodnie, wieźliśmy Walusia ścieżką biegnącą obok drogi, co jakiś czas zmieniając się przy rączkach tragacza, by dotrzeć do bramy plebanii w momencie, gdy bryczka z księdzem Ignacym, w białej komży i Jakubem na koźle, spiesznie opuszczała dziedziniec. Zadźwięczał dzwonek. Huck przyklęknął, ja nie zdążyłem, zajęty pchaniem pojazdu z rannym. Pleban pobłogosławił nas bursą zawieszoną na złocistym sznurze. Jakub potraktował zad Baśki batem, która zaraz raźniej ruszyła w dół drogi. Stojąc przy rozwartej bramie, patrzeliśmy za bryczką oddalającą się w kierunku Warszowic. Skoro nam wreszcie znikła z oczu, kapitan stwierdził:

– Pędzi biedaków ekspediować na drugi świat. Widocznie nie wszyscy byli protestantami. – Ujął rączki tragacza i popchał przez plebański majdan oraz fragment ogrodu pod ganek naszej kwatery. Zaprowadziłem Walusia do „salonu”, zaś Huck wziął jeden z garnków naszego kocherka i odszedł do studni po wodę, którą następnie zagotował. Odczekawszy aż wrzątek troszkę przestygnie, przemyłem ranę, a następnie przyłożyłem opatrunek z maści penicylinowej i na powrót zabandażowałem. Do czasu powrotu księdza Ignacego, ranny zajął łóżko Hucka. Później mieliśmy nadzieję zdobycia na plebanii czegoś do leżenia. A chociażby nawet nie łóżka, to przynajmniej siennika, na którym by można się ułożyć do snu.

W oczekiwaniu na powrót bryczki, siedliśmy na stopniach ganku. Cóż, kiedy nieobecność wielebnego się przedłużała, a siedzenie na schodkach okazało nie tak wygodne, jak sądziliśmy. Poniechawszy schodków, wróciliśmy do „salonu”. Po drodze zaglądnąłem do Walusia. Chłopak spał. Wycofałem się, możliwie jak najciszej zamykając za sobą drzwi.

– Nie uważasz, Romku, żeby wypadało o postrzeleniu powiadomić rodziców Walusia? Prędzej czy później i tak się o tym dowiedzą. Znając szybkość rozchodzenia się wieści po wsi, będzie to raczej prędzej. Przy tym nie wiadomo czy wieść gminna nie przyda wydarzeniom bardziej dramatycznych akcentów? Po co mają się niepotrzebnie trapić? Jest w dobrych rękach i sądzę, że tutaj będzie miał lepszą opiekę niż we dworze, jeżeli w ogóle by mu tam zapewniono jakąś opiekę. Sądząc po reakcji majora Gottlieba, wydaje mi się to nie tak oczywiste. Nawiasem mówiąc, jestem ciekawy czy major przeżył? Dwie karabinowe kule, z bliskiej odległości, pewnie nie chybiły. Orientujesz się jaki mogły mieć kaliber? Minimum ze 20 milimetrów, jeżeli nie więcej. Nie, serdeczne dzięki za coś takiego! Raczej nie skorzystam.

– Masz rację. I ja myślałem o powiadomieniu rodziców Walusia. Tylko gdzie Szopowie mieszkają? Może zapytać Gamoniów? Chyba, że niebawem wróci wielebny, chociaż na to jakoś nie wygląda. Jednak niezbyt dobrym rozwiązaniem byłoby pozostawienie Walusia samego. Jeden z nas winien przy nim zostać.

– Nie ma sprawy! Kopnę się do Gamoniów na łąkę, a ty zostań i opiekuj rannym. Może się obudzi i czegoś będzie potrzebował? Ewentualnie załatw także sprawę z plebanem, oczywiście gdyby w międzyczasie wrócił.

– Zgoda, idź! Jeżeli tylko będzie okazja, pozałatwiam co trzeba.

Odszedł, ja zaś przeszedłem do siebie i zostawiwszy drzwi do izby szeroko otwarte, ułożyłem się na łóżku, bez obawy bym przegapił powrót bryczki. Było to raczej niemożliwe. No, chyba żebym zapadł w kamienny sen, na co na razie jednak się nie zanosiło.

Minęła następna godzina, w czasie której nic istotnego się nie wydarzyło. Nie wrócił pleban, nie wrócił również kapitan. Jednak w jego przypadku samo dojście na łąkę i powrót musiało zająć około godziny. Rozmowa z Gamoniami także chwilę. Na pewno wpierw jeszcze opowiedział o wydarzeniach we dworze, a potem może odpowiedział na ewentualne pytania. A może w powrotnej drodze poszedł wprost do Szopów? I coś takiego było prawdopodobne, tym bardziej, gdyby mieszkali we wschodniej części wsi. Nie miałem więc powodów do niepokoju. A i księdzu Ignacemu akcja landdragonów widocznie również przysporzyła zajęć. Skoro tylko wróci, natychmiast z nim pogadam i przy okazji pewnie usłyszę najnowsze wieści. Kto jak kto, ale z pewnością on będzie najlepiej o wszystkim poinformowany. I nie myliłem się. W dwadzieścia minut później na dziedzińcu wreszcie zaturkotały koła bryczki. Zerwałem się z łóżka, chcąc plebana spotkać jeszcze na majdanie. Gdy tam doszedłem, zastałem jednak tylko bryczkę, z Baśką przy dyszlu, chociaż wjazdową bramę już zamknięto. Stanąłem niezdecydowany, rozglądając się wokoło. Drzwi plebanii także były zamknięte

– Aha! Pewnie są w kościele. No tak, przecież najpierw tam musieli się udać. To oczywiste! – wolno ruszyłem w stronę zakrystii. – Nie, nie będę wchodził do środka. Zaczekam na zewnątrz – postanowiłem. W tym jednak wypadku czekanie nie było konieczne. Nie przeszedłem nawet połowy dystansu dzielącego mnie od kościoła, gdy drzwi zakrystii otwarły się i wyszedł z nich wpierw ksiądz Ignacy, a za nim Jakub.

– Dobrze, Romku, że cię widzę – odezwał się wielebny, skoro już byłem blisko. – Byłbyż i Waluś raniony? Przecie na tragaczu go wieźliście.

– Tak jest wielebny księże plebanie. Właśnie wodę niósł, gdy ze stodoły wypadli żołnierze, a za nimi żandarmi. Ci strzelali za uciekającymi i przy tym postrzelili Walusia. Widzieliśmy to ze Staśkiem z grobli między stawami. Skoro strzelanina ucichła, pobiegliśmy ratować Walusia. Opatrzywszy ranę jako tako, ponieśliśmy go do dworu. Jednak na ganku zastąpił nam drogę major Gottlieb i kazał iść precz, przy okazji nazywając przeklętymi polskimi psami. Coś tam jeszcze gniewnie gadał, ale nie zrozumiałem, o co mu chodziło. Braliśmy się więc z powrotem, po drodze nieomal przewróceni przez dwu żołnierzy biegnących do dworu. Wypadli zza żywopłotu, wprost na nas, ale na szczęście jakoś wyminęli. Wtem padł strzał. To major strzelał z ganku. Wpierw z jednego, a zaraz potem i drugiego pistoletu. Żołnierze również dali ognia i major padł na ziemię Co dalej, nie wiem, gdyż tak szybko, jak tylko było to możliwe, stamtąd uciekliśmy. Od Żabkowej Stasiek wziął tragacz i na nim przywieźliśmy Walusia do nas i tu ranę porządnie opatrzyli. Teraz Waluś śpi w łóżku Staśka, który poszedł na łąkę do Gamoniów dowiedzieć się, gdzie Szopy mieszkają? Przecież trzeba ich powiadomić, co się synowi przydarzyło i uspokoić, że rana nie aż tak groźna. Mamy również prośbę: Przydało by się jakieś łóżko lub tylko siennik, żeby Stasiek miał się gdzie na noc położyć.

Pleban pokiwał głową ze zrozumieniem. – Z łóżkiem gorzej będzie, ale jaki siennik Jakub pewnie najdzie. To Walusia u siebie trzymać zamierzacie?

– Jak troszkę wydobrzeje, wróci do domu. We dworze na razie nie ma czego szukać. Przecież major Gottlieb nas stamtąd przepędził.

– Major Gottlieb już przed Bożym Majestatem rachunek zdaje z włodarstwa swego. Zapewne ten ostatni niemiłosierny uczynek nie przysporzy mu tam chwały. Ostawmy to wszakże bożej sprawiedliwości i miłosierdziu. Nie nam sądzić bliźniego, chociażby i heretyka.

– Dobrzeście uczynili zabierając Walusia – dodał po chwili. – We dworze teraz co innego, niż staranie o rannego sługę, mają na głowie. Major Gottlieb zabity i jeszcze czterech innych. A wszytko bez nieporozumienie. Któż by przypuścił, iże tak tragiczne za sobą pociągnie następstwa. Żołnierzy posłano dla postrachu buntującym chłopom. Pono i po innych wsiach robót przy żniwach na pańskim odmówili. Tedy książę pan uprosił wojska w Koźlu, które w kapralskich grupach po wsiach rozesłano. Ci tu do nas rychlej dotarli, jako że podwody po drodze zajmowali i miast w skwarze maszerować, wygodnie sobie na furach podróżowali. Zasię oficyjer z Pszczyny, z powiadomieniem o kapralskiej grupie, do dwora za nieskoro przybył. Panu Schlitterbachowi zaś się zdało, iże w kapralu rozpoznaje jednego z tych, co go na polu skatowali, stąd wykoncypował, iże ze zbójnikami przebranymi za wojaków ma znów do czynienia, którzy jaką nową niegodziwość względem niego zamyślają. Naradziwszy się z majorem, do Żor pisarza po landdragonów posłali, mając nadzieję przy ich pomocy zbójników połapać. Żandarmi śmiele natarli, zasię wojaki bronili uznając, iże ze zbójnikami za landdragonów przebranymi sprawa. Wszakże ulegli zaskoczeni. Jeno kapral z drugim we dworze schronienia szukali. To ich żeście trafili. Major Gottlieb będąc widać przekonany, iże ze zbójnikami ma do czynienia, począł strzelać i poległ przy tym. Nieco później dotarł też oficyjer z Pszczyny, z powiadomieniem pana dzierżawcy o posłanym wojsku. Tedy się wyjaśniło, kto na kogo nastawał i że nie ze zbójnikami, jak się obu stronom zdało, była sprawa. Będzie się teraz pan dziedzic musiał gęsto tłumaczyć. No, może za wszytko majora winować, skoro ten padł i już nic rzec nie zdolen. Przy czym faktycznie major pisarza po landdragonów posyłał, a nieskoro im rozkazował, o czym dworski pisarz świadczy. Ranionych takoż jeszcze kilku jest, co ich już do lazaretu w Pszczynie powieziono. Tu jeno owczarz jako tako rany im opatrzył. Ilu żywych tam dotrze, jeden Pan Bóg wie. I pomyśleć, iże to w naszych Krzyżowicach taka awantura! Nigdym by, Romku, czego takiego nie przypuścił. Dobrze, iżeście ze Staśkiem z tego bez szwanku wyszli. Gdzie strzelają, tam oberwać łacno. Podziękujcież Panu Bogu!

– Naturalnie, wielebny księże proboszczu – przytaknąłem, jednocześnie oddychając z ulgą. Nie miałem bowiem wątpliwości, że nie nadbiegający żołnierze stanowili cel majora, a dwu wrednych tubylców, którzy ośmielili się zbezcześcić jego szlachecki honor. Taka zniewaga krwi wymagała! No i rzeczywiście krew się polała, jednak nie ta, o której myślał major. I bardzo dobrze! Jedna sprawa z głowy. Przynajmniej już z jego strony nie trzeba niczego się obawiać. A swoją drogą, Huck niepotrzebnie wyskoczył z tym całowaniem. Ale wobec takiego obrotu sprawy, nie będę mu czynił wyrzutów. Co było, a nie jest, nie bierze się w rejestr – przywołałem popularne przysłowie.

Wróciliśmy na plebanię. Proboszcz z Jakubem weszli do środka, ja zaczekałem na zewnątrz, żeby zatrzymać kapitana, gdyby właśnie teraz nadszedł. – Może jednak znajdą jakieś zbędne łóżko? Wtedy we dwu zaraz je zaniesiemy do siebie. – Czekałem więc cierpliwie. Po jakimś czasie Jakub przyniósł nowy siennik, z grubego lnianego samodziału. Zbędnego łóżka niestety nie było.

– Dobre i to. Zaraz w stodole wypcham go słomą i zaniosę na kwaterę – pomyślałem zadowolony. W niewiele czasu później przez okno „salonu” zobaczyłem Hucka przy bramie. Towarzyszyła mu jakaś wieśniaczka.

– Pewnie matka Walusia – domyśliłem się. – To było do przewidzenia. Która matka czekałaby bezczynnie do rana wiedząc, że jej dziecko zostało zranione?

W czasie gdy Szopowa bawiła u syna, odwiozłem tragacz Żabkowej. W tym czasie kapitan mógł wytchnąć po ostatnich wędrówkach. Ponownie spotkaliśmy się u Gamoniów na wieczerzy. Opowiedziałem usłyszane od plebana wieści. O propozycji Hucka złożonej majorowi przezornie nie wspominałem mając nadzieję, że i on się tym nie chwalił. Ale i tak w drodze powrotnej na kwaterę, o to zapytałem.

– Nie jestem aż tak głupi, żeby o tym paplać! Po czasie nawet żałowałem swych słów. Cóż, puściły mi nerwy. Jednak powinienem był się opanować i nie narażać nas – jak by nie było – z błahego powodu. Lepiej czasem honor schować w kieszeni i nim coś człowiek zrobi, dobrze rzecz przemyśleć. Konsekwencje mogły dla nas być przykre. Przepraszam, iż cię narażałem, ale mnie poniosło. Wybacz!

– Nie ma sprawy, kapitanie! Nie ma niczego złego, co by na dobre nie wyszło, jak powiada przysłowie. Major kopnął w kalendarz i już niczego przeciwko „Bractwu” nie zdziała. Bynajmniej mi go nie żal. Widocznie taki koniec był mu pisany – jak kiedyś o przeznaczeniu mówiliście z panem Konradem. Ale czy to nie czysta ironia losu, że twoje parę słów uruchomiło właśnie taki bieg wydarzeń? No cóż, żądza natychmiastowej zemsty wyszła mu bokiem. Przy tym kiepski był z niego strzelec. Widocznie zaniedbał doskonalenia strzeleckich umiejętności. U żandarma to karygodne zaniedbanie, lecz w naszym wypadku czyste szczęście. W przeciwnym wypadku, jak nic by nas ustrzelił. A może z wściekłości drżała mu ręka? Mniejsza z tym! Żyjemy, on nie. Niech mu ziemia lekką będzie!

Po powrocie na kwaterę zajrzałem do Walusia. Był już po kolacji przyniesionej przez Jakuba. Ucieszyłem się, że bez zbędnego gadania pleban przyjął chłopak na swój wikt. Wprawdzie spodziewałem się tego, lecz bynajmniej nie było to aż tak oczywiste. Po chwili Huck dołączył do nas. Siedliśmy na przyniesionych z „salonu” krzesłach. Powtórzyłem wersję wydarzeń usłyszaną  od plebana, żeby Waluś, a przy okazji również i jego matka wiedzieli, co i jak.

– To pona majora zabili? – zdziwił się. – A tak nos precz gnoł! Jakoś mi go nie żol, chociaż to pewnikiem grzech. A jaśnie pan nie kazowoł mnie szukać?

– Tym się prawie nie trap – Huck na to. – Patrz jak najrychlej wydobrzeć. Co potem, pomyślimy w sposobnym czasie.

A gdy Szopowa już odeszła, zagadnąłem czy pamięta, co kapitan mówił majorowi?

– A czym to spamiętoł? Tyla ino wiem, iże major Gottlieb „raus” wrzeszczoł i ręką pokazowoł, coby my sie ze dwora precz brali. I jeszczem spamiętoł wojoków, co zza krzów wylecieli i żeście mnie do Żabkowej nieśli.

– Dobrze, Walusiu. Przykre sprawy lepiej z głowy wyrzucić i o wszystkim jak najszybciej zapomnieć.

Nazajutrz, po śniadaniu, Gamoniowie znów wybierali się na łąkę. My również zamierzaliśmy tam dotrzeć, jednak wpierw należało jeszcze zmienić Walusiowi opatrunek. Wygląd rany  raczej nie zapowiadał jakichś komplikacji, a zastosowanie maści penicylinowej, której na szczęście w naszej apteczce był spory zapas, dało dobry wynik. Ale i też w porównaniu do ówcześnie posiadanych środków medycznych, dysponowała wprost niewyobrażalnymi możliwościami. Wprawdzie Waluś narzekał na ból w boku, „jakby go koń kopnął”, ale to nie dziwiło. Coś takiego musiało boleć. Potem Huck poszedł na plebanię przynieść śniadanie dla chłopaka. Jakub miał dosyć innych zajęć i nie wypadało go obciążać dodatkowymi, naturalnie jeżeli tylko było to możliwe. Po jakimś czasie wrócił w towarzystwie księdza Ignacego, który przyszedł odwiedzić rannego. I bardzo dobrze! Przynajmniej spokojnie można było się zająć suszeniem Gamoniowego siana, podczas gdy matka Franciszka, Wawrzuś i Anka przystąpili już do ponownego plewienia i okopywania ziemniaczanych zagonów. A w ogóle, w gospodarstwie na okrągło było moc roboty, zatem nic dziwnego, że mile widziano każdą dodatkową parę rąk. Na popołudnie zaś Huck proponował wypad do Bzia, żeby zobaczyć tamtejszy drewniany kościółek oraz – chociażby tylko z daleka – kiedyś już widziany obronny dwór. Byłem ciekawy, jak wygląda w czasach – jak by nie było – swej świetności? Trudno bowiem byłoby od nas wymagać, byśmy zajmowali się jedynie robotami gospodarskimi. Nie po to przecież ryzykowaliśmy skok w czasie.

Wracając z łąki, już na ganku, z izby Hucka doleciały nas dziewczęce głosy. A więc Waluś miał kolejne odwiedziny. Cofnąłem się pod kolumnę – podporę daszku ganku – chcąc spojrzeć w okno, bowiem z tego miejsca można było ogarnąć wzrokiem większą część izby. Zobaczyłem dwie dziewczyny. Jedną na krześle przy łóżku i drugą, stojącą w jego nogach, chociaż drugie wolne krzesło stało obok. W siedzącej, ubranej po wiejsku i bosonogiej, natychmiast rozpoznałem Anulkę – siostrę Franka. Jej towarzyszka, chyba równolatka, zarówno ubiorem, jak i fryzurą, znacznie różniła się od swej towarzyszki.

– Aha, panienka Eliza – domyśliłem się. – Że też jaśnie panienka zaryzykowała odwiedziny Walusia?! Wątpliwe, żeby rodzice o tym wiedzieli. Już by tam tatuś wnet jej wybił z głowy tak niedorzeczną zachciankę! A matka na pewno również nie byłaby tym zachwycona. Nie ma co, rezolutna panna i rzeczywiście dobrego serca, jak nam to Waluś przedstawiał. Zatrzymałem na chwilę wzrok na jej ładnej buzi, z wesołymi oczkami, okoloną kasztanowymi lokami. Mówiła coś żywo przyciszonym głosem. W następnej chwili całe towarzystwo parsknęło śmiechem. Cofnąłem się do kapitana przy drzwiach.

– Anulka Żabkówna i chyba panienka Eliza – poinformowałem. – Pójdźmy na razie do mnie, żeby im nie przeszkadzać. Potem do nich zajrzymy. Wpierw jednak wypadałoby nam troszkę się ochlapać i przynajmniej jako tako otrzepać ubrania. Trzeba przecież jakoś się prezentować!

– Jak zwykle masz rację.

Najciszej, jak tylko było można, otwarłem drzwi i na palcach przemknęliśmy sienią do mnie. Na szczęście dzban, stojący na podłodze obok taboretu z miską, był pełen, można było więc pobieżnie zmyć z siebie pot i kurz po pracy przy sianie. Potem jeszcze tylko wyszczotkowanie odzieży i można było pójść. Tu jednak kapitan zaproponował parę minut zwłoki.

– Romku, nie spieszmy się tak! Wpierw wyschnijmy. Pięć minut w jedną czy drugą stronę nas nie zbawi! – Przyznałem mu rację, chociaż mnie korciło, żeby zaraz pójść. Cóż, w tym wypadku należało opanować swe zachcianki. Po upływie z pięciu minut Huck wstał.

– Pójdźmy zaprezentować się jaśnie panience. Jestem ciekawy, jak się z nią dogadamy? Podobno mówi też po naszemu, więc nie powinno być z tym problemów. Co najwyżej możemy ją zaskoczyć literacką polszczyzną. Tej na pewno nie słyszała. Może zaserwujemy coś z klasyki? Mickiewicz albo Słowacki? Masz w repertuarze z nich jakiś fragment? Chociaż, czy ja wiem, pewnie bardziej przystępny byłby Kochanowski? Tu mogę nawet coś zaprezentować. Ale nie ma co przed czasem czegokolwiek ustawiać. Zobaczymy, jak kij popłynie?

– Zgoda. Improwizujmy zależnie od sytuacji.

Wyszliśmy na sień pod drzwi izby Hucka. Zapukałem i po dwu – trzech sekundach powoli otworzyłem drzwi, puszczając kapitana przodem.

– Szczęść Boże! Witamy w skromnych progach – pozdrowił towarzystwo przy łóżku. – Jestem Stanisław – tu wymienił nazwisko – a to mój przyjaciel Roman Niemira – przedstawił nas, podchodząc do panny Elizy. Panienka zmieszała się, lecz wnet opanowała zmieszanie i wyciągając rękę do kapitana, z uśmiechem wymieniła swe imię i nazwisko. Trafnie odgadłem, była to Eliza von Schlitterbach. Po kapitanie i ja dostąpiłem zaszczytu uściśnięcia jej dłoni. Następnie przywitaliśmy się z Anulką, wprawiając tym panienkę Elizę w lekkie zdziwienie, zaś Anulkę w wyraźne zakłopotanie. Tym jednak się nie przejmowałem.

– Pal licho feudalizm z jego etykietą!

Tak jak Huck przewidywał, Eliza mówiła śląską gwarą, chociaż zrazu zamierzała rozmawiać z nami po niemiecku. Uświadomiona, iż nie tędy droga, przeszła na gwarę. W tym wypadku pozostawiłem inicjatywę w ręku Hucka, który mógł swobodnie prowadzić konwersację. Naturalnie i ja włączałem się do rozmowy na tyle, ile pozwalała znajomość  gwary. Eliza wnet spostrzegła, że moja mowa odbiega od języka, którego używała reszta towarzystwa. Huck ze śmiechem wyjaśnił, że i tak mówię zrozumiale. Ale nie ma się czemu dziwić, gdyż jestem Polakiem z Warszawy, w czasie wakacji bawiącym na Śląsku. Jednak wkrótce koniec wakacji i trzeba będzie wracać do seminarium. Panna Eliza popatrzała na mnie z zainteresowaniem, a po chwili poprosiła bym mówił tak jak w domu. Bardzo chętnie posłucha polskiej mowy, gdyż jest ciekawa czy bardzo się różni od tej tutaj używanej. A i Jaśnie Pan Książę Fryderyk Ferdynand pono też polskim włada.

– Dobrze, panienko Elizo. W razie jakichś niejasności o wyjaśnienie proszę pytać Staśka.

Tak więc mogłem sobie podarować symulowanie śląskiej gwary. Odetchnąłem z ulgą. W dalszej rozmowie zahaczyliśmy także o ostatnie wydarzenia. I tu zaskoczenie: Eliza niezbyt była przejęta śmiercią majora. Ba, stwierdziła nawet, że był niegodziwy i pewnie za to spotkała go kara! Najwyraźniej stryjaszek musiał jej dobrze zaleźć za skórę. Na wszelki wypadek woleliśmy jednak nie drążyć tego tematu, skinąwszy tylko niby to ze zrozumieniem głowami.

Porzuciwszy tematy dotyczące spraw przykrych, przeszliśmy do rzeczy bardziej odpowiadających młodym. Rozmowa wartko się toczyła i całe towarzystwo brało w niej udział. Wprawdzie Anulka i Waluś zrazu bardziej słuchali niż mówili, ale z czasem początkowe skrępowanie gdzieś uleciało i potem już wszyscy swobodnie się wypowiadali. Ale też z kapitanem mieliśmy to na uwadze, żeby każdego traktować jednakowo. Eliza, bez widocznych oporów, wnet zaakceptowała taki sposób bycia, wbrew ówcześnie panującym stosunkom i wychowaniu w – jak by nie było – szlacheckiej rodzinie. I muszę przyznać, że wzbudziło to moje uznanie i sympatię.

– Bez dwu zdań, fajna dziewczyna – jak później uznał kapitan. Błysnąłem również poezją, recytując inwokację do „Pana Tadeusza”, gdzie Litwę zamieniłem na Polskę, a Niemen na Wisłę, żeby rzecz była bardziej swojska i dla krzyżowian zrozumiała. Tutaj pewnie Litwa jawiła się jako kraj egzotyczny, a o Niemnie wątpliwe czy ktoś słyszał. A potem ciągnąłem dalej:

 „ Śród takich pól przed laty, nad brzegiem ruczaju,

Na pagórku niewielkim, we brzozowym gaju,

Stał dwór szlachecki, z drzewa, lecz podmurowany.

Świeciły się z dala pobielone ściany,

Tym bielsze, że odbite w ciemnej zieleni

Topoli, co go bronią od wiatrów jesieni.

Dom mieszkalny niewielki, lecz zewsząd chędogi,

I stodołę miał wielką, i przy niej trza stogi

Użytku, co pod strzechą zmieścić się nie może;

Widać, że okolica obfita we zboże.

I widać z liczby kopic, co wzdłuż i wszerz smugów

Świecą gęsto jak gwiazdy, widać z liczby pługów

Orzących wcześnie łany ogromne ugoru,

Czarnoziemne, zapewne należne do dworu.

Uprawne dobrze na kształt ogrodowych grządek,

Że w tym domu dostatek mieszka i porządek.

Brama na wciąż otwarta przechodniom ogłasza,

Że gościnna i wszystkich w gościnę zaprasza…” – zakończyłem swój popis.

          – Jakież to piękne! I piękny, Romku, język twój! Też bych tak umieć chciała prawić – westchnęła Eliza.

Na takie dictum i kapitan wziął się za poezję. W tym jednak wypadku błysnął kilkoma fraszkami Kochanowskiego, a na deser trzema bajkami Ignacego Krasickiego, kończąc „Czaplą i rakiem”.

– To i ty, Staśku, poradzisz po polsku pięknie prawić? – zdziwiła się jaśnie panienka.

– Ano poradzę, jako że moja rodzina jest ze Śląska, ale od dawna w Polsce osiadła. Wszakże po naszemu prawić nie zapomniała. W końcu przecież to ten sam język, ino ten tutejszy bardziej tożsamy ze staropolskim. Śląsk wpierw w Polsce był, potem jednak przypadł Czechom i z nimi Cesarstwu. Wreszcie król Fryderyk II śląskie ziemie zawojował i włączył do swego królestwa. Śląsk, od Polski oderwany już bez mała pięćset lat, starą  polską mowę zachował, stąd panienko Elizo różnice. Ale i tak Polak ze Ślązakiem łacno się dogada i jeden drugiego rozumie. Przecież są z tej samej rodziny.

Eliza pokiwała głową. Pewnie wcześniej nie była świadoma tych spraw i dopiero teraz Huck ją oświecił, a równocześnie chyba także pojęła, że tutejsze pogardzane kmiotki mający polskie korzenie, w żadnym wypadku nie muszą się wstydzić, gdyż polska kultura bynajmniej nie jest gorsza od niemieckiej, skoro ma tak piękną poezję. I muszę ci Andrzeju wyznać, że poczułem się dumny i bardzo z siebie zadowolony – tym bardziej, gdy Eliza nas zagadnęła, czy byśmy dla niej nie mogli zapisać wygłoszonych strof? Wprawdzie jeszcze dotąd nie miałem w ręku gęsiego pióra, jednak pisania w szkole uczyłem się jeszcze zwyczajną stalówką maczaną w kałamarzu, więc nie powinno było z tym być większych problemów. Wyraziliśmy zgodę, obiecując rychło spełnić jej życzenie.

– Tylko musimy wpierw od księdza plebana uprosić parę kartek papieru, pióro i atrament – zastrzegł kapitan.

– Nie trza – stwierdziła Eliza. – Anulką papieru wom pośla. Ale pióra i o atrament u plebana pytejcie. – Skinęliśmy potwierdzająco głowami.

Dobrze się gadało, czas niepostrzeżenie biegł do przodu. Zajęci rozmową ani zwróciliśmy uwagi na bryczkę, która zajechała na dziedziniec przed plebanią. Dopiero Eliza, przypadkowo zwróciwszy głowę w stronę okna w południowej ścianie izby, ją zauważyła. Zerwała się z krzesła:

– O mein Gott, Mutti![7] – jęknęła, blednąc raptownie. Jak na komendę spojrzeliśmy w okno. Obok bryczki zobaczyłem niewiastę w ciemnej sukni, a przy niej witającego plebana.

– Czego tutaj szuka jaśnie pani?! Przybyła w ślad za dziewczynami? Jednak reakcja Elizy wskazywała, że i ona jest zaskoczona widokiem matki. Zatem na pewno zamiar odwiedzenia Walusia trzymała w tajemnicy. Wobec tego wizyta dziedziczki u plebana nie z Elizą ma związek. A może przyjechała dowiedzieć się o Walusia? Przecież powinien być we dworze. Jasny gwint! Jeszcze gotowa przyjść do nas!

Co do tego, iż w żadnym wypadku nie powinna tu zastać córki, nie miałem cienia wątpliwości. Trzeba więc dziewczyny natychmiast stąd ewakuować, póki jeszcze nie jest za późno. Jedynie okno w byłej kuchni, umieszczone w tylnej ścianie budynku, nadawała się do tego. Tylko tędy, niepostrzeżenie, można było opuścić naszą kwaterę, a następnie farskim ogrodem dotrzeć do tajnej dziury w płocie i wyjść poza obręb plebanii, a następnie polami oddalić się na bezpieczną odległość.

– Mama nie powinna was tutaj zastać? – zapytał Huck. Na potwierdzające skinienie głowy zapytałem:

– A wielebny ksiądz pleban widział jak tu szłyście? – Eliza z bezradnym geście rozłożyła ręce.

– Chyba nie – włączyła się Anulka. – Prosto żech jaśnie panienka do Walusia kludziła[8], a z fary nikto za nami nie glądoł[9].

– Więc zmykajmy! Mama was nie zobaczy. Za mną! Szybko! – wypadłem na sień. W parę sekund byliśmy w kuchni. Ja przodem, kapitan na końcu. Otwarłem okno na oścież i wyskoczyłem do ogrodu. Za mną, na polecenie Elizy, zwinnie jak kot smyknęła Anulka. Do opuszczenia kuchni przymierzyła się Eliza. Widząc, że jej to niezbyt wychodzi, nie tracąc ni chwili, Huck wziął ją na ręce i podał przez okno. Zaskoczona tym dziewczyna, dla obrony przed ewentualnym upadkiem, odruchowo objęła kapitana za szyję. A gdy już  miałem ją odebrać z jego rąk, pocałowała go w policzek.

– Za stryka[10] Gottlieba! – szepnęła.

– Ale dlaczego? – zdziwił się tym zaskoczony.

– Iżeś mu rzekł, coby cię w zadek całowoł!

– Słyszałaś to, Elizo?!

– I wszytko widziołach. Byłach za dźwierzami.

– Proszę, nie powiadaj tego nikomu.

– Nie powiem! – Odebrałem panienkę i postawiłem na ziemi.

– Doprawdy musiał jej stryjaszek solidnie dopalić – pomyślałem. Tymczasem  Huck także opuścił kuchnię. Podawszy dziewczynom ręce, spiesznie poprowadziliśmy pomiędzy krzakami porzeczek, a następnie za dużą kępą leszczyn, ku naszej dziurze w płocie, zakrytej sztachetami. Odsunęliśmy luźne sztachety na boki – i droga wolna.

– Do zobaczenia! Szczęśliwej drogi! – pożegnaliśmy je, gdy już były za ogrodzeniem.

– Z Bogiem! – odeszły wzdłuż płotu na północ, by potem pośród pól podążyć na wschód – w stronę stawów przy Pszczynce i ścieżki pomiędzy nimi groblą wiodącej. Sztachety wróciły na swoje miejsce, a my znowu kuchennym oknem do starej plebanii. W niewiele czasu później siedliśmy przy Walusiu.

– Tylko nikomu ni słowa o odwiedzinach panienki, chociażby cię przypiekali! – zastrzegłem.

– Nie powiem, Romku!

Spojrzałem w stronę plebanii. Owszem, bryczka nadal stała w tym samym miejscu, lecz pleban z gościem zniknęli. Pewnie weszli do środka i są w „wielgiej izbie” – jak mawiał Jakub. Chociaż dziewczyny na pewno już odeszły wystarczająco daleko, jednak z niepokojem oczekiwałem ewentualnej wizyty dziedziczki.

– Czy jednak jaśnie pani wypada zaglądać do sługi? – pomyślałem po pewnym czasie. – Gdyby to przynajmniej otrzymał ranę w obronie dziedzica bądź któregoś z członków jego rodziny, wtedy inna sprawa. W tym jednak wypadku postrzał był przypadkowy i na dodatek za sprawą wezwanych przez Schlitterbacha żandarmów. Więc odwiedziny wydały mi się już nie tak pewne.

– A cóż będę sobie tym głowę zawracał! Wnet się okaże. – Ale i tak musiało jeszcze upłynąć dobre pół godziny, nim jaśnie pani opuściła plebanię i wsiadła do bryczki, żegnana przez księdza Ignacego. Strzelił bat i pojazd potoczył się ku rozwartej bramie, parę chwil później niknąc nam z oczu. Odetchnąłem, podobnie chyba i kapitan. Posiedzieliśmy jeszcze z Walusiem, gadając o różnych sprawach. (Na wypad do Bzia było już za późno). Przy okazji starałem się dowiedzieć czegoś więcej o Schlitterbachach i stosunkach panujących w rodzinie. Przecież major musiał czymś głęboko urazić Elizę, co wzbudziło w niej aż taką niechęć i jeżeli nawet nie zadowolenie z jego śmierci, to przynajmniej brak żalu po stracie stryja. Zapytałem więc o majora. Niestety Waluś tylko wiedział, że był dalszym kuzynem dziedzica i majorem landdragonów w opolskim regimencie.

– Pal licho majora! Nie będę sobie więcej zaprzątał nim głowy. Elizy także nie będę pytał. Może z czasem samo się wyjaśni? – A póki co, wypadało pójść do Gamoniów na wieczerzę, a jeszcze przed tym przynieść Walusiowi wieczorny posiłek.

– Ciekawe czym major tak zraził Elizę? – już na zapłotnej drodze dociekał Huck. – Przecież to jej krewny. Dziwne! Nie uważasz, Romku?

– Uważam! Również o tym myślałem, lecz niczego nie wymyśliłem. Podarujmy więc sobie majora. Niech mu ziemia lekką będzie! Ciekawe, gdzie go pochowają? – dodałem po chwili – Może w rodzinnym grobowcu? Przynajmniej Hans by miał towarzystwo. Chyba do Opola go nie powiozą?

– Pożyjemy, zobaczymy.

– Trzeba będzie zapytać plebana o atrament i pióra, ale dopiero po otrzymaniu papieru. Nie ma co tym wcześniej mu głowy zawracać – stwierdził Huck już przy wrotach zagrody Gamoniów. Kiwnąłem potwierdzająco głową.


 

[1]    ździebko – trochę;

[2]    drabiniok – wóz drabiniasty;

[3]    raus – precz;

[4]    küss mein arsch, Herr Major – pocałuj mnie w dupę panie majorze;

[5]    was? – co?;

[6]    kapusta mit kwas – kapusta z kwasem;

[7]    O mein Gott, Mutti – o mój Boże, mama;

[8]    kludzić – prowadzić;

[9]    glądoł – patrzał;

[10]  stryk – stryj;

Skip to content