ODCINEK 2

Z wolna zapada zmrok, więc chociaż mi się wcale nie chce, wracam do zagrody. Niebo, na wschodzie zupełnie już ciemne, przechodzi całą gamą półcieni do jeszcze jasnego – daleko nad czarną i jednolitą ścianą boru na zachodzie. Lecz i tam niebawem nadciągnie mrok.

Przymknąwszy wrota, siadam na kłodzie przed domem. Obok kładę swój „arsenał”. Hełm tam spoczywa od dawna – przecież nie będę daremnie dźwigał na głowie zbędnego ciężaru. Zresztą przy takiej pogodzie, wnet by mi się pod nim mózg zagotował.

Postanawiam czekać powrotu Mirka przed domem. Na czuwanie przy Jarce i to w dodatku po ciemku, nie mam najmniejszej ochoty. Brr! Na samą myśl o tym przechodzą mi przez plecy ciarki. Przy okazji rozważam problem, gdzie by się później ułożyć do snu? Z nieboszczykiem za nic nie będę spał w jednej izbie! Może by więc na stryszku? Ee, lepsza już będzie stodoła.

Wstawszy z kłody, idę do niej zaglądnąć. Wewnątrz ciemno. Zapalam zapalniczkę, otwierając zawór gazu do oporu i podnosząc ją ku górze, by oświetlić jak największą przestrzeń. Miejsca dosyć. Po lewej stronie jest nawet spora kupka słomy. W sam raz na wygodne legowisko.

Wracam na kłodę przed dom i kładąc się na plecach, spod okapu dachu spoglądam w niebo, na którym zapala się coraz więcej gwiazd. Jak piękne jest takie prawie że czarne niebo, podziurawione tysiącem świetlistych punktów. Jak spokojnie tu i cicho! Tylko świerszcze nadal grają swą melodię, zaś aromat kwitnącej lipy czyni powietrze istnym nektarem.

Zaczynam się niepokoić o Mirka. Dawno już powinien wrócić. Chociaż, z drugiej strony, na przykład nieobecność Radosza mogła spowodować znaczne przedłużenie pobytu w grodzie. No tak, może więc nawet wrócić jutro rano. Poczekam jeszcze z pół godziny i idę spać. Moje psisko już dawno to uczyniło, ułożywszy się pod ścianą na kłodzie.

Niepokój o Mirka okazuje się przedwczesny. W pewnej chwili słyszę: klap, klap, klap – odgłosy końskich kopyt. Niuk unosi łeb i cicho warczy. Na wszelki wypadek naciągam kuszę i zakładam bełt, zaś dobytą z pochwy „syrenkę” opieram o ścianę. W razie nieprzewidzianej draki będzie na podorędziu. Odgłosy idącego konia zbliżają się coraz bardziej i raptownie milkną.

– Sławko, Sławko! To ja, Mirko!

– Uff – odetchnąłem z ulgą. – Już idę otworzyć. Czekaj, Mirko, muszę przytrzymać Niuka. – Podążam do wrót, otwieram jedno skrzydło i widzę siedzące na koniu dwie postacie.

– Kie licho! Widzę podwójnie?

– Czy mi się w oczach dwoi, czy też was dwu na koniu siedzi?

– Dwu, Sławku, dwu. To Przemko, Radoszów syn, a mój druh.

Zeskakują z konia. Niuk wściekle ujada – nie wiem czy na konia, czy też Przemka. Jako przezorny, mocno trzymam obrożę.

– Witaj, Przemku! Wchodźcie do środka.

Czekam aż napoją wierzchowca przy korycie, rozkulbaczą i wprowadzą do stajni. Zamykam wrota na zasuwę i idę ku nim. Niuk szczeknął jeszcze parę razy, lecz daje sobie spokój. Puszczam go luzem. Obwąchuje chłopców dokładnie, macha ogonem i tyle. Widocznie uznał już Mirka za swego. Dla pewności proszę jednak, aby raczej nie wykonywali gwałtownych ruchów – szczególnie rękoma – gdyż pies mógłby to odebrać jako sygnał wrogich zamiarów.

Idziemy w stronę domu. Pytam o Radosza. Przyjedzie rano. Otwieramy drzwi domu. Ciemno. Już chcę wyjąć zapalniczkę, lecz w ostatniej chwili rezygnuję. Nie wiem jaki efekt by to sprawiło? Lepiej nie. Przy okazji zobaczę, jak oni sobie z tym poradzą? Przecież nie mają zapałek.

Ano, poradzili sobie! Wcale ognia nie krzesali, tylko uznali, że trzeba legać spać. Bo i mieli rację. Chyba już było około północy. Wobec tego szybko wstawiam gadkę, że pójdę z Niukiem spać do stodoły, żeby nie było z nim kłopotów. A tak, w parę dni przywyknie zupełnie i będzie dobrze. (Przecież im nie powiem, że mi nie odpowiada spanie przy nieboszczyku, no i mam także obawy o pchły w posłaniu!)

Przyjmują moje oświadczenie ze zrozumieniem i odprowadzają do stodoły. Po omacku włażę na słomę. Niuk zrazu się ociąga, lecz po namyśle także tam ostatecznie ląduje. Trzy obroty w kółko i zwija się w kłębek obok mnie.

– Dobrej nocy – życzę chłopakom. Do jutra!

Odchodzą, przymykając drzwi. Jeszcze tylko chwila modlitwy wieczornej: Przepraszam Pana za me przewinienia, za przelaną krew.

– Ale wiesz przecież, Panie, że nie miałem innego wyjścia. Ratowałem życie – i to nie tylko swoje. Zresztą wcale nie myślałem o zabijaniu – tak jakoś samo wyszło.

Dziękuję za wszystko, za ocalone życie. Jeszcze ciepłe i tęskne westchnienie za nagle utraconą rodziną. Postanawiam się jednak nie rozczulać, dlatego szybko kończę. Podobno najlepszym lekarstwem jest sen. Zamykam oczy i po chwili, znużony trudami i emocjami dnia, zasypiam twardym snem, nawet sam nie wiedząc kiedy.

Noc przechodzi spokojnie. Nazajutrz, dosyć wcześnie rano, budzi mnie moje wilczysko. Już się wyspało. Zrobiło obchód obejścia, a wróciwszy zastało mnie śpiącym. Tego mu już za wiele! Ładuje się na mnie mokrymi od rannej rosy łapami i aplikuje swym długim i ciepłym ozorem ulubione „ślap, ślap” po twarzy. Efekt jest zawsze gwarantowany – koniec snu. Teraz wyrośnięty czworonóg domaga się porannej porcji czułości. Czynię zadość jego oczekiwaniom i potem już mogę spokojnie wyjść ze stodoły. Pies ugania się wokół mnie, bardzo z siebie zadowolony.

Jak na razie, zapowiada się piękny dzień. Chłopcy jeszcze śpią. Myślę o przyjeździe Radosza. Muszę o tym zawczasu z Mirkiem pogadać, lecz na osobności. I tu mam szczęście. Wkrótce w drzwiach ukazuje się Mirko. Mogę więc zaraz przystąpić do sprawy. Pytam czy mówił Radoszowi skąd przybyłem.

– Nie, żupan o to nie pytał.

– A Przemkowi? – Także nie, chociaż o to pytał, wszakże rzekł, iż tego sam dobrze nie wie.

– To dobrze! Nie będziemy zrazu wtajemniczali Radosza i Przemka, gdyż nie jest to w tej chwili takie istotne, zaś mogłoby tylko niepotrzebnie wszystko skomplikować. Wystarczy im na razie wiedzieć, że przybyłem z bardzo daleka.

Co do kuszy, jeżeli o nią kto zapyta, to może pochodzić z dalekiego Kitaju. I tak im to nie będzie nic mówiło. Zresztą postaram się kuszy w ogóle nie pokazywać. Przy okazji pytam Mirka o jakąś koszulę dla mnie. Chciałbym się mniej od nich różnić wyglądem, dlatego wolałbym nie paradować w mym drelichu. Ze zrozumieniem kiwa głową i niknie w domu. Po dłuższej chwili wraca z białą, lnianą koszuliną, uszytą z dwu kawałków płótna, z klinowym otworem na głowę i sznurkowym ściągaczem.

Odziewam się w nowy nabytek. Jest dosyć długa i obszerna oraz ma stosunkowo szerokie rękawy. Pozostawiam ją wypuszczoną na spodnie – przynajmniej zasłoni liczne kieszenie farmerek – i spinam pasem z przytroczonym nożem oraz „syrenką”. Na dzisiaj „awarkę” wraz z pasem Obra, hełmem, drelichem i kuszą, odkładam na stryszek. Tak będzie poręczniej.

W międzyczasie zaczyna się dymić z dymnika, co oznacza, że Przemko zdołał skrzesać ogień.

Podczas skromnego śniadania rozmawiamy niewiele. Na widok Niuka Przemko rozdziawia buzię ze zdziwienia, a potem wykrztusza z siebie: czarny wilk!

Aha, więc to jest tu rzadkością. Po ciemku nie mógł mu się dokładnie przyjrzeć i dopiero teraz zobaczył psisko w „pełnej krasie i ozdobie”.

Przy śniadaniu mam czas przyglądnąć się Przemkowi. Jest nieco niższy od Mirka, lecz ma takie same jasne włosy, przycięte równo z karkiem. Nosi koszulę taką jak my i spodnie na rzemiennym pasku, przy którym dynda zgrabny nożyk. Podobnie do Mirka chodzi na bosaka. I ja chyba postąpię podobnie. W saperkach jest mi po prostu za ciepło. Ale teraz jeszcze muszę w nich paradować. Wypada się godnie zaprezentować żupanowi. Wszak znać pana po cholewach!

Przemko co chwilę ciekawie zerka na mnie spod oka i widzę, że rad by mi zadać co najmniej sto pytań, jednak nie ma śmiałości. Jest chyba w wieku Mirka.

Jakoś mi to śniadanie niezbyt podchodzi. Ba, lecz komu by smakowało nawet najlepsze danie w towarzystwie nieboszczyka? Dobrze, że chłopcy przywieźli ze sobą zapas placków – podpłomyków. Biorę cztery do ręki i dziękując, wychodzę przed dom na kłodę. Dzielę się z Niukiem, ale widać, iż nie jest głodny.

– Nie chcesz, to sam zjem! Bez łaski!

Kończę przeżuwać ostatni kęs, gdy psisko podnosi harmider. Łapię go i szybko zamykam w stodole. Od lasu nadjeżdża gromada jeźdźców. To chyba żupan Radosz i jego ludzie. Widok ten kojarzy mi się z westernowym szeryfem. Tylko ten tu, to ma chyba trochę większą władzę.

Mirko z Przemkiem wybiegają ich witać. Ja się nie pcham. Poczekam aż Mirko mnie przedstawi. Chwila ta wnet nadchodzi.

– Zwą mnie Warcisław – mówię, kłaniając się żupanowi. Radosz patrzy na mnie badawczo, lecz się uśmiecha. Jest to mąż w sile wieku, z długimi, spadającymi na kark, dosyć jasnymi włosami. Sumiasty wąs i niezbyt długa broda zdobią jego oblicze. Ubrany jest w skórzany kaftan przepasany szerokim pasem, na którym wisi miecz i długi, ładny nóż. Spod kaftana wygląda biała koszula – taka jak nasza. Spodnie z grubego płótna. Obuty w miękkie pół cholewy z ostrogami. Na głowie spiczasty, nitowany hełm. Podobnie odzianych jest jego dziewięciu towarzyszy. Większość jednak zamiast mieczy ma topory, a na głowach czapki. Prócz tego wszyscy mają łuki z zapasem strzał.

Radosz z trzema towarzyszami wchodzi do domu. Po jakimś czasie wychodzą. Żupan pyta o Stroimira i Awara. Prowadzimy. W międzyczasie dwu chyba najlepszych grodowych tropicieli zajmuje się pozostawionymi przez napastników śladami.

Radosz z zainteresowaniem ogląda zwłoki drabów, przewracając je na boki nogą.

– Dobre ubite! – Zaś po chwili decyduje:

– Społem ich zakopać kiej1 bydlęta!

Mirko przynosi dwie łopaty. Wykopanie niezbyt głębokiego dołu nie zajmuje wiele czasu. Wpierw ląduje w nim Awar, a następnie przyciągają z lasu Stroimira, aby i on spoczął ze swym druhem. Zasypują grób. I taki jest ich niesławny koniec. Nawet kopczyk ku pamięci po nich nie pozostał.

W drodze powrotnej Radosz pyta mimochodem, skąd się tu znalazłem? Opowiadam bajkę o dalekiej wędrówce ze wschodu. Nawet chwyciła. Muszę także opowiedzieć o walce ze Stroimirem i Obrem. Trochę koloryzuję, przedłużając swe zmagania, ale i też oddaję sprawiedliwość Niukowi. Gdyby nie on, byłbym niechybnie zginął. Jako rzecz oczywistą przyjmują ustrzelenie Awara z łuku. Nie prostuję. Nie ma także mowy o dystansie, z którego strzelałem. Dobrze, gdyż odpada tłumaczenie sprawy kuszy. Ciekawi są przy tym psa i radzi by go zobaczyć. Idę więc do stodoły i biorę biednego „więźnia” na postronek. Widzę zaskoczenie i zdziwienie na ich twarzach.

– Czarny wilk!

Niuk trochę się denerwuje, ale trzymam go krótko, a potem prowadzę ku półziemiance na tyłach zagrody i przywiązuję na długim postronku do krokwi. Po chwili kładzie się zrezygnowany i spod oka spogląda na wszystko dookoła.

Tymczasem wracają tropiciele. Składają Radoszowi sprawę z poczynionych spostrzeżeń. Napastników było siedmiu. Najbardziej widoczne ślady pozostawili w miejscu, gdzie polna dróżka biegnąca od zagrody, pokonując małą podmokłą dolinkę, zagłębia się w borze. W innych miejscach jest dosyć sucho, lecz tam – na wilgotnej glinie – ślady są widoczne jak na dłoni. Starsze zmył deszcz sprzed czterech dni.

Teraz od liczby napastników należało odjąć dwu, ale i tak wypadało jeszcze zbyt wielu, aby Unisław mógł się pokusić na jakąkolwiek próbę ucieczki. Ponadto Radosz przypuszcza, że ta cała wyprawa po brańców jest liczniejsza i musi mieć gdzieś swój obóz, z którego mniejsze grupy łapaczy (chwataczy – jak mówi żupan), wyprawiają się na łowy w upatrzone wcześniej miejsca. Wszak nie dla handlu Stroimir ubiegłego lata przemierzał te strony! Teraz to jasne. Handel służył tylko za maskę, dając przy okazji jeszcze niezły zarobek. Wyśledzenie zatem miejsca ukrytego obozu staje się zadaniem najpilniejszym. Jeszcze wczoraj wieczorem poszli gońcy z ostrzeżeniem o łupieskiej wyprawie buszującej w golęszyckich dziedzinach. Sąsiednie grody są już ostrzeżone, co znacznie utrudni łapaczom robotę. Może to w efekcie spowodować przeniesienie się drabów w inne, bardziej odległe strony. Przecież nie będą wracali do domu z pustymi rękoma. Wypada zatem działać szybko. Jednakże przed wyruszeniem pościgu zostaje urządzony pogrzeb Jarki.

Większość z nas zbiera w lesie drewno na pogrzebowy stos. Ten zostaje ułożony w około czterdziestocentymetrowym zagłębieniu wykopanym łopatami. Stos z dołu składa się z drobniejszych gałęzi, na które kładziemy warstwami grube konary. Na samej górze, pokrytej gałęziami choiny, zostają złożone zwłoki, spoczywające na żerdziowych noszach. Wokoło noszy w glinianych garnkach i miseczkach ustawiono jadło na drogę. Ponadto są tam złożone wszystkie przedmioty należące do Jarki. W końcu Radosz zapala stos niesioną przez Mirka w pogrzebowym kondukcie pochodnią odpaloną od domowego ogniska.

Dziwi mnie brak objawów smutku wśród żałobników. Nawet Mirko ma suche oczy. Dopiero później się dowiedziałem, że w czasie pogrzebu winna być odprawiona tryzna, obejmująca zapasy, gonitwy i inne ucieszne zabawy, urządzane dla ukojenia duszy zmarłego, która opuściwszy ciało, udaje się do krainy zmarłych. Będzie tam wiodła nadal dotychczasowe życie, lecz już pozbawione wszelkich trosk i zmartwień. Dlatego żałobnikom nie uchodzi okazywać smutku. Stąd też złożenie na stosie jedzenia i potrzebnych w dalszym życiu przedmiotów.

Gdy stos się dopalił, każdy – od Radosza począwszy – bierze po kolei łopatę i rzuca parę razy ziemię na pogorzelisko. W ten sposób prochy zmarłej zostają przykryte. Normalnie zaraz usypuje się kopiec, którego wielkość zależy od rangi zmarłego. Przeciętnie jednak jego wysokość sięga dwu metrów. W tym jednak wypadku ta robota zostaje nam do wykonania, gdyż Radosz ze swą kompanią po strawie, czyli uczcie ku czci zmarłej, wyruszają w pościg za łapaczami i poszukiwanie uprowadzonych. My w tej imprezie nie mamy szansy wziąć udziału. Może ja ostatecznie bym mógł, lecz niestety jestem na bakier z konną jazdą, której dopiero muszę się nauczyć. Mirko i Przemko mieli zrazu nadzieję wyruszyć z Radoszem, cóż kiedy ten szybko ostudził ich zapały. Polecił Przemkowi zostać z Mirkiem. Będą na miejscu mieli dosyć roboty.

Już dobrze po południu patrzymy z żalem na odjazd Radosza. Dobrze byłoby z nimi pojechać, ale niestety nic z tego. Mogę wreszcie uwolnić Niuka. Zadowolone psisko galopuje po obejściu, nadrabiając przymusową bezczynność. Bierzemy łopaty, wybierając się sypać kopiec nad grobem Jarki. Jak to dobrze, że wybrano miejsce piaszczyste. Przy takiej glinie, jak w zachodniej części polany, to nie wiem ile byśmy się czasu męczyli. A tak, mamy nadzieję skończyć w parę dni. Naturalnie nie tylko tym będziemy się zajmowali. Są przecież jeszcze inne zajęcia. Lecz tego dnia kopiemy prawie że do wieczora – tak, że nim słońce zachodzi za borem, kopiec osiąga wysokość dobrego metra. W tym czasie nasze konie pasą się przywiązane do wbitych w ziemię kołków.

Przed wieczerzą zażywamy kąpieli w Kłodnicy. Niestety nie jest zbyt głęboka i woda z biedą sięga najwyżej kolan. Wpadam wtedy na pomysł, żeby rzeczkę przegrodzić niewielką tamą. Spiętrzywszy wodę na jakiś metr, można by sobie zupełnie dobrze popływać. Pytam zaraz chłopaków czy to potrafią. Potwierdzają. Przedstawiam więc swój pomysł.

– Jeżeli już jesteśmy przy grzebaniu w ziemi, możemy spróbować. Najlepiej jutro.

Wracamy do zagrody. Spożywszy resztę wiktuałów pozostałych po strawie, idziemy przed dom na kłodę. Niuk jeszcze dogryza otrzymane kości.

Przy wspólnej robocie w czasie dnia stopniowo nikła nieśmiałość Przemka w stosunku do mnie. Teraz już jesteśmy tak zgadani, jak byśmy się znali od dawna. Ledwie siedliśmy na kłodzie, a Przemko prosi bym opowiedział coś o sobie. Ciekaw jest dlaczego opuściłem rodzinne strony i wędruję. Czy tylko dla przygody? A w ogóle, to rad by posłuchać, jak to jest w mych stronach, gdyż jeszcze nigdzie dalej od ojcowskiego domu nie przebywał. Widzę, że i Mirko także by chciał usłyszeć coś ponadto, co mu powiedziałem przy pierwszym spotkaniu. Pewnie wtedy niezbyt mu to trafiło do przekonania. I cóż mam teraz biedny zrobić? Będę musiał opowiedzieć o rzeczach, których sam nie pojmuję, a potem to już oni nie będą rozumieli wielu rzeczy. Cóż, muszę w przystępny sposób jakoś im sprzedać wiedzę o przyszłości. I z pewnością nie da się tego zrobić w ciągu jednego wieczoru. Jest to bowiem zajęcie na dłuższy czas.

– Dobrze – zgadzam się – Opowiem dzisiaj trochę, zaś jutro ciąg dalszy. Otóż muszę wam powiedzieć, a co was pewnie zdziwi, że przybywam z bardzo daleka, ale wcale nie opuściłem swych rodzinnych stron. Miejsce mojego domu jest stąd bardzo blisko – tak blisko, że może tam dolecieć wystrzelona strzała. Widzę po waszych gębach, że nie pojmujecie lub też myślicie, iż sobie z was kpię. Jutro zatem pójdziemy w las i pokażę wam to miejsce. Jednak widzicie moi mili, mój dom stanie tam dopiero za bardzo wiele lat. Tak myślę, że do tego czasu upłynie z tysiąc i może jeszcze dwieście zim. Czy wiecie ile to jest?

– ??

– No tak! Powinienem był się tego spodziewać. Przecież nie chodziliście do szkoły, aby się tego nauczyć. Aha, nie wiecie też co to jest szkoła. Zostawmy ją na potem. Potraficie liczyć?

Okazuje się, że do dziesięciu to im nawet jakoś idzie, lecz dalej – kapota! W jaki sposób by im to obrazowo ukazać? Już wiem! Proszę Mirka, żeby przyniósł z domu zapalony kaganek. Potem ich prowadzę do płotu i zaczynam od dołu ku górze liczyć witki plecionki: raz, dwa trzy… aż do stu. Następnie opaloną szczapką oddzielam na płocie dwanaście pionowych pasów.

– Widzicie? Jeden pasek, to sto patyków, zaś jeden patyk, to rok. Te dwanaście pasów ma tysiąc i dwieście witek. Zatem za tyle zim, ile jest witek, będą dopiero moje czasy i wtedy stanie tutaj w pobliżu mój dom. Nie wiem w jaki sposób, lecz zostałem z Niukiem przeniesiony w wasze czasy. Nie pytajcie, jak to jest możliwe, gdyż sam się temu dziwię i nie mogę sobie tego zupełnie wytłumaczyć. Jestem jednak teraz tutaj i to jest prawda. Wszak mnie widzicie i możecie dotknąć. A i Stroimir z Awarem przekonali się o tym najlepiej na własnej skórze. W moich czasach już od dawna nie walczy się mieczami, ani też strzela strzałami. A dlaczego ja to mam ze sobą? Cóż, mój ojciec bardzo lubi zamierzchłe czasy i takie rzeczy zrobiliśmy sobie na wzór starych. Zresztą w waszych czasach jeszcze chyba nie używano kuszy – no, tego mojego łuku, któregoś Przemku jeszcze nie widział. Zaraz go przyniosę, chociaż już ciemno. – Wchodzę na stryszek i macam ręką za kuszą oraz bełtami. Gdy znajduję, schodzę na dół.

Chłopcy wziąwszy kuszę, oglądają ciekawie. Dziwią ich bardzo metalowe bełty.

– To dlatego, że w moich czasach łatwiej o takie żelazne pręty niż proste drewniane, z których by można zrobić strzały – trochę koloryzuję. Nie bardzo się im to chce pomieścić w głowach. Gdy zaś dodaję, że właściwie to wszystko zrobiliśmy z wyrzuconych na śmietnik, nikomu nie potrzebnych odpadków, to już jest dla nich zupełną abstrakcją.

– To u was wszyscy są strasznie bogaci! Takie dobra wyrzucać?! I miecz także?

– Tak. Jest wykonany z pióra wyrzuconego resoru. Aha, nie wiecie co to jest resor, ale to nie takie ważne. Z tego pióra wykuliśmy mój miecz. – Kręcą z niedowierzaniem głowami.

Potem pokazuję na moje spodnie – inne niż wasze – prawda?

– Ano tak.

Teraz niespodzianka: Rozpinam błyskawiczny zamek w rozporku. Wytrzeszczają zdziwione oczy. Zapinam i znów rozpinam. Potem rozpinając pasek i guzik, pokazuję przy świetle kaganka zamek z bliska. Mirko nieśmiało wyciąga rękę i zasuwa suwak w górę.

– Zszyte – prawda? – Lekko odciągam materiał na boki, jednak zamek trzyma. Teraz Przemko się pcha, aby własnoręcznie popraktykować owego cudu. Po chwili muszę ich mitygować, żeby mi nie rozwalili suwaka i przy okazji nie opalili „ptaszka” kagankiem. Skazany byłbym wtedy na łażenie z rozpiętym rozporkiem, nie licząc oparzeń. Niezbyt zachęcająca perspektywa!

Wchodzimy do domu. Mirko odpala smolną szczapkę i zatyka w specjalnym uchwycie. Ta przynajmniej daje więcej światła. Przy jej blasku oglądają jeszcze raz suwak z bliska, a potem kuszę. Dziwią ich śruby, którymi jest przymocowane strzemię do łoża. Muszę zademonstrować, jak się broń naciąga i strzela. Czynię to bez bełtu. Pewnie bym go już nie wyrwał ze ściany.

– A wy potraficie strzelać z łuku?

– A jużci!

– Weźmijcie więc łuki Stroimira i Obra, a jutro troszkę postrzelamy. Teraz te łuki są już wasze. Tak samo koń Obra jest Mirku twój. Ja biorę kobyłę Stroimira. Tylko widzicie, w mych czasach już się nie jeździ konno. Do jeżdżenia mamy takie różne maszyny, o których opowiem innym razem. Konie jeszcze są – dodaję szybko, uprzedzając ich pytania – wszakże jest ich już niewiele, dlatego nie każdy może na nich jeździć. (Nie będę przecież gadał o klubach jeździeckich, gdyż znów bym z godzinę musiał rzecz całą tłumaczyć).

– Zatem od jutra wy mnie zaczynacie uczyć, jak się z koniem obchodzić i na nim jeździć. W zamian i ja mogę was czegoś nauczyć z mych czasów. Ale o tym – potem. Na dzisiaj wystarczy.

Widzę, że chcieliby jeszcze słuchać, a słuchać – cóż, kiedy na dzisiaj mam dosyć.

– Jutro także będzie dzień, a po nim następne. Czasu nam nie braknie. Naopowiadam jeszcze tyle, że będziecie mieli dosyć. A teraz pójdźmy już spać.

Nazajutrz wstajemy dosyć wcześnie. Po skromnym śniadaniu idziemy w las, żeby zobaczyć miejsce mojego rodzinnego domu. Chłopaków aż rozpiera z ciekawości. Musieli jeszcze przed zaśnięciem długo gadać o usłyszanych dziwach. Zwiedzę zatem teraz z nimi naszą „posiadłość” z przeszło tysiącletnim wyprzedzeniem. Ciekawe czy teren przyległy do naszego ogrodu bardzo się różni od tego jaki zapamiętałem?

Odnajduję ów niewielki pniak, przy którym onegdaj wylądowałem. To tutaj, mniej więcej, będzie kiedyś przebiegała ścieżka przed domem. Wobec tego parę kroków ku północy jest przyszłe miejsce naszego domu. Teraz grunt jest tutaj bardziej nierówny, lecz tak samo opada – zrazu łagodnie, a potem już zdecydowanie – ku dolinie Kłodnicy. Chłopcy wpatrują się w ziemię, jakby chcieli ujrzeć ślady domu. Przecież to niemożliwe! Będzie tutaj dopiero w dalekiej przyszłości!

W miejscu naszego północnego ogrodu i dalej, gdzie kiedyś będzie Juchowa obora, teren jest równiejszy. Potem, nieco opadłszy, tworzy podmokłą dolinkę. Jednakże dalej pnie się już systematycznie w górę, aby ostatecznie osiągnąć kulminację „kępy”. Ale tam dzisiaj nie idziemy. Obiecuję to sobie po usypaniu kopca dla Jarki. Przy okazji podjemy jagód. Mam przy tym nadzieję zwiedzić dokładnie znane mi zakątki i porównać z tym, co zapamiętałem. Jak to dobrze, że z Tatą robiliśmy tyle wypraw po okolicy. Dzięki temu znam ją jak własną kieszeń. A i tę dalszą również zjeździliśmy na rowerach lub naszym łazikiem. Podczas niejednych wakacji zwiedzałem ziemię pszczyńską, a częściowo i cieszyńską, gdzie Tato prowadził roboty melioracyjne. Przyda się teraz też pasja podróżowania palcem po dziadkowych mapach sztabowych Górnego Śląska. Ileż to godzin, wspólnie z Tatą i Mirkiem, ślęczyliśmy nad nimi podczas zimy lub „nielotnej”, deszczowej pogodzie, powiększając sobie pole widzenia dużą prostokątną lupą. Mam dobrą pamięć wzrokową i wystarczy mi „przycisnąć” odpowiednią klapkę w głowie, aby żądany obraz został „wyświetlony”. Oj, przyda mi się to teraz! I nic to, że obecnie prawie wszędzie jest las. Przecież konfiguracja terenu oraz bieg wodnych cieków chyba znów aż tak nie uległy zmianie? Wiadomo, że spotkam znacznie więcej bagien i mokradeł. Ciekawym jak też wygląda „żabi kraj” wokół Pszczyny? Jeszcze przecież Tato odwadniał tam podmokłe grunty.

Wracamy podjąć przerwaną wieczorem pracę. Zatrzymuję się na chwilę w miejscu rodzinnego domu. Robi mi się smutno i łzawo. Tęsknie myślę o bliskich, którzy tam zostali. Jeszcze chwila, a będę ryczał jak dziecko. Zaciskam zęby i szybko podążam za chłopcami.

Mamy tylko dwie łopaty, wobec tego pracujemy na zmiany. Mirko zarzuca wędkę w rzece. Na razie ryba nie bierze. Niuk zrazu trochę łazikuje po przyległym borze, zaś później „nadzoruje” naszą pracę, leżąc na trawie. Po jakimś czasie Przemko zmienia Mirka przy wędce. My tymczasem kopiemy piach, ładujemy do wiklinowego kosza i sypiemy kurhan. Nagle Przemko wrzeszczy:

– Jest, jest! – Patrzymy na niego, w pierwszej chwili nie pojmując, dlaczego się tak wydziera. A on biedny zmaga się z wędką. Chyba złowił coś sporego? W jednej chwili, wywaliwszy piach z kosza, pędzimy z pomocą. Mirko wskakuje do wody. Zanurza kosz w toni i niebawem wywala na brzeg sporego szczupaka. Sądzę, że jeszcze chwila, a odpłynąłby w siną dal z częścią Mirkowej wędki.

– Ale smok! – Rzuca się konwulsyjnie w trawie. Niuk skacze wokół, ujadając. Będziemy mieli mnóstwo dobrego jedzenia. Przemko pędzi po łopatę i za chwilę szczupak już się nie ciska. Mirko czyni kurs do zagrody. Przynosi Stroimirowy oszczep. Zgrabnie zawieszają na nim zdobycz, po czym biorą na ramiona. Ogon dynda niemal przy ziemi! Wracają do domu, żeby zaraz rybę wypatroszyć i przygotować do pieczenia. Teraz przy kopcu popracuję sam. Ładuję kosz tylko do połowy, niosę na miejsce i wysypuję.

Niuk poszedł z chłopcami, łapiąc od czasu do czasu zębami szczupaka za zwisający ogon. Wraca jednak po jakimś czasie.

Nadal pracuję. Wilczysko widząc, że się nie zanosi na żadną nową zabawę, idzie pomyszkować w borze. Właśnie wracam z pustym koszem, gdy widzę je wychodzące zza drzew. Coś trzyma w zębach.

– Co to, jakaś szmata czy co? – Podchodzę sprawdzić. Niuk, jak zwykle, wietrzy w tym zabawę. Unik i galopuje w bok. Oddaliwszy się nieco staje, spoglądając w mą stronę, czeka bym go ścigał.

– Pokaż, Niuku, co masz?

Hyc – i już pędzi w przeciwną stronę. Mija trochę czasu nim ostatecznie pozwala się złowić i obejrzeć zdobycz. Jest to skórzany, zaciągany rzemieniem woreczek.

– Oj, ale ciężki! – Rozsupłuję rzemień i zaglądam do środka. Monety! Wyjmuję jedną, próbując zębem. Chyba srebro? No pewnie, że srebro! Świeża rysa lśni w słońcu. Na monecie widnieją takie dziwne zawijasy. Czyżbym miał do czynienia z monetą arabską? Zaraz, zaraz, jak to się nazywało? Myślę intensywnie przez chwilę i na koniec mam! Dirhem – przynajmniej tak głosił napis pod zdjęciem podobnych monet w książce o Polsce wczesnośredniowiecznej, czy też starożytnej. Pamiętam, jak Tato pokazując mi to zdjęcie rzekł, śmiejąc się, iż wcale by się nie zmartwił znajdując takich cały garnek.

Skąd Niuk wytrzasnął ów skarb? Trzos zawiera czterdzieści trzy monety i ma to już swoją wagę. Sam woreczek nie jest zbytnio zniszczony i wygląda na to, że niezbyt długo leżał w lesie. Któż mógł go tam posiać? Któryś z ludzi Radosza? Ee, chyba nie. Przecież tam prawie nie chodzili. Któż by zresztą normalnie nosił przy sobie tyle grosza? I w tym momencie błyska mi w głowie, że owszem – był jeden taki – Stroimir. Ten pewnie dysponował większą gotówką. Najpewniej trzymał trzos za pasem, który mu ściągnąłem. Zatem trzos wysunął się zza pazuchy, gdy ludzie Radosza ciągnęli go za nogi do grobu. Ma jednak drab gest – tak dobrze zapłacić za tak nędzny pogrzeb!

Jeżeli to własność Stroimira – myślę, teraz jako łup należy do mnie. Przecież to ja go pokonałem. No, może nie ze wszystkim, lecz po co Niukowi dirhemy? Zresztą, gdy będzie trzeba, to się z nim sprawiedliwie podzielę – uspokajam sumienie. Chowam mieszek w lewej kieszeni spodni, postanawiając skarb złożyć na stryszku z resztą mych rzeczy.

– Dobry Niuk – chwalę psisko – przyniósł panu zgubę! Dobry piesek – głaszczę jego czarną łepetynę.

Po jakimś czasie wraca Mirko. Ryba jest już wypatroszona i poćwiartowana. Przemko ją upiecze.

Nadal sypiemy kurhan, lecz robi się coraz cieplej. Uznajemy chwilowo przerwać robotę i wrócić do domu. Do południa pozostały jeszcze dwie godziny. W sam raz wystarczy na pierwszą lekcję konnej jazdy.

Przywiązuję Niuka przy warsztacie garncarskim. Mirko przyprowadza pasącego się dotychczas pod lasem Stroimirowego wierzchowca, bierze uprząż i odbywa się lekcja siodłania. Po paru próbach nawet mi to wychodzi. Dobrze, że klaczka jest cierpliwa i spokojnie stoi. Następnie demonstruje mi wsiadanie i zsiadanie, a na koniec jazdę. Przyprowadza też drugą kobyłę i tę siodłam już bez jego pomocy.

– Uff! – Egzamin zdałem chyba pomyślnie, gdyż niczego po mnie nie poprawia. Wsiadamy na szkapy i wolno jedziemy poprzez polanę. Mirko pokazuje mi jak siedzieć w siodle podczas jazdy, by amortyzować każde stąpnięcie wierzchowca. I tak odbywam próbną jazdę przez ponad godzinę. Wprawdzie nie jestem oznaczony literą „L” na niebieskim tle, ale nie ma komu wlepić mi mandatu za to wykroczenie.

W końcu wracamy do zagrody. Od jakiegoś czasu odczuwam już głód. Myśl o pieczonej rybie sprawia, że ślina omalże nie kapie mi z ust. A w ogóle stwierdzam, iż obecnie mam o wiele lepszy apetyt i wcześniej jestem głodny. Zapach pieczonej ryby rozchodzi się po obejściu. Konie lądują w stajni, zaś Niuk odzyskuje wolność. Już wkrótce opychamy się rybą do woli. Pies również otrzymuje swoją, wcale słuszną porcję.

Poleniuchowawszy troszkę na kłodzie przed domem, ustalamy „rozkład jazdy” na popołudnie. Przemko wyruszy na Mirkowej klaczy do grodu. Dumnie przewiesza przez ramię łuk Awara. Pewnie będzie wzbudzał szczerą zazdrość wśród rówieśników. Obiecuje wrócić z mnóstwem podpłomyków, a i innego jadła mama mu przy tym pewnie także nie poskąpi. (Przemko ma jeszcze młodszego brata oraz dwie siostry, jednak on z rodzeństwa jest najstarszy). My zabieramy ze stryszku toporek i idziemy nad Kłodnicę. Wybrawszy miejsce na tamę – tam, gdzie rzeczka ma nieco wyższe brzegi i szerokość niecałych trzech metrów, ze suszek robimy sześć grubych pali o prawie dwumetrowej długości. Wbijamy je dębowym klocem parami przy brzegach i jedną w pośrodku nurtu. Zajmuje to nawet sporo czasu. Następnie szykujemy cieńsze żerdki. Wybrawszy łopatą w obu brzegach pionowe rowki na wysokości wbitych pali, wkładamy żerdzie, równocześnie upychając pomiędzy powstające żerdziowe ścianki darninę wyciętą moją „syrenką”. Grodza stopniowo rośnie w górę, coraz bardziej spiętrzając przepływającą wodę. Późnym popołudniem osiągamy wysokość około metra. Tyle wystarczy. Na koniec ubezpieczamy koronę tamy żerdkami przyszpilonymi do darni wypełniającej tamę. Woda z szumem przelewa się przez grodzę, tworząc niewielki wodospad

– Jutro, Mirku, musimy zrobić podpory od strony dolnej wody, no tutaj – pokazuję – żeby tama wytrzymała napór wody, gdy przyjdą deszcze. Wypada również umocnić dno na wypadzie, aby nam jej nie podmyło.

Pod wieczór wraca Przemko. Niuk oznajmia go już z daleka. Przywozi worek żywności. Z dumą pokazujemy nasze dzieło sztuki inżynierskiej. Wkrótce robimy także z niego użytek, chcąc przed snem zmyć z siebie brudy dnia. Po orzeźwiającej kąpieli kolacja smakuje w dwójnasób. Potem, już siedząc na kłodzie, długo opowiadam o przyszłych czasach. Ani żeśmy się obejrzeli, a tu już zapadł mrok. Ciepły wietrzyk szeleści pośród gałęzi wonnej lipy. Kończę zatem dzisiejszą porcję opowieści. Pora pójść spać. Czuję w gnatach trudy dnia. Chyba jutro będę miał niejakie trudności z chodzeniem.

Jak to przyjemnie wyciągnąć się na miękkiej słomie! Niuk wyhasawszy się za dnia, także jest spragniony odpoczynku. Po krótkiej modlitwie, sam nawet nie wiem kiedy, sen skleja me powieki. Śpię mocno przez całą noc i rano nawet nie pamiętam, co mi się śniło. Za to rankiem wstaję z posłania jak połamany. Każdy ruch wywołuje ból. Oj, sforsowałem się wczoraj! Muszę to jakoś rozchodzić. Nie wypada przecież chłopakom okazywać swej słabości. Pooszczędzam się trochę przy robocie i powinno przejść. Bylem nie wysiadł zupełnie. Zaś na samą myśl o konnej jeździe dostaję gęsiej skóry. Około południa zażyję kąpieli, to mięśniobóle pewnie ustąpią.

Oglądam ostrze „syrenki” po wczorajszym wycinaniu darni. Jest dosyć przytępione. Trzeba by naostrzyć. I oto już mam powód, aby na razie nie sypać kurhanu. Z powodzeniem mogą sami przy tym popracować. Przy śniadaniu pytam Mirka o osełkę, bym mógł wyostrzyć przytępiony miecz. Ustalamy też rozkład dnia: Pójdą teraz sypać kopiec i przy tej okazji zabiorą konie na łęg. Potem urządzimy małe strzelanie.

Zostaję z Niukiem w zagrodzie i kawałkiem piaskowca moczonym w wodzie ostrzę „syrenkę”. Pracuję na zwolnionych obrotach, gdyż bolą mnie gnaty. Po godzinie uznaję, że powinno wystarczyć. Dłuższą chwilę wypoczywam na kłodzie. W końcu zganiają mnie z niej wyrzuty sumienia. Z wczorajszego ogniska biorę niedopaloną szczapę, by na wrotach narysować tarczę. Idąc potem nad Kłodnicę, już z dalsza oceniam swą pracę. Ujdzie w tłoku! Na tle bramy zupełnie dobrze odbijają czarne, koncentryczne koła. Można więc urządzić zawody strzeleckie. Mam przy tym nadzieję wypaść w nich nie najgorzej.

Chłopcy nawet podgonili robotę. Piję wodę ze źródła. Mityguję Niuka chcącego się „pobawić” z końmi. Daje im spokój i po chwili już jest w wodzie. Ja tymczasem zmieniam Przemka przy robocie. Słońce wspina się po nieboskłonie, coraz bardziej przypiekając. Pot obficie rosi czoło.

Wzorem mych towarzyszy chodzę na bosaka, jednak moje stopy jeszcze do tego nie przywykły i co rusz coś mnie kłuje.

Po jakimś czasie oddaję łopatę Przemkowi. Jeszcze parę koszy piachu i można powiedzieć, że kurhan jest gotowy. Uklepujemy jego powierzchnię, czyniąc tak zwaną końcową kosmetykę. I wreszcie koniec! Z uczuciem ulgi rzucam łopatę. Zdjąwszy z siebie resztę odzieży, zachodzę nad wodę. Po ochlapaniu wskakuję do wody. Z rozkoszą zanurzam się po szyję, a potem nurkuję. Cóż za ulga! Przepływam kawałek, prychając. Siadam na dnie, wystawiając tylko głowę nad powierzchnię wody. Niuk pływa obok. Znów nurkuję i płynę pod wodą. Wynurzywszy się, wołam psisko. Gdy podpływa – plum pod wodę i płynę w przeciwną stronę. I tak parę razy robię w konia biednego Niuka. Chłopcy zaśmiewają się na brzegu. Potem i oni lądują w rzece.

Po orzeźwiającej kąpieli wracamy do domu. Ukazuję z dala tarczę na wrotach. Teraz sobie postrzelamy. Odmierzam pięćdziesiąt kroków. Na razie taki dystans wystarczy. Rozpoczyna Mirko. W skupieniu naciąga Stroimirowy łuk. Wypuszczona strzała trafia w najmniejsze koło.

– Świetnie, Mirko!

Drugi strzał podobnie dobry. Trzeci nieco zbacza, lecz i tak się mieści w obwodzie trzeciego koła.

– Dobrze, Mirku, zupełnie dobrze!

Po nim w szranki wstępuje Przemko. Ten jest szybszy w działaniu. Raz, dwa, trzy – i już wystrzelone strzały tkwią w tarczy. Jedna – prawie że w samym środku, pozostałe w obrębie drugiego koła.

– Dobrze, Przemku! Tylko tak dalej.

Teraz moja kolej. Naciągam kuszę i zakładam bełt. Cofam się o następne pięćdziesiąt kroków. Strzał będzie trudniejszy, ale przy strzelaniu z krótszego dystansu miałbym trudności z wyrywaniem bełtów z wrót. Przykładam kolbę do ramienia. Tylko, Sławku, nie spudłuj! Krótkie celowanie – i brzdęk! Bełt, drżąc jeszcze końcem, tkwi w środku tarczy. Drugi trafia także w środkowe koło, jednak bardziej z boku. Trzeci – pod celem, w obrębie drugiego koła. Z trudem wyrywam bełty głęboko tkwiące w drewnie. Trzeba będzie je wyklepać.

Cofam się jeszcze kilkanaście kroków i oddaję strzał. Trafia w drugie koło, licząc od środka. Jestem z siebie zadowolony.

– Widzicie, taka jest różnica pomiędzy kuszą i łukiem. Można z niej strzelać dalej, chociaż z łuku robi się to szybciej. No cóż, wszystko ma swe dobre i złe strony.

Po strzelaniu Mirko z Przemkiem zabierają się za pitraszenie obiadu. Biorę parę jajek, oklejam warstwą gliny, po czym wkładam w żar. Wyjmuję z kieszeni zegarek, aby ustalić czas pieczenia. Patrzą z ciekawością.

– Aha – śmieję się – jeszcze nie pokazałem zegarka. To jest takie coś, co mierzy czas i pokazuje, która godzina. No, wiecie – czy jest rano, południe lub wieczór. – Tu muszę znów zrobić wykład o podziale czasu na godziny i minuty, a następnie demonstruję zegarek, objaśniając czym co jest. Z nabożeństwem biorą go do ręki i patrzą na skaczącą dookoła cyferblatu czerwoną wskazówkę sekundnika. Przykładam im zegarek do ucha. Zdziwienie! Ostrzem noża ostrożnie otwieram wieczko z tyłu, żeby zobaczyli, iż to nie duch tam chrobocze. Z ciekawości omal nie wlezą do środka. Ze zdziwienia kręcą głowami. Zamykam wieczko. Przemko dostrzega kompas na pasku i pyta, cóż to takiego? Znów mały wykład. Nie bardzo jednak wierzą.

– Zawsze strzałka wskaże północ?

– Sami sprawdźcie!

Z zapałem biorą się za kompas, chcąc go zmylić. Obrót w lewo, w prawo, dwa pełne obroty, kluczenie – niestety igła zawsze wraca w położenie ostateczne, wskazując północ. W końcu rezygnują i dają sobie spokój z myleniem kompasu. No, to znów się czegoś nauczyli.

Tymczasem jajka już się chyba upiekły na kamień. Szybko wygrzebuję z żaru wypalone, czerwone kule. Wypada troszkę poczekać aż przestygną. Problemem jest brak soli. Cały jej zapas został zrabowany podczas uprowadzenia Unisława.

Raptem coś mi zaczyna świtać w głowie. Przecież Tata coś tam kiedyś opowiadał o solankowym źródełku. Jak to było? Marszczę czoło myśląc intensywnie, żeby sobie przypomnieć. Chyba, gdzieś na drugich „dębach”? Tak, Tato mówił, że jeszcze w czasach jego dzieciństwa takie słone źródełko biło przy końcu płytkiego jaru, którego brzegi porastały dęby – stąd nazwa „dęby”. Jary były dwa – idąc w kierunku źródeł Kłodnicy. Muszę więc rzecz jak najrychlej sprawdzić. Może już tam będzie? Wtedy problem soli, pewnie trudno osiągalnej i dlatego tak cennej, że ją warto zrabować, zostałby rozwiązany.

Chłopcy warzą w garncu kaszę i nad ogniem pieką kawał mięsiwa. Wystarczy dla wszystkich. W oczekiwaniu na obiad raczymy się pieczonymi jajkami. Zupełnie dobre – tylko ten brak soli! Jedynie Niukowi w niczym to nie przeszkadza.

Przy obiedzie zamieniam się w spragnionego wiadomości o obecnych czasach. Wprawdzie to oni woleliby nadal słuchać frapujących opowieści z przyszłości, lecz te obiecuję im na wieczór. Przy okazji pytam czy potrafią się posługiwać mieczem?

– Trza nim ciąć.

– To za mało! Musimy się zatem zabrać i za naukę fechtunku. Wiem cokolwiek o tym, za to brak mi treningu. Połączymy więc jedno z drugim. Wpierw jednak druga lekcja konnej jazdy. – Decyduję się na nią, chociaż wciąż odczuwam w kościach trudy wczorajszego dnia. Chłopaki idą po szkapki. Tym razem, już zupełnie samodzielnie – bez nadzoru – siodłam moją. Muszę jej nadać jakieś imię – myślę.

Może by ją tak nazwać imieniem ulubionej ojcowskiej SHL -ki2? Tak, to by nie było takie złe.

– Mój koniku, będziesz się od dzisiaj nazywał Ilvą. A więc Ilvo ruszaj do przodu, tylko mnie przy okazji nie zrzuć z grzbietu!

Dzisiaj jazda wychodzi mi już cokolwiek lepiej, chociaż czuję każde stąpnięcie konia.

– O mój biedny tyłek, chyba jest zupełnie odbity! – Mimo wszystko jeździmy prawie dwie godziny. Na koniec już mamy wracać do zagrody, gdy przypominam sobie o słonym źródle. Pomimo późnego popołudnia nadal jest parno i duszno. Niezbyt mi się chce dokądkolwiek jeszcze jechać. Może by zatem zrezygnować z poszukiwań?

– Ee, jeżeli już o tym pomyślałem, nie ma co sprawy odkładać. Trzeba spróbować. Gdyby się udało, to byłaby duża rzecz.

– Mirko, pojedźmy jeszcze skrajem boru wzdłuż Kłodnicy na wschód. (O tym, że rzeczka nazywa się Kłodnicą, to im dopiero ja powiedziałem). Wkrótce mijamy jar pierwszych „dębów”. Środkiem płynie wartki strumyk. Jedziemy dalej. Niebawem powinien być drugi jar. Omal go minęliśmy nie rozpoznając! Dolina Kłodnicy jest już bardzo płytka, zaś wylot jaru dosyć szeroki i zarośnięty krzakami. Gdy jednak pod końskimi kopytami zachlupotała woda, zeskakuję z Ilvy i kieruję się w las. Po kilku metrach przedzierania pomiędzy zaroślami wiem, że jestem na dobrym tropie. Przede mną strome brzegi niezbyt głębokiego jaru. Krzyczę do Mirka, aby na mnie poczekał, a sam podążam dalej, pilnie wypatrując śladów źródełka. W pewnym momencie widzę małe – u podnóża zachodniej skarpy. Z sercem pełnym nadziei schodzę w dół i kosztuję wody. Niestety słodka. Idę dalej. Jar wkrótce się kończy, lecz strumień nie. Idę za jego biegiem, jednak z coraz mniejszą nadzieją w sercu. Raptem dostrzegam wąziutki strumyczek srebrzący się pośrodku piaszczystej łachy. Serce żwawiej uderza. Czyżby? Przyklękam i zaczerpnąwszy dłonią wody, kosztuję. Jaka to boska rzecz poczuć znowu na języku smak soli! Ucieszony wracam do Mirka. Już się niecierpliwi.

– Mirko, mam coś ciekawego. Czy w domu znajdzie się duży gar, albo też wór na wodę?

– Ano w jukach Stroimira takowy był.

– Wracajmy zatem po niego póki jasno.

Wskakuję na Ilvę i bierzemy powrotny kurs. Mirko rad by wiedzieć po cóż mi ten bukłak3?

– Poczekaj, to niespodzianka!

Niuk na nasz widok robi tyle hałasu, że go zaraz odwiązuję z postronka. Gania jak szalony, zaś później – z wielkiej radości – omalże mnie nie przewraca.

– Biedny piesek! Paskudny pan go zostawił – żałuję nieboraka. – Teraz już cię wezmę ze sobą, tylko nie płosz konia.

Mirko przynosi skórzany bukłak. Przemko również chce zobaczyć niespodziankę. Siadają więc razem na Mirkową Strzałę i w drogę. Ucieszony Niuk gania wokół nas. Zrazu denerwuje to wierzchowce, lecz z czasem przywykły. Wnet osiągamy drugie „dęby”. Tutaj Przemko zostaje przy koniach, a my wraz z Niukiem podążamy skrajem jaru. Na miejscu proszę Mirka, żeby skosztował wody ze źródła.

– Słona! Sławko, skąd wiedziałeś?!

– Przecież jestem z przyszłości! Lecz już za moich czasów go nie było. Za to pamiętał je ojciec ze swych dziecięcych lat, pomyślałem więc, że może i we waszych czasach już tu bije? Okazuje się, że miałem rację. Mamy zatem własną sól.

Czerpiemy solankę do wora. Trwa to dosyć długo. Niuk też się chce napić, lecz po pierwszym łyku odchodzi z obrzydzeniem. Wracamy do Przemka, taszcząc pełen bukłak. Odlewamy trochę do kubka i dajemy skosztować. Reaguje podobnie jak Mirko.

Droga powrotna nie zajmuje wiele czasu. Przed wprowadzeniem koni do stajni rozkulbaczmy je i wycieramy wiechciami trawy. Jutro zaś odparuje się trochę solanki na dużej misie i zobaczymy, ile z tego będzie soli?

Duszny dzień dobiega końca. I chociaż z wieczora rusza się lekki wiatr, nie na wiele się to zda. Wprawdzie zażyliśmy kąpieli w naszym zalewie, lecz niestety przy panującej duchocie nie na długo to wystarczyło. Niukowi jest znacznie lepiej. Jego futro schnie dłużej, skutecznie chłodząc go w tym czasie. A i tak już dwukrotnie chłeptał zimną wodę ze swej michy.

Po wieczerzy siadamy na kłodzie. Obok stoi gliniany dzban z zimną, źródlaną wodą. Co jakiś czas raczymy się nią, pociągając wolno chłodny napój drobnymi łyczkami. Znów opowiadam o moich czasach. Nie za bardzo to im się mieści w głowach, ale wierzą bez zastrzeżeń, co chwilę się czemuś dziwując. Chyba zejdzie jeszcze sporo czasu nim przywykną i przestaną się dziwić.

Zapada zmierzch. Siedzimy w ciemnościach. Niuk rozłożył się obok na kłodzie i śpi w najlepsze, od czasu do czasu głośniej posapując. W końcu zaczynam odczuwać w gardle skutki długiego gadania, zatem na dzisiaj wystarczy.

– Pójdźmy spać. Jutro także będzie dzień.

Wstajemy. Mirko wchodzi do domu i odpaloną od żaru szczapką zapala mój kaganek.

– Dobrej nocy moi mili przodkowie – śmieję się. – A zamknijcie dobrze drzwi, by was jakieś licho nie porwało!

Wchodzę z Niukiem do stodoły i zdmuchnąwszy lampkę, lokujemy się wygodnie na słomie. Chociaż jestem solidnie zmachany nie mogę zasnąć. Przewracam się z boku na bok. Niestety w stodole jest duszno. W końcu opuszczam legowisko, a szeroko otwarłszy obie połówki drzwi, zabezpieczam je kołkami przed niespodziewanym zamknięciem.

– No, teraz powinno być znośniej! Gdyby się jeszcze wiatr ruszył, wywiałby stąd tę duchotę.

Wracam na swe miejsce. Raptem przypominam sobie, że się przecież jeszcze nie pomodliłem. Nadrabiam zaniedbanie, klęcząc na słomie. Przecież jest za co dziękować, a jeszcze więcej tego, o co by prosić! Skończywszy, na powrót się kładę. Patrzę w otwarte drzwi stodoły. Niebo ciemne – ani jednej gwiazdki. Ho, ho – czyżby się miało na burzę? Miejmy nadzieję, że dach nie okaże się sitem? Wprawdzie jest duszno, lecz zawsze to niezbyt przyjemne, gdy człowiekowi kapie za kołnierz.

– Aha, przecież nie mam kołnierza w tej nowej koszulinie – przypominam sobie w porę. – Wobec tego nie za kołnierz, tylko za kark – poprawiam dla ścisłości.

Ostatecznie trudy dnia dają znać o sobie. Zamykam oczy i jakoś zasypiam. We śnie, jak koszmar, jeszcze raz powraca walka. Stroimir z Obrem mnie gonią, usiłując złapać. Uciekam. Robi mi się coraz cieplej. Za gorąco! Zaczyna brakować tchu. Dalej już nie zwieję! Łapię za rękojeść „syrenki”, żeby się bronić. Szarpię za miecz, usiłując go dobyć z pochwy. Strasznie opornie wychodzi! Zupełnie jak gdyby miecz coś trzymało. Szarpię rozpaczliwie. Draby są tuż, tuż, szczerząc zęby w złym uśmiechu. Czuję się jak mysz w pułapce. Nareszcie wyszarpuję miecz, zasłaniając się przed spodziewanym ciosem.

– Niuk! Niuk! Gdzie jesteś? Pomóż!

Stroimir sięga do pasa. Co to? Wyjmuje pistolet i kierując lufę we mnie, strzela. Huk wystrzału! Zrywam się nieprzytomny z posłania. Wokoło ciemno. Niuk unosi głowę. Leży tuż przy mnie. Uff, oddycham z ulgą. To tylko sen! Chyba psisko tak mnie dogrzewało? W tym momencie boży świat rozświetla jaskrawy blask błyskawicy, a po chwili huk i dudnienie, jak gdyby ktoś toczył puste beczki po strychu. Niuk tuli się do mnie.

– Nie bój się piesku, to tylko burza. Niech sobie huczy! – Zastanawiam się chwilę czy by nie zamknąć drzwi? Niestety w środku nadal jest duszno. Są dobrze podparte, więc im nic nie powinno zaszkodzić.

Następny błysk i huk gromu – o wiele prędzej niż poprzednio. Rusza się wiatr. Wpierw dmuchnął nie za mocno, zamilkł i po chwili rusza ze zdwojoną energią. Zaszumiały drzewa. Znów błysk! W świetle błyskawicy widzę gałęzie naszej lipy tańczące w gwałtownych porywach wiatru. Następny błysk i zaraz, prawie równocześnie z nim huk gromu. Słyszę jak spadają pierwsze, jeszcze rzadkie, lecz chyba duże krople deszczu. I znów grom! Teraz to już niebo gwałtownie otwiera swe podwoje i zaczyna zdrowo lać. Siedzę na posłaniu i głaszczę tulące się psisko – wilczysko. Tylko czekać aż zacznie nam ciurkać na głowy przez te badyle! Jednak „badyle” okazują się zupełnie nieczułe na zakusy ulewy. Chociaż już leje dłuższą chwilę, nic nam na głowy nie przecieka. Owszem, zaczyna lać, ale z dachu. Kwadrat drzwi, rozświetlany co chwilę błyskawicami, zasnuwa przeźroczysta kurtyna strumyków lejącej się ze strzechy wody. To tak, jak byśmy na świat spoglądali zza małego wodospadu. Nareszcie robi się chłodniej. Kładę się na posłaniu i przykrywam derką.

– Śpij, Niuku, to zwykła burza. Nie bój się! – Zamykam oczy. Jak fajnie zasypiać, gdy tak się splatają szumy wiatru i gęsto padającego deszczu. Naciągam derkę aż po szyję, kładę rękę na łbie wilczyska i zasypiam.

Powtórnie budzi mnie warczenia psa tuż przy uchu. Otwieram oczy. Deszcz przestał padać i przez otwarte drzwi widzę rozgwieżdżone niebo. Jak na nów, jest nawet jasno. Spoglądam na Niuka – dlaczego warczy? Często mu się zdarza tak robić przez sen albo i też nawet szczekać oraz przebierać łapami w wyśnionym galopie. Jednak teraz nie śpi. Podniósł łeb, wietrzy i znów cicho warczy, a potem : „muf” – ciche szczeknięcie, bardziej podobne do parsknięcia.

– Cicho – mówię uspokajająco. – Co ci to? Wyniuchałeś coś? Cicho, nie budź Mirka i Przemka! Chłopcy śpią – wiesz? Cicho, nie szczekaj!

Pies jednak jest najwyraźniej czymś zaintrygowany. Nadal węszy i znów cicho warczy. Głaszczę go po łepetynie i znów się chcę doń odezwać, lecz raptownie mi ta chęć przechodzi. W słabej poświacie, kątem oka dostrzegam cień prześlizgujący się przez płot – tuż przy słupie bramy. Zaciskam dłoń na mordzie Niuka.

– Cicho – syczę. Spokój! – Drugą ręką obejmuję psa za szyję. Pochylona postać zbliża się do domu. Mrużę lekko oczy, żeby lepiej widzieć. Wprawdzie pod wystającym dachem chaty jest ciemniej, ale na tle stosunkowo jasnych ścian dostrzegam jak przesuwa się od drzwi w stronę okna. Może próbował, czy też drzwi nie są zamknięte, a zastawszy je zaparte, teraz ma zamiar wleźć do środka przez okno?

– To pewnie złodziej! Musi więc być mieszkańcem Radoszowych włości, gdyż tylko tam już wszyscy wiedzą o porwaniu rodziny Unisława. Ba, lecz wiedzą także, że zagroda została obrabowana z wszelkich cenniejszych przedmiotów – przypominam sobie natychmiast. Po cóż by ktoś lazł tutaj po nocy i to przy takiej pogodzie? Taki kawał drogi dla wątpliwego łupu?

Nagle czuję, jak tysiąc mrówek wędruje mi przez plecy, gdyż w tym momencie, krótkim jak błysk, uświadamiam sobie, że musi to być człowiek Stroimira. Mocniej zaciskam dłonie na Niuku. Że prędzej o tym nie pomyślałem! Przecież zapewne uzgodnili jakiś termin powrotu. Termin minął, zaś Stroimir z Awarem i jeńcami nie przybyli.

– No i co byś wtedy Sławku uczynił? Najpewniej posłałbym kogoś lub nawet i paru, jeślibym dysponował większą liczbą ludzi, żeby rozeznali, co jest grane? – Robi mi się gorąco z emocji.

– Jest tylko jeden, czy też kilku i teraz reszta czeka za bramą albo i w pobliskim lesie na wynik zwiadu? – Niestety kwestii tej już nie zdążyłem rozważyć, gdyż Niuk gwałtownie startuje, wyrywając się z mych objęć i jak wystrzelony wylatuje ze stodoły. Macam szybko za mieczem. Jest! W ręku wyczuwam chropowatą, sznurkową rękojeść „syrenki”. Jeden ruch i już jestem przy wrotach stodoły.

Bezgłośny, nagły atak Niuka właśnie osiąga finał na plecach niespodziewającej się tego postaci przy oknie domu. Gwałtowne rąbnięcie głową w okno, które nie wytrzymuje takiego potraktowania.

Wściekłe warczenie Niuka, trzymającego za kark nieproszonego gościa. Podbiegam w chwili, gdy napadnięty już zdołał się wyswobodzić z okiennej pułapki i usiłuje teraz wyrwać się swemu prześladowcy. Sięga ręką do pasa. Czyżby po nóż?!

Ciach „syrenką” przez łapę! Już nie sięga. Ręka się rozprostowuje. Łup płazem miecza w łepetynę i pan ciekawski osuwa się na ziemię. Chyba mu zbyt mocno nie przyłożyłem? Niuk, warcząc wściekle, szarpie go za nogę. Po chwili otwierają się drzwi. Wygląda z nich Mirko, trzymając w ręku Stroimirowy „szpikulec”. Za nim wychyla się Przemko.

– Już dobrze, dajcie światło! Przemko, bierz łuk i pilnuj! Wszak może nie być sam.

Przy blasku łuczywa rzucam okiem na leżącego. Ze zranionej ręki cieknie krew.

– Mirko, daj wodę i czystą szmatę. – Teraz mam zdecydowanie więcej czasu, aby się przypatrzeć naszemu jeńcowi. Długie, ciemne włosy oraz niezbyt jeszcze gęsty zarost nie są w stanie postarzeć młodej twarzy. Oceniam go na dwadzieścia, najwyżej dwadzieścia dwa lata. Ubrany w skórzany kubrak, ściągnięty pasem ze srebrną klamrą. U pasa, po prawej stronie, długi nóż, z ładną, rzeźbioną rękojeścią. Miecza brak, chociaż z lewej strony pasa wisi na niego troczek. Spodnie z grubego materiału ma wpuszczone w krótkie cholewki z miękkiej skóry, u góry ściągnięte rzemieniem. U butów niewielkie szpikulce ostróg. A więc jeździec. Jego czapkę znajdujemy później w izbie pod wywalonym oknem.

Odpinam jeńcowi pas. Gdy Mirko wraca z „środkami opatrunkowymi”, obmywam ranę na prawej ręce. Nie wygląda mi to na przecięcie żyły. Ma szczęście. Mocno bandażuję ranę podartym na paski szorstkim płótnem.

Drab nadal jest nieprzytomny. Zaniepokojony przykładam ucho do piersi, jednak serce bije równo.

– Uff – oddycham z ulgą.

– Wnieśmy go do izby. Nie będziemy tu nad nim sterczeć do rana! – Przywołuję Przemka, żeby nam w tym pomógł.

– Godziło by się go powiązać – stwierdza Przemko.

– A jużci – odpowiada Mirko, podając postronki – chyba te Stroimirowe. Dobrze, przydadzą się, chociaż nie na tych, dla których je przeznaczono. Krępujemy wpierw nogi, a następnie i ręce, lecz tu uważam, żeby nie zrobić tego zbyt mocno. Przecież ma ranną rękę. Obmacuję także jego głowę. Rany brak, za to guz ma wcale pokaźne rozmiary. Wobec tego robię mu okład z zimnej wody.

Niechaj sobie poleży do rana na polepie. Chociażby i chciał, nie ucieknie. Najwyżej sobie powrzeszczy.

– Przemku, zauważyłeś coś przy wrotach?

– Ano nie. Ślepił żem nad płotem, wszakże nikogo na polanie było.

– A jego koń?

– Takoż nie widać. Pewnie w boru ostawił.

– Rano znajdziemy, chyba żeby nie był sam. Wtedy do rana wiele się może wydarzyć.

Wychodzimy z izby. Włażę na stryszek po kuszę i kołczan z bełtami. Zabieram także hełm i schodzę. Tymczasem Przemko już się wdrapał na lipę, nie zapominając o zabraniu łuku.

– Jeśli coś zauważysz, to psykaj. Usłyszymy. Zwracaj uwagę i na tyły obejścia. Ja stanę przy wrotach. A strzelaj tylko wtedy, gdy będziesz pewien strzału. Nie możesz nie trafić!

– Ty, Mirku, zostań w izbie przy otwartych drzwiach. Przy okazji będziesz miał oko na draba. Może się ocknie i coś nam powie?

Zajmuję stanowisko, chowając głowę za grubym słupem bramy. Spozieram na polanę, lecz nic tam się nie dzieje. Niuk kręci się u stóp kłody – zwyżki, na której stoję, potem podąża do Mirka, kładzie się na kłodzie przed domem i po chwili już śpi, zwinięty w kłębek. Tak mi się wydaje, że tej nocy nic więcej już nie będzie nas niepokoiło. Ale, na wszelki wypadek, do brzasku pozostajemy na stanowiskach.

Zaledwie ranne zorze rozjaśniły okolicę, schodzimy się w izbie. Nasz jeniec jest przytomny, jednak nic nie mówi. Poimy go kubkiem zimnej wody i sprawdziwszy pęta, wychodzimy przed dom. Wypada się naradzić, co dalej czynić? Ostatecznie staje na tym, że z Przemkiem wyjdziemy na polanę rozglądnąć się po najbliższej okolicy. Przemko wyjdzie wrotami, zaś ja od tyłu – przez płot i będę go osłaniał. Jedyny kłopot z Niukiem. Pewnie nie będzie chciał zostać w obejściu. Robimy zatem przy ziemi otwór w płocie, przez który wyjdzie na zewnątrz.

Przeskakuję płot. Pies bez kłopotów wychodzi za mną. Wziąwszy go na długi powróz, wnet niknę w lesie. Kryjąc się za drzewami, pomykamy blisko skraju boru, mając cały czas na oku polanę i Przemka kroczącego ścieżką. Przy tym pilnie spoglądam w las, czy aby tam nie dostrzegę jakiegoś podejrzanego ruchu? Ale na razie wokoło panuje spokój. Ptaki śpiewają i nic się nie dzieje.

Jesteśmy już na zachodnim skraju polany, skąd w stronę Radoszowego gródka odchodzi droga, a właściwie nie droga, lecz taka szersza ścieżka. Uzgadniam z Przemkiem, że pójdzie jeszcze kawałek ścieżką, ja zaś będę go nadal ubezpieczał.

Ruszamy. Zaledwie oddaliliśmy się nieco od polany, gdy słyszę parsknięcie konia. Przypadam do ziemi. Niuk ciągnie do przodu. Skracam linkę do minimum i ostrożnie idę za nim. Po chwili dostrzegam ciemnobrązowego konia przywiązanego do drzewa. Wzrostem jest taki jak nasze – zdobyczne. Przywołuję Przemka:

– Zbadaj trop – tylko ostrożnie i nie daj się złowić! A wrzeszcz w razie czego. Poszedł. Niuk rwie się do konia.

– Spokój Niuku! Nie wolno!

Koń również jest podenerwowany obecnością psa. Przy siodle wisi łuk i kołczan pierzastych strzał. Ponadto juki, zza których sterczy rękojeść i jelce zatkniętego tam miecza.

– Aha, zostawił go, żeby nie przeszkadzał w podchodach.

Czekam na Przemka. W końcu wraca.

– Tylko jeden koń, czyli jeden jeździec.

– Dobrze. Bierz konia i wracaj do Mirka.

Gdy odjechał, odczekawszy dłuższą chwilę, puszczam Niuka. O dziwo, wcale nie pognał za koniem. No, to się już do nich przyzwyczaja. Tylko tak dalej! A i konie muszą przywyknąć do jego obecności. Przecież nie będziemy wciąż siedzieli tylko na Unisławowej polanie!


 

1 kiej – jak.

2 SHL-ka – popularny motocykl produkowany w Zakładach SHL w Kielcach. (SHL – skrót: Suchedniowskie Huty Ludwików).

3 bukłak – worek na wodę.

Udostępnij

Share on facebook
Facebook
Skip to content