ODCINEK 4

Kiedy ranne wstają zorze, Tobie ziemia, Tobie morze, Tobie śpiewa żywioł wszelki: bądź pochwalon Boże wielki! – nucę pod nosem, schodząc wcześnie rano ze stryszku po archaicznej drabinie. Po wczorajszym deszczu bór lekko paruje, zasnuty mgiełkami srebrzącymi się pomiędzy pniami drzew. Sprawdzam godzinę na zegarku. Jest dziesięć po czwartej.

Spałbym zapewne, gdyby nie trochę makabryczny sen powodujący gwałtowne przebudzenie:

Szedłem niezbyt szeroką drogą przez las. W pewnym miejscu droga zaczyna opadać w niewielką dolinkę. Drzewa, dotąd gęsto rosnące dookoła, raptownie się rozstępują, tworząc rozległą polanę pokrytą zielonym dywanem najprzeróżniejszej roślinności. Widnieją na nim nieregularnie porozrzucane plamy różnokolorowego kwiecia. Gdzieniegdzie ponad ów dywan wystrzela w górę kępa krzaków. Po błękitnym niebie leniwie wędrują białe obłoki. Idę wolno, nie spiesząc się. Podziwiam okolicę. Pod stopami chlupocze błoto. Jestem już prawie że w pośrodku polany. Raptem słyszę krzyk. Staję, rozglądając się wokoło. Po lewej stronie dróżki, w odległości może pięćdziesięciu metrów, pośród barwnej kępy kwiatów siedzi łabędź, wyciągając ku mnie swą długą szyję. Macha skrzydłami, jak gdyby chciał ulecieć, lecz jakoś nie może się wzbić w górę. Czyżby go coś przytrzymywało?

Znów krzyk. Od kiedy to łabędzie krzyczą ludzkim głosem? Raptem ze zdziwieniem stwierdzam, że to przecież nie łabędź, tylko dziewczyna z długim, jasnym warkoczem siedzi w tych kwiatkach i czegoś ode mnie chce. Słyszę wołanie, jednak nie potrafię rozróżnić słów. Chyba prosi bym do niej podszedł? Nie namyślając się długo zbaczam z drogi i brodząc w bujnych trawach, idę ku niej. Gdy jestem już obok, jej twarz rozjaśnia uśmiech. Wyciąga do mnie rękę. Odwzajemniam tym samym. W momencie, gdy nasze ręce się spotykają z przerażeniem stwierdzam, że trzymam w dłoni rękę kościotrupa. Równocześnie coś mnie łapie za nogi i ciągnie w głąb. Puste oczodoły czaszki wciąż na mnie patrzą, a zęby szczerzą się w upiornym uśmiechu. Chcę oswobodzić rękę, jednak nie potrafię. Zaciśnięte na mej dłoni białe palce szkieletu mocno trzymają. Szukając ratunku, łapię drugą ręką gałąź rosnącego obok krzaku. No i w tym momencie się budzę, dysząc gwałtownie. W uszach jeszcze nie przebrzmiał zdradziecki bulgot otwierającej się pod nogami czeluści.

– Uff, jak to dobrze, że to tylko sen! – Chwilę rozmyślam, co by mógł znaczyć ów wyśniony koszmar? Niestety nie dochodzę do żadnych sensownych wniosków. Wiadomo przecież, że tu prawie na każdym kroku jest bagno lub mokradło. Trzeba więc uważać, żeby się nie skąpać w jakiejś wrednej borowinie.

– Dobrze, będę uważał. – lecz o dalszym śnie już nie ma mowy. Jestem zupełnie rozbudzony. Lepiej zatem wstać i zaraz wcześnie z rana wytropić obóz „chwataczy”.

Postawiwszy stopę na ziemi stwierdzam, że i Czcibor także już jest na nogach. Bezceremonialnie budzę śpiących towarzyszy wyprawy.

– Wstawać kochani! Czas nie czeka!

Przekąsiwszy tylko podpłomykami z naszego wora i zapiwszy wodą, bierzemy kurs na przeprawę. Śniadanie zjemy po powrocie ze zwiadu. Jako uzbrojenie mamy tylko noże, łuki i kuszę. Miecze i reszta dobytku została u Czcibora. Początkowo chłopcy nie chcieli rozstać się z mieczami, ale w końcu uznali me racje, żeby nam tylko przeszkadzały w podchodach. Zastanawiałem się również nad udziałem Niuka w zwiadzie. Ostatecznie uznałem, że jeżeli już wraz wylądowaliśmy w tym świecie, to trzymajmy się razem, przynajmniej wtedy, gdy to jest możliwe.

Przed wyjściem Czcibor udzielił nam jeszcze kilku rad i pozwolił w razie wpadki przedstawić się jako krewni ze strony Żywisławy. Niby szukamy jego siedziby. Postanawiamy wszakże mocno być nad wyraz ostrożni i nie wpadać w ręce łapaczy. Ba, lecz zawsze przecież może się coś przydarzyć pomimo ostrożności. Zapewne nie na wiele nam się wtedy zda udawanie Czciborowych, a zarazem Gilowych krewniaków, jednak zawsze to jakaś słaba pociecha i rozsądne wytłumaczenie pobytu w tych stronach.

Dosyć szybko osiągamy przeprawę przez Małą Wisłę. Widocznie wczorajsza burza musiała przejść szerszym frontem, gdyż wody w rzece przybyło. Tak mi się przynajmniej wydaje. Rozbieramy się i zanurzeni powyżej pasa, dzierżąc swe odzienie w uniesionych do góry dłoniach, pokonujemy bród. Niuk puszczony luzem przepływa za nami. Woda nawet nie jest zimna. Na drugim brzegu chwilę ganiamy, chcąc trochę obeschnąć. Potem, już na powrót odziani, ruszamy dalej. Trzymam Niuka przy nodze na krótkim powrozie. Schodzimy z traktu i zgodnie ze wskazówkami Czcibora, ostrożnie zagłębiamy się w borze. Oczy i uszy otwarte, gotowe zarejestrować każdy podejrzany ruch i odgłos. Niebawem stwierdzamy, że jesteśmy na dobrej drodze. Przed nami, pomiędzy drzewami, wije się zupełnie czytelna ścieżka. Na mokrej ziemi widnieją liczne odciski końskich kopyt, a nawet i bosych oraz obutych stóp.

Chwilę zastanawiamy się czy by nie pójść ścieżką, lecz szybko rezygnujemy, słusznie sądząc, że gdzie jak gdzie, ale przy ścieżce na pewno wystawili czatę. Podążamy więc dalej, zostawiwszy ścieżkę z boku – po prawej stronie. Każdy uważnie patrzy pod nogi, aby przypadkiem nie przystąpić czegoś suchego. Trzask łamanego patyka niechybnie by wzmógł czujność wartownika.

W pewnym momencie czujemy dym. To chyba z obozu? Wiatr, po wczorajszym zachodnim, dzisiaj odmienił się na wschodni, z małym dodatkiem od południa. Wobec tego obóz musi być przed nami i bardziej z prawa, bliżej rzeki. Posuwamy się nadal w poprzednim kierunku. Jest szansa minięcia czaty przed obozem i zajścia go z boku. Czcibor przecież gadał, że dogodne do niego dojście wiedzie tylko z jednej strony. Jest zatem możliwe, że nie będzie tam warty i to nam da większą szansę rozglądnięcia się po okolicy.

Wolno pełzamy oddaleni od siebie o parę kroków. W razie gdyby jeden wpadł, reszta ma możliwość pospieszenia mu z ratunkiem lub też wycofania się w porę.

W gałęziach rozłożystego buka rosnącego przy ścieżce dostrzegam małą platformę z wartownikiem. Nawet sprytnie to urządzili. Z góry łatwiej lustrować najbliższą okolicę. Czatownik siedzi, opierając się o srebrzysty pień drzewa. Doskonale kontrastuje ciemnym ubiorem. Łuk wraz z kołczanem wisi na gałęzi. Nie wiem czy czuwa, czy śpi? Wolałbym to drugie.

Odpełzamy ostrożnie jeszcze bardziej w bok, aby mu zejść z oczu. Niukowi przykazuję spokój. Żeby mi tylko z czymś nie wyskoczył w tak nieodpowiedniej chwili! Mam nadzieję, iż nie zrobi mi tak głupiego kawału. Na wszelki jednak wypadek powtarzam mu co chwilę:

– Cicho Niuku! Szukajmy Stasia! (Wprawdzie to nie ten Stasio, którego zna, lecz mniejsza z tym). Cicho, bo nas złapią!

Pies wydaje się rozumieć, a może tylko instynktownie wyczuwa zagrożenie?

Teren staje się coraz bardziej podmokły. Żeby tylko się nie wpakować w bagno! Ale przecież bagno nie będzie porośnięte gęstym borem. Wkrótce jednak bór się kończy, ustępując miejsca niewysokim olszom i krzakom łoziny. Musimy zatem wziąć kurs bardziej na południe. Tam teren cokolwiek się podnosi.

Pełzamy ostrożnie przed siebie i oto nagle dostrzegam dym pomiędzy drzewami, zaś w następnej chwili widzę szałasy i spokojnie stojące konie w ogrodzonej żerdziami zagródce. Bliżej nie sposób podejść niezauważonym.

Jakiś czas podglądamy poranną krzątaninę w obozie. W pewnej chwili myślałem, że już po nas. Z obozu, wprost na nas, wyłazi jakiś rosły drab. Łapię Niuka za łeb i tulę do siebie. Przywieramy płasko do ziemi. Szczęściem zatrzymuje się opodal, kuca i uskutecznia dużą potrzebę. Doskonale słyszymy wydawane przy tej okazji odgłosy. W innych okolicznościach byłoby to śmieszne, ale tu serca niemal nam się zatrzymały ze strachu.

Potem jeszcze widzimy opuszczającą obóz grupę jeźdźców. Dłużej nie ma tu się czego plątać! Daję chłopakom sygnał odwrotu i zaczynamy odwrót.

– Uwaga na czatownika z buku! Jeżeli przedtem nawet drzemał, to teraz na pewno czuwa.

Odwrót jest wolny i zajmuje sporo czasu, bo i też jesteśmy zmuszeni przytajać się na dłużej, podczas gdy dwie następne grupy konnych opuszczają obóz. Razem naliczyłem osiemnastu jeźdźców. Czterech ludzi stracili, więc od dwudziestu sześciu odjąć osiemnastu, pozostaje ośmiu. Tylu chyba by powinno zostać w obozie dla pilnowania brańców jak i reszty dobytku. Ktoś przy tym musi kucharzyć, by nie pomarli z głodu. Tak więc mam nadzieję, że już nikt więcej nie będzie opuszczał obozu. A może jest ich o paru więcej? Przecież są jeszcze wozy w Gilowie, zatem muszą być i woźnice. Trzeba by to sprawdzić. Postanawiam po powrocie do Czcibora i zjedzeniu solidnego śniadania, wybyć do Gilowa. Może mi się uda coś wyniuchać albo i też niby przypadkiem pomyszkować przy wozach?

A tymczasem już rzeka przed nami. Zachowując środki ostrożności, przeprawiamy się na drugi brzeg. Wpierw ja z Niukiem, podczas gdy Mirko z Przemkiem czuwają nad naszym bezpieczeństwem, z łukami gotowymi do strzału. Następnie ja napinam kuszę i z drugiego brzegu, osłaniam przeprawę druhów. Szczęściem wszystko przebiega pomyślnie. Teraz pozostaje jeszcze tylko dojść spokojnie do sadyby Czcibora.

Jesteśmy z siebie bardzo zadowoleni. Nasze główne zadanie zostało wykonane. Znamy nie tylko położenie obozu, ale i z grubsza jego rozkład.

Siedząc w izbie przy ciepłym posiłku, zdajemy sprawę z naszej wyprawy. Dosyć dokładnie znamy położenie obozu, jego rozmieszczenie oraz usytuowanie warty. Przy okazji stwierdziliśmy, że można się pokusić o zaskoczenie, obchodząc obóz bokiem. Podejrzewam, że tego samego można by popróbować i od strony rzeki, wykorzystując ją do cichego podpłynięcia w bezpośrednie sąsiedztwo obozu. Najsposobniejszą porą byłaby późna noc, jednak o tym już zadecyduje Radosz. Czcibor w tym względzie zgadza się z nami. Nie należy nam o niczym decydować, a tym bardziej plątać się w rejonie miejsca postoju łapaczy przed przybyciem żupana. Dopiero wtedy okaże się, jakimi dysponuje siłami i będzie można ustalić dalszy plan działania.

Na koniec Czcibor stawia przed nami garniec wybornego miodu. Osładzamy sobie nim życie i rozmowa schodzi na pszczoły. W swoim czasie przeczytałem nawet cokolwiek o nich i teraz rad bym porównać swe wiadomości ze zastaną rzeczywistością. Aha, muszę pamiętać, że właściwie pszczelarstwa jeszcze nie ma, jest tylko bartnictwo. Podpuszczam więc Czcibora, żeby opowiedział, jak wygląda robota przy pszczołach. Wychodzimy przed chatę i siadamy na kłodzie.

– Będąc jeszcze chłopcem, wypatrzył w borze rój pszczół, mający swe gniazdo w dziupli dębu. Długo je podglądał, aż pewnego dnia do miodu dobrał się niedźwiedź. Zniszczył dziuplę i pszczelą rodzinę. Po pewnym czasie wypatrzył drugą świepiotę1 na grubej sośnie. Teraz, już za radą starego Zbyluta, zrobił poniżej dziupli ordy – czyli niby pomost otaczający pień drzewa, ze zaostrzonymi kołkami sterczącymi w dół. W ten sposób zabezpieczył pszczoły przed wizytą łakomego misia. Zasklepił ponadto dziuplę gliną, pozostawiając tylko mały otwór wlotowy i naznaczył drzewo ciosą2. To była jego pierwsza barć. Namozolił się przy tym, lecz w końcu miał już swą własną. Włażenie na drzewo było zawsze kłopotliwe. I tu mu znów dopomógł Zbylut, który jako w świecie bywały i z niejednego pieca jadłszy chleb, wiele rzeczy widział i umiał doradzić. Zmajstrowali wspólnie leziwo – przyrząd do chodzenia po drzewach stosowany przez bartników. To taka drewniana ławeczka i system sznurów do jej podciągania bądź opuszczania. Mając leziwo, mógł już wygodnie dobrać się do miodu, a potem zabezpieczyć barć na zimę, zaś wiosną ją podmiatać, czyli wyczyścić z próchna i padłych pszczół. To włażenie na drzewo do pszczół nazywał „łaźbieniem”.

Jesienią zabrał się za dzianie3 następnej barci w grubej sośnie. Wpierw wyrąbał siekierką w pniu otwór, a następnie „piesznią” – dłutem z tulejką i długim trzonkiem – pogłębił dziuplę na pożądaną głębokość. Drążenie dziupli trwało dosyć długo. Następnego lata gotową barć skropił obficie miodem zmieszanym z wywarem wonnych ziół, aby przywabić rojące się pszczoły. To kropienie barci zwie się „tworzeniem”. Teraz już tylko pozostało prosić bogów, żeby pszczoły zamieszkały w nowej barci. A gdy się tam na dobre zagnieździły, wieczorem zasklepił barć gliną, pozostawiając tylko niewielki otwór wlotowy. Tym razem dla obrony przed nieproszonym amatorem miodu podwiesił na gałęzi przy pniu samobitnię – ciężką kłodę – która skutecznie przeszkadzała misiowi dobrać się do miodu. Co ją odepchnął, ta wracała jak wahadło, waląc w intruza. I tę barć oznaczył swą ciosą.

Teraz ma kilkanaście barci, ale i też lat mu przybyło i chodzenie po drzewach już go cokolwiek męczy.

Pytam więc, dlaczego nie zrobi barci w kłodach ustawionych na ziemi? Tym go zaskakuję.

– Owszem, zdarzyło się, że burza złamała drzewo z barcią. Wtedy, aby jej nie stracić, wyciął kawał pnia z „świepiotą” i umieścił na drugim drzewie, mocno przywiązując ów kloc do pnia. Ale żeby po prostu ustawić kloc na ziemi – to mu jakoś nie przyszło do głowy. A nuż pszczoły by nie chciały mieszkać tak blisko ziemi? Wtedy znów „strzelam” nowym pomysłem. Zamiast kloca z wydrążoną dziuplą, można by szybciej i łatwiej zrobić coś podobnego ze słomianej plecionki, a potem ustawić na klocach leżących na ziemi. Otoczyć mocnym płotem – i co za wygoda! Taka słomiana barć byłaby cieplejsza dla pszczół i wygodniejsza dla bartnika do podbierania miodu i podmiatania. A mogła by na przykład tak wyglądać – tu rysuję patyczkiem na ziemi znany mi z nalepek na słoikach z miodem, kopulasty słomiany ul. Teraz to już Czcibora zupełnie zastrzeliłem. Spogląda na mnie szeroko otwartymi oczyma i nic nie mówi. W tym momencie czuję się, jak co najmniej pionier cywilizacji, niosący światło wiedzy w mroki barbarzyństwa. Chłopaki w lot mnie wykapowali, jednak trzymają języki za zębami. Przecież przyrzekli przed wyruszeniem w drogę, że chociażby nie wiem co się działo, nie zdradzą mego pochodzenia z przyszłości. Mogło by to się dla mnie okazać niebezpieczne.

Zabiłem więc Czciborowi porządnego klina i jeśli go dobrze poznałem, to zapewne do końca dnia i jeszcze z pół nocy, będzie rozmyślał nad moimi usprawniającymi pomysłami. Wobec tego oznajmiam chęć udania się do Gilowa. Chłopaki radzi by pójść ze mną, lecz im to odradzam. Trzeba przecież czatować przy brodzie, wypatrując przybycia Radosza. Poza tym, jako samotny wędrowiec nie rzucę się zbytnio w oczy. Łatwiej zatem przyjdzie mi się czegoś dowiedzieć.

W razie czego mam zamiar udawać dalekiego krewnego Czcibora ze strony Żywisławy. Idę z rodzinnej Lubomi – od Golęszyców – z którego to plemienia wywodziła się Czciborowa małżonka. Obiecuję wrócić wieczorem. Zabieram do worka derkę, parę drobiazgów i nóż przy pasie, aby wyglądać na wędrowca. Resztę uzbrojenia zostawiam na miejscu. Czcibor radzi zabrać łuk. Nie chcę jednak pozbawiać broni Mirka lub Przemka. Przecież mogą im być potrzebne. Czcibor daje mi więc jeden ze swoich i trochę strzał w łykowym kołczanie – tułem zwanym.

Dziękuję. Oddam wieczorem. Pytam przy okazji czy nie ma przypadkiem jakichś zbędnych łykowych łapci. Wolałbym nie chadzać w saperkach, zaś na bosaka wcale mi się nie uśmiecha ganiać taki kawał drogi. I tu mnie Czcibor nie zawodzi. Dostaję łapcie i to nowe. Chyba go te pszczelarskie nowiny tak przychylnie do mnie nastawiły, a może po prostu już jest taki życzliwy z natury?

Przysposobiwszy się do drogi, z zadowoleniem stwierdzam, że wyglądam zupełnie zwyczajnie i bez obawy podpadnięcia mogę ruszyć do Gilowa. Wybywam z Niukiem jeszcze przed południem. Pogoda śliczna. Nad nami błękitne niebo. Płyną po nim ku zachodowi białe chmurki popędzane leniwym wietrzykiem, zaś soczysta zieleń boru wpływa na mnie tak jakoś kojąco, że nawet na chwilę zapominam o wrednych łapaczach i celu mojej misji w Gilowie.

– Jak piękny jest ten świat! – Chciałoby się człekowi uwalić, gdzieś pod wonną sosną, a jeszcze lepiej lipą i patrzeć beztrosko poprzez zielone gałęzie na błękitne niebo, z pasącymi się na nim barankami chmurek.

– Dzięki Ci, Panie, za stworzenie tak pięknego świata! Miej nas proszę w swej opiece, abyśmy szczęśliwie wrócili do chłopców. Dopomóż także w uwolnieniu Mirkowych rodziców i Stacha – wracam na koniec do smutnej rzeczywistości. Przez jakiś czas rozmyślam o tym, ale szybko myśli ulatują ku rzeczom weselszym.

Przed nami jeszcze kawałek drogi. Sądzę, że na jej przebycie zejdą ze dwie godziny. Cokolwiek błotnista droga wije się pośród wysmukłych i grubych drzew gęstego boru. Czasami przetnie ją strumień. Ten albo przeskakuję, albo też przechodzę w bród. Psisko nie przepuszcza takiej okazji, aby się nie wytaplać w wodzie lub chociaż tylko napić. Wędrujemy tak już dosyć długo. Słońce dochodzi zenitu. W płuca głęboko wciągam balsamiczne powietrze.

– Żeby to takie było w naszych czasach! – Zaraz jednak nadchodzi refleksja. – Co to w ogóle są, Sławku, „nasze czasy”? Jesteś tu i ten czas obecny jest teraz także twoim czasem. A czy ci się kiedykolwiek uda wrócić do tego, z którego zostałeś wyrwany, to się okaże. Lecz nie jest to wcale takie pewne. Z równym powodzeniem możesz już swe dni do końca zaliczać w tym. Nic na to nie poradzisz. Nie twoja to siła! Więc już sobie przeszłością, która jest właściwie daleką przyszłością, głowy nie zawracaj! Lepiej pilnie patrz wokoło, aby wynieść cało swą głowę z niejednej jeszcze i niespodziewanej przygody. – Postanawiam więc ponownie już więcej nie „filozofować” i twardo stąpać po ziemi.

Tymczasem droga zaczyna opadać w płytką dolinkę, zaś las jej ciągle towarzyszący cokolwiek się odsuwa, zostawiając miejsca gęstemu, zielonemu dywanowi traw, urozmaiconemu tu i ówdzie większymi lub mniejszymi plamami różnokolorowego kwiecia. Gdzieniegdzie płaszczyznę kobierca przerywa kępa krzaków, lekko szeleszczących liśćmi na słabym wietrze. Nagle Niuk staje i wyciągnąwszy nos przed siebie, wietrzy. Łapię szybko psa na powróz i z niepokojem rozglądam wokoło, pilnie nadsłuchując. Lecz słychać tylko szelest liści na pobliskich krzakach i odzywające się co jakiś czas ptaki. Spoglądam na psa. Wciąż stoi wyprężony i wciąga powietrze w swój czarny niuch. Już się mam do niego odezwać, gdy raptownie rusza do przodu, ciągnąc mnie za sobą na wyciągniętej lince.

– Wolniej piesku! Nie gnaj tak, bo mi rękę wyrwiesz! – Próżno jednak mityguję psisko. Rwie do przodu, jak by go co najmniej piekło ścigało. Pędzę za nim, dobrze wyciągając nogi. Pod stopami chlupocze woda i błoto. Mijam kępę łoziny i oto kilkanaście metrów przede mną, pośród rozległej kwietnej plamy, widzę pogrążoną powyżej pasa i wymazaną rdzawym błockiem jasnowłosą dziewczynkę. Na mój widok wyciąga do mnie rękę i woła pomocy.

– Stój! Bagno! – przelatuje błyskawicą przez głowę. Staję gwałtownie, zapierając się nogami w murawę, szarpiąc Niuka do tyłu.

– Stój!! – Z całej siły przytrzymuję rwącego się do przodu psa. – Czekaj! Nie wolno! Potopimy się. Spokój!

Wracam parę kroków do tyłu, do krzaków łoziny. Przywiązuję psią linkę do najgrubszej gałęzi.

– Czekaj piesku. Siad i spokojnie! Zaraz pomogę.

Ucinam nożem grubą i najdłuższą gałąź, a następnie drugą krótszą. Teraz już mogę rozpocząć akcję ratowniczą. Wołam do dziewczyny, żeby się nie ruszała i ostrożnie postępuję ku niej, badając grunt przed sobą tym krótszym kijem. Brakuje mi jeszcze z sześć metrów, gdy wymacuję bagno. Co robić? Nie dosięgnę jej gałęzią.

– Czekaj, zaraz ci pomogę! – Wracam do krzaka i mozolnie golę go prawie że do czysta. Ciągnę wycięte gałęzie ku bagnie i moszczę wąski chodniczek – grobelkę w kierunku „topielicy”. Rzuciwszy okiem na gotowe dzieło oceniam, że gałęzi jest zdecydowanie za mało, aby mnie utrzymały nad topielą. Golę zatem następny krzak. Teraz już zdecydowanie lepiej. Po chwili namysłu biorę jeszcze trzy grube i długie gałęzie, łączę po dwie i drugą parą przedłużam pierwszą, wiążąc je mocno sznurkiem. Próbuję czy są wystarczająco mocne. Wygląda na to, że tak. Ostrożnie pełzam po grubo, na krzyż wymoszczonej faszyną grobelce. Podaję dziewczynie hol z gałęzi. Łapie go, jak przysłowiowy tonący brzytwę. Obok dziewczyny leży rozsypany bukiet różnokolorowych kwiatów. W tej samej chwili pośród tych samych zdradliwych kwiatów dostrzegam wystający z błota psi łeb na ubłoconym karku.

– Ale zabawa!

– Trzymaj mocno i nie ruszaj się! – Zaczynam ciągnąć hol. – Dopomóż proszę Panie, bym ją zdołał uratować!

Pode mną zdradliwy bulgot i grobelka zaczyna się pogrążać.

– Tylko spokojnie! Nie nerwowo Sławku!

Ciągnę z całej siły. Wyciągnięte w moją stronę dziewczę zaczyna z wolna wyjeżdżać z bagiennej topieli.

– Nie ruszaj się, leż! – wołam widząc, iż ma zamiar powstać, gdy już jej nogi zostały oswobodzone z błotnej uwięzi. Cofam się ostrożnie, ciągnąc za sobą niedoszłą topielicę po kwietnym kożuchu ponad bagniskiem.

– Uff – oddycham z ulgą, gdy ląduje w końcu na cokolwiek już pogrążonej w błocku faszynowej grobelce. Jeszcze chwila i jest na twardym gruncie.

– Twój pies – wskazuję na wystający z kwiatów łeb. Przytakuje pochlipując.

– Może nam się powiedzie i jego uratować?

Idę naciąć następne naręcze gałęzi i poprawiam grobelkę, jednocześnie nieco ją wydłużając. Lecz jak wyciągnąć psa? Przecież się nie ucapi zębami mojego holu, abym go mógł wytargać. Trzeba tak podciągnąć grobelkę, by złapać go za kark.

Ostatecznie poczyniłem solidne spustoszenie wśród pobliskich krzaków, zaś potem, wspólnie z cokolwiek już uspokojoną amatorką błotnych kąpieli, pełzamy w stronę uwięzionego w błocie psa. Bulgot bagna i chybocząca się grobelka oraz strach, że razem z tym wszystkim zaraz się pogrążymy w błotnej odchłani.

– O Panie, dopomóż!

Ostatecznie „topielica” łapie wyciągniętymi rękoma za psi kark. Chwytam oburącz jej nogi w kostkach.

– Trzymaj mocno i nie puść!

Ciągnę do siebie, ile mam tylko siły. Gałęzie pode mną zapadają się coraz bardziej w zdradliwym bagnie – tak, że leżę w zarudziałej wodzie.

Poszło! Pies jest już na wierzchu! Cofam się, ciągnąc ku sobie nogi wraz z ich właścicielką i psem na samym końcu. Ostatecznie lądujemy obok Niuka. Dziewczę łkając tuli do siebie uratowane psisko utytłane błotem. To, jeszcze ogłupiałe, leży spokojnie. Po chwili jednak wstaje i robi nam błotny prysznic. Niuk, korzystając z sytuacji, z wielkiej radości liże mnie w twarz. Chwilowo jestem wyzuty z sił i nie bronię się.

– A niech tam ulży swym psim uczuciom! I tak muszę się umyć.

Po chwili pies kieruje swe zainteresowanie ku utytłanemu pobratymcowi i daje mi spokój.

Spoglądam na dziewczynę. Ale pięknie wygląda taka ubłocona! Zresztą i ja prezentuję się podobnie – no, może jestem trochę mniej utytłany. Ostatecznie nie zażywałem borowinowej kąpieli. Oceniam dziewczynę na jakieś dziesięć, jedenaście lat. Najładniej się prezentuje jej długi, jasny warkocz, którego znaczna część, skąpana w błocie, ma teraz rdzawo – brązowy kolor. A w ogóle to mi jej żal, gdyż przedstawia żywy obraz nędzy i rozpaczy, chociaż właściwie już jest po wszystkim i należy się cieszyć z pomyślnego zakończenia niezbyt miłej przygody. Chwilę siedzimy nic nie mówiąc. Niuk już zdążył ją obwąchać i chciałby zapewne pobaraszkować z jej psem. Wolę, żeby nie ganiał po zdradliwej łące, gdyż mi się wcale nie uśmiecha powtórna akcja ratunkowa. Wystarczy dotychczasowych emocji.

W końcu przerywam milczenie:

– Jak ci na imię? Ja jestem Warcisław, dla przyjaciół Sławko. Jesteś z Gilowa?

Potwierdza nieśmiało. Ma na imię Bogna.

– Rwałaś kwiecie – i plum?

– Potwierdzające skinienie głowy.

– A jak się zwie twój pies?

– Bura.

– To jest sobaczka? (No, teraz się wcale nie dziwię Niukowi, że tak popiskuje i zawzięcie macha ogonem!) Wiesz, tak jest wymazana, iż trudno poznać. Zresztą i my podobnie pięknie wyglądamy. Nie ma co! Jakby cię teraz rodzice zobaczyli, nie wiem czy by rozpoznali córę. Musimy się umyć. Jest tu w pobliżu jakiś strumień?

– Przytakuje.

– Chodźmy więc. Nic tu po nas!

Wracam na drogę po rzucony w pośpiechu worek z mym ruchomym dobytkiem oraz łuk ze strzałami, a potem ruszamy w kierunku Gilowa. Po paru minutach marszu trafiamy strumień. Dosyć długo trwają nasze ablucje i doprowadzenie odzieży do jako takiego stanu. Bura po wykąpaniu i wytrzepaniu nadmiaru wilgoci z futra prezentuje się zupełnie dobrze. Jest dosyć podobna do Czuja, tylko ma ciemniejszą sierść.

Jak to dobrze, że słońce solidnie przygrzewa i wieje lekki wiatr. Przynajmniej ubrania na nas szybko wyschną, a póki co, będą przyjemnie chłodziły w tę spiekotę.

Po drodze trochę ganiamy. Przy okazji wypytuję o okolicę, żeby wiedzieć co tutaj obecnie jest. Jakoś o to nie zapytałem Czcibora. Dowiaduję się zatem, że w pobliżu – idąc ku zachodowi – jest Plesso. (Pewnie późniejsza Pszczyna). Za Wisłą leży kraj Wiślan, jednak w pobliżu chyba nie ma żadnej większej osady. Przynajmniej o takiej nie słyszała. Za to za borem i paru rzekami, lecz nie tak daleko – o tam – wskazuje kierunek mniej więcej północny, jest wpierw gródek (gord – jak mówi Bogna) i kawałek za nim, pośród lędzin4 wznosi się święta góra z gajem i chramem Swaroga na szczycie. Jej wuj Borzysław jest tam żerzcą5. Odwiedzili go z rodzicami nie tak dawno.

Trochę główkuję, aby zlokalizować opisane miejsca. Gródkiem może być Stary Bieruń. Chyba tak. Za nim są przecież Lędziny, z górką i kościółkiem św. Klemensa. W okolicy jest to najwyższe wzniesienie. Wprawdzie nie byłem tam osobiście, jednak przejeżdżaliśmy z Tatą obok kilkakrotnie i dobrze pamiętam górkę z kościółkiem pośród drzew na szczycie. Nigdy bym nie przypuścił, iż to miejsce kultu ma tak stary rodowód.

Jakiś jeszcze czas wędrujemy borem, a potem otwiera się przed nami przestrzeń dużej polany zajętej przez pola z dojrzewającym zbożem. Niebawem pewnie będą żniwowal? Łany falują pod naporem lekkiego wiatru. Na błękitnym niebie, wysoko ponad nami kołuje jastrząb, wypatrujący w dole godnej zdobyczy.

– Uważaj Sławku, abyś się przypadkiem nie stał zdobyczą jakiegoś większego, dwunożnego i bezpiórego drapieżnika!

Pod lasem, na południowym krańcu polany, widać strzechy zabudowań. Dobrą chwilę podążamy pośród niezbyt wysokiego zboża i oto nagle stajemy nad krawędzią doliny Wisły opadającej paru metrowym brzegiem w dół, ku nadrzecznym łęgom, porośniętym tu i tam kępami drzew oraz krzaków. W tym miejscu dolina wrzyna się szerokim językiem w zachodni brzeg, tworząc dosyć rozległą kotlinę. Droga spływa skośnie w poprzek stoku ku gródkowi położonemu prawie że w pośrodku owego zielonego jęzora. Tu, z góry, widać go jak na dłoni. Jeden owal otoczony nitką palisady, z przyrośniętym od zachodu drugim, mniej regularnym – coś tak, jak pączkująca komórka. Tylko pączek jest większy i bardziej wydłużony. Otacza go również ostrokół. Brama z czatowniczą zwyżką – samborzem zwaną – od zachodniej strony gródka i tak samo w drugim ostrokole starszego gródka. Obwarowaną przestrzeń w większości wypełniają strzechowe, a nawet gontem kryte dachy. Te drugie tylko w części zajętej przez ród Gilów. Znać z daleka pana po dachu – można sparafrazować znane przysłowie.

Droga biegnie do gródka i obok niego dalej na wschód, ku niebiesko połyskującej pośród nadrzecznych zarośli wstędze rzeki. Stoję, w milczeniu podziwiając roztaczający się przede mną widok. Przecież to pierwszy gród, który widzę. Na pewno wielu z mych czasów dużo by dało, aby móc też tak sobie popatrzeć. Zaś ci z obecnej rzeczywistości, to by tylko łakomie wytrzeszczali oczy, wypatrując słabych miejsc umożliwiających dobranie się do tak smakowitego kąska. Niestety ten chyba słabych miejsc nie ma. Zbudowano go wystarczająco daleko od brzegów kotliny, aby doleciała doń stąd wystrzelona z łuku strzała. Solidny podwójny ostrokół otacza zabudowaną przestrzeń. Palisada z zaostrzonych grubych kołów, a do tego jeszcze wcale nie za wąska fosa wypełniona wodą, porośniętą obecnie zieloną rzęsą. Z dala jedynie po jaśniejszym odcieniu zieleni można poznać, że to nie trawa. Ponad stromymi dachami snują się dymy. Te przywodzą mi zaraz na myśl ciepły posiłek.

– Oj, zjadło by się czegoś, bo już solidnie zgłodniałem!

– A więc to Gilów – stwierdzam tak do siebie półgłosem. Bogna jednak usłyszawszy przytakuje: – To nasz gord.

W blaskach letniego słońca kotlina z gródkiem przedstawia się tak pięknie, że człowiek chciałby tam trochę pomieszkać. Lecz zaraz wyobraźnia podsuwa to samo miejsce w jesiennej, zasnutej mgłą szarudze.

– O nie! Stokroć bardziej wolałbym już mieszkać nie w tej wilgotnej dziurze, a tu – na wysokim brzegu, najlepiej gdzieś pod lasem. Wcale by mi się nie widziała rychła perspektywa zreumatyzowanych kości. Ba, jednak z drugiej strony, obecni gilowianie są zapewne dużo zdrowsi i wytrzymalsi od naszych dwudziestowiecznych zdechlaków.

Napatrzywszy się do woli na archaiczny widoczek mam zamiar ruszyć dalej, żeby wszystko zobaczyć z bliska i przy okazji zaliczyć zamierzony cel wyprawy. Cóż, kiedy widzę, że Bogna jakoś ociąga się z powrotem do domu, a minę ma nietęgą. Pewnie ma stracha pokazywać się mamie w jeszcze cokolwiek mokrej odzieży. Zaraz władza domowa by chciała wszystko wiedzieć. Coś mi się widzi, że wyprawa po kwiatki nie była w pełni legalna. Zagaduję więc o to dziewczynę. Z ociąganiem i niezbyt chętnie przyznaje mi rację. Miała tylko zanieść jadło ojcu pracującemu w gospodarstwie. To te zabudowania pod lasem. Niestety tak się jakoś złożyło, iż powrotna droga nieco się pogmatwała i nie pobiegła wprost do domu, lecz wręcz w przeciwną stronę – do tej nieszczęsnej, zabagnionej polany z kwiatkami. Teraz ma już stracha z powodu spóźnienia, a gdyby jeszcze do tego wyszła sprawa błotnej kąpieli, no to byłoby zupełnie źle.

– Aha, lanie bezapelacyjnie – jestem domyślny. – Poganiaj tedy nieco z psami po polach aż wyschniesz, ja zaś tymczasem zaglądnę do waszego „gordu” i wrócę. Gdyby mnie zaś kto pytał o ciebie, powiem, że z psem jesteś na polach. Nie bój się, nic nie powiem o kwiatach.

Zaraz jej mina poweselała. Niuk obecnie wykazuje dużo większe zainteresowanie Burą niż gródkiem i mną. Nawet mi to na rękę. Po co wzbudzać niezdrowe zainteresowanie mieszkańców Gilowa?

Schodzę drogą w dolinę, kierując kroki ku gródkowi. Teraz widać, że jest nieco wyżej położony niż otaczające go łęgi.

– No tak, przecież leży na suchej kępie – przypominam sobie „zeznanie” Lubora.

Dochodzę do fosy i biegnącego ponad nią mostka z bali. Cokolwiek pochyłe skarpy fosy są umocnione faszyną i plecionką z łozinowych witek. Że też im się chciało włożyć w to tyle czasu i roboty? Jednak natychmiast się reflektuję. Przecież oni mają dosyć czasu. To tylko w naszym XX wieku wszystko jest robione w galopie i człowiek zagoniony miota się, jak przysłowiowa ćma w latarni. A poza tym, od solidnego wykonania obwarowań zależy prawie wszystko. Nie ma więc miejsca na nędzne fuchy. Często nawet od jakiegoś tylko szczegółu może zależeć ich „ być albo nie być”.

Stąpając po okrąglakach przedbramnego mostu, spoglądam w górę na pokrytą szędziołami6 zwyżkę – czatownię. Z wąskiego okienka lustruje mnie wzrok czatownika. Widać jednak uznał, że nie jestem groźny, gdyż nic się nie dzieje. Przekraczam bramę. Na moje spotkanie leniwie wychodzi jakiś uzbrojony drab. Opowiadam się, iż jestem wędrowcem i rad bym coś przekąsił oraz zakupił żywność na dalszą drogę.

– Nie, nocować nie zamierzam. Do zmroku jeszcze czasu moc.

Wskazuje mi na pobliską chatę. To chyba gospoda dla wędrowców. Drewniane ściany ze szczap w pionowych ryglach. Aha, ściana sumikowo – łątkowa. Przynajmniej tak głosił podpis pod ilustracją w książce Taty. Ponad drewnianymi ścianami piętrzy się stromy dach pokryty słomianą strzechą. Wchodzę do środka przez dosyć niskie drzwi. Izba nawet dosyć obszerna, przynajmniej większa, niżby można sądzić patrząc na budynek od zewnątrz. Spory stół z desek na wbitych w ziemię kołkach i przy nim dwie ławy podobnej konstrukcji. Siadam samotnie na ławie. Po chwili stoi przede mną gliniana micha z parującą i smakowicie pachnącą polewką, w której pływają kawałki mięsa. Wyciągam ze swego wora drewnianą łychę i pałaszuję zaserwowaną archaiczną zupkę, aż mi się uszy trzęsą. Jest wprawdzie prawie nie słona, lecz nic to! Widocznie i tu sól jest nie lada rarytasem, więc się nią nie traktuje byle przybłędy. Potem dostaję prażuchy, czyli prażonego ziarna pszenicy. Żuję ją dosyć długo, ale na koniec mogę powiedzieć, że jestem napchany. No i na ostatek zostaję jeszcze potraktowany kubkiem piwska.

– Oj, gdyby Tato widział jak się opijam, to by mi dał piwa! – Wypijam zawartość kubka i nie powiem, aby z dużym smakiem. Czuję gorycz w ustach, lecz muszę sprawiedliwie przyznać, że dobrze ugasiło me pragnienie.

Gospodarz jest ciekaw czy zamierzam nocować w Gilowie.

– Nie. Do zmroku jeszcze sporo czasu, więc zaraz ruszam w drogę. Pewnie zdążę przed nocą.

– A dokąd bogi prowadzą?

I w tym momencie wpada mi do głowy szalona myśl. Zamiast, jak uprzednio uznałem, mówić o Żywisławie i Czciborze, co jest tutaj tematem nieco śliskim, strzelam świętą górką i chramem Swaroga. Przecież to wspaniały cel! Mogę mieć zbożny zamiar poświęcenia się służbie w świętym chramie. Przy okazji, niby mimochodem, wymieniam imię Borzysława. Gospodarz z uznaniem kiwa głową, uśmiechając się przy tym. Wyjaśnia jednak, iż zboczyłem z drogi. Z głupia frant dziwię się temu mówiąc, że tak mi iść kazano, gdym o drogę pytał w Plessie. Miałem skręcić – tu wskazuję kierunek prawą ręką.

– He, he, w lewo, – wskazuje ręką. – Coś żeś pokręcił junohu!

Robię zmartwioną minę biadoląc, że tak niepotrzebnie nadłożyłem drogi i przy okazji proszę o trochę żywności na dalszą podróż.

Chętnie się zgadza, ale muszę zapłacić – tu spogląda na mnie kpiąco – albo i też odpracować zapłatę.

– Bogowie za cię nie zapłacą – przymruża oko – zaś gospodzin Włodzisław zakazał darmo dawać. Roboty u niego zawsze nadspodziewanie wiele.

Robię zmartwioną minę, chwilę się namyślam i potem, przełamując to niby wewnętrzne opory, wyjmuję zza koszuliny szmaciane zawiniątko, wysupłuję zeń srebrnego dirhema, chwilę trzymam niezdecydowanie w ręku i ostatecznie podaję gospodzkiemu.

– To chyba aż nadto za to co zjadłem i wezmę na drogę?

Temu się tylko oczy zaświeciły. Łapie w lot monetę, ogląda z obu stron i próbuje zębem. Następuje gwałtowna metamorfoza. Jego język w zdwojonych obrotach pompuje z ust sam miód. Z miejsca awansuję na gospodzina. Przy okazji dostrzegam, że spogląda pożądliwie na szmatkę z resztą monet.

Głupstwo strzeliłem wyjmując ją! Powinienem był sobie przygotować uprzednio na wszelki wypadek jedną monetę, a jeszcze lepiej tylko jej połówkę. Muszę jakoś wybrnąć z niezręcznej sytuacji. Wyjaśniam więc zaraz, że monety są dla Swaroga na obiatę7 od mych rodzicieli. Przytakuje ze zrozumieniem, lecz bystre oczka tak mu jakoś latają. Prosi bym cokolwiek zaczekał, on zaś migiem skoczy przynieść mi coś godniejszego z jadła i napitku na drogę.

– Kuchnia gospodzina Włodzisława jest dobrze zaopatrzona – dodaje na wychodnym. – Nie godzi się wszak, bym za tak dobrą zapłatę otrzymał byle co! – Zginając się w ukłonie, niknie za drzwiami.

Czy się, Sławku, przypadkiem nie pakujesz w kabałę? Ee, może niesłusznie podejrzewam uczciwego człeka? Wkładam odruchowo rękę do kieszeni natrafiając zapalniczkę. Chwilę niezdecydowanie przekładam ją pomiędzy palcami i sam nie wiem dlaczego wyjmuję. Próbuję czy pali po błotnej kąpieli, a następnie wrzucam za powróz zastępujący pasek u spodni. Ląduje w nogawce, ładnie u dołu zesznurowanej rzemieniem. To samo czynię ze składanym nożem na harcerskim sznurze. Niechaj sobie dynda w prawej nogawicy. Stąd mi nie wyleci. A gdyby mi ktoś przypadkiem chciał gmerać po kieszeniach, to niczego w nich nie znajdzie. Mam przecież drugi nóż w pochwie u pasa opiętego na Unisławowej koszulinie. Zawiniątko z resztą monet ląduje na powrót za pazuchą. Chwilę myślę czy by nie dać nogi, ale ostatecznie rezygnuję. Byłoby to wysoce podejrzane i mogło mnie narazić na wnikliwe śledztwo, co do którego rezultatów nie mam żadnych wątpliwości. Pozostaję zatem w gospodzie, z niepewnością w sercu. Zobaczymy, jak kij popłynie – przypominam sobie ulubione powiedzenie Taty. Nie panikuj, Sławku! Jeszcze nic złego się nie stało. Podobno idę na „służbę bożą” u Swaroga. Przecież w tym zakichanym archaicznym świecie są chyba już jakieś świętości, które należy uszanować?

Trochę tym uspokojony i podniesiony na duchu, siedzę nadal na ławie, chociaż wciąż mnie korci by prysnąć. Niebawem zresztą nadchodzi gospodzki ze sporym tłumoczkiem w ręku. Kładzie go na stole i rozwija płócienną płachtę: kilkanaście placuszków – podpłomyków, okrągły jasny kołacz, kawał pieczonego mięsiwa i bulgoczący zachęcająco bukłaczek – chyba z piwem.

Gospodzki kładzie mojego dirhema na progu i chlast toporkiem!

Ale ma drab oko! Zgrabnie go przepołowił. Podaje mi jedną połówkę, zaś drugą chowa.

– Tyle wystarczy. Nie godzi się brać więcej – tym bardziej, że idę służyć Swarogowi.

Uśmiecham się szeroko, zupełnie już uspokojony. Źle go oceniłem. Teraz mi nawet głupio z powodu mych wcześniejszych obaw. Dobrze, że się ich nie domyśla. Ładuję tłumok do worka i przyjaźnie żegnany przez gospodarza, z szerokim uśmiechem na twarzy przekraczam próg, opuszczając gościnny zajazd.

Z tym samym jeszcze uśmiechem, w następnej chwili obrywam po głowie, pogrążając się w niebycie. Gdy na powrót znów coś mi zaczyna świtać, stwierdzam, że moja pozycja jest nad wyraz niewygodna, a po chwili już wiem, iż kołyszę się przerzucony i przytroczony jak wór przez koński grzbiet. Ręce mam związane w przegubach solidnym rzemieniem.

– Niech szlag trafi taką gościnność! Aleś się, Sławku, wrobił! Ułowili cię jak durnego smarkacza. Kretyn! Zupełny kretyn! – Gdybym mógł, sam bym sobie dał po gębie.

Na dworze jasno. Jedziemy przez las. Po chwili orientuję się, że to ta sama droga, którą niedawno przemierzałem idąc do Gilowa. Teraz zaliczam ją w odwrotnym kierunku. Przede mną dwu jeźdźców, a za – jeden. Dosyć długo tak się telepię na końskim grzbiecie. Z wolna zapada zmierzch. A więc to jeszcze dzisiaj. W końcu osiągamy przeprawę przez Pszczynkę. O mało bym się przy tej okazji utopił. Na szczęście jeden z jeźdźców złapał mnie za włosy i uniósł głowę ponad wodę.

A potem – no oczywiście! Bierzemy kurs na obóz łapaczy! Aż mi zrobiło się gorąco z emocji. Po chwili zaś przychodzi zgryźliwa refleksja: I po cóż się było narażać w czasie porannej wyprawy? Zaraz będziesz miał możliwość dokładnego pooglądania sobie wszystkiego z bliska. Zapewne nawet znajdzie się i okazja, aby zawrzeć znajomość z drabami Stroimira. O czymś takim chyba ci się, Sławku, nie śniło? Czyż nie za wiele szczęścia jak na jeden raz?

Nie mogę powiedzieć, abym nie miał stracha. Na duchu jednak podtrzymuje mnie świadomość rychłego przybycia Radosza z kompanią. Oby przybył jak najszybciej i w jak najliczniejszym towarzystwie!

A więc dobrze. Jeżeli mnie będą o coś pytali, to trzymam się nadal Swarogowej wersji. Nic nie wiem o łapaczach, Stroimirze itp. Chyba Włodzisław nie rozpoznał Stroimirowych dirhemów? Oj, miałbym się z pyszna! Ale chyba nie. Gdyby rozpoznał, nie tak łatwo by mnie się pozbył. Przecież wpierw chciałby ze mnie wyciągnąć, skąd je mam? Jeżeli zatem o to nie pytał, znaczy iż nie rozpoznał.

Nie dosyć, że mi dali po łbie i obrabowali, to na dodatek jeszcze upchnęli łapaczom. Sprytny ten Włodzisław! Za jednym posunięciem podwójnie zarobił. Ależ ma skurczybyk głowę! Nie doceniłem go, chociaż Czcibor wiele o nim opowiadał. Tym bardziej powinienem był się mieć na baczności. Teraz jednak za późno na biadolenie. Nic mi nie pomoże. Jeżeli więc zrządzeniem losu wpadłem w łapy „chwataczy”, należy to jakoś wykorzystać – rzecz jasna na ich szkodę. Ano, coś wykombinuję, lecz wpierw muszę wylądować w obozie i tam się dobrze rozglądnąć. Aby uśpić ich czujność, będę się zgrywał na wylęknioną fujarę. Wtedy dużo łatwiej przyjdzie mi wyciąć im jakiś kawał. A może i nawet dam radę ukradkiem porozmawiać z Unisławem? O, to już jest dobra myśl!

Ani się obejrzałem, a już mijamy rozpoznaną rano czatę na buku. Jadący na przedzie zagwizdał ich umówiony znak i wjeżdżamy do obozu, radośnie witani przez kilku zarośniętych drabów. Spoglądam na nich spod oka, wciąż przewieszony przez koński grzbiet wraz z innymi tłumokami zawierającymi zapewne kolejną porcję zaopatrzenia serwowanego przez Włodzisława. Pewnie dobrze na tym gad zarabia? Ten to by chyba i matkę diabłu sprzedał, byle otrzymał godziwą zapłatę.

Obóz leży na dosyć rozległej, piaszczystej kępie, porośniętej przeważnie sosnami. Dostrzegam też parę buków i dębów. Wznosi się może z metr lub nawet trochę więcej ponad przyległy teren. Dobre miejsce. Sucho, zaś w razie wezbrania rzeki nic mu nie zagraża. Pomiędzy drzewami stoją szałasy. Z jednego właśnie wychodzi ku nam szpakowaty drab przy mieczu. Gdy jest bliżej, pomimo zarostu dostrzegam na gębie solidną bliznę z lewej strony twarzy.

– Wyszomir – domyślam się, przypominając sobie co nam rzekł Lubor. Zatem zaraz będę miał „przyjemność” poznać wiceszefa, a właściwie obecnie już szefa wyprawy, chociaż on jeszcze o tym wcale nie wie. No i faktycznie poznaję bliżej szefa, a właściwie to tylko jego obutą nogę, którą mi serwuje kopniaka, gdy ląduję na ziemi, zrzucony z końskiego grzbietu.

– Cham wyładowuje na mnie swe frustracje – konstatuję z wściekłością. – Poczekaj, już ci to dobrze odpłacę! I nie licz na miłosierdzie! Czeka cię bowiem staro testamentowe „oko za oko”.

Z rozmowy Wyszomira z mymi konwojentami wynika, że Włodzisław mnie nie sprzedał, a wspaniałomyślnie podarował Stroimirowi. Ale ma gest! Widocznie go zadowoliły moje dirhemy.Darowanie mnie Stroimirowi ma poważny plus. Przynajmniej do jego powrotu muszą o mnie jako tako dbać. Wszak nie narażą szefa na utratę młodego i zdrowego brańca! I chyba mam w tym rację, gdyż już nie inkasuję następnego kopniaka, chociaż widzę, że Wyszomira aż wprost ponosi, by mi jeszcze przynajmniej raz przyłożyć. Nic dziwnego, jest solidnie zaniepokojony zniknięciem czterech towarzyszy, a w tym samego wodza.

Co do liczby brakujących łapaczy, to się jednak myliłem. Tego, rażonego piorunem już znaleźli i zdążyli przywieźć do obozu. Nieco z boku, niedaleko Pszczynki, jego towarzysze właśnie kończyli układanie pogrzebowego stosu. Nim na dobre ciemności ogarnęły okolicę, zapłonął jasnym blaskiem, uwalniając mroczną duszę łapacza z uwięzi doczesnego ciała.

W tym czasie już znajduję się w gromadce brańców, jak konie otoczonych żerdziową zagródką. Rozwiązano mi nogi, bym mógł samodzielnie chodzić. Ręce pozostały związane, na szczęście nie założone z tyłu na plecach. Mogę zupełnie dobrze poruszać palcami. Siadam pod sosną, nieco na uboczu jenieckiej gromady, dyskretnie obmacując kieszenie spodni zakryte długą koszulą. Chyba wszystko jest. Brak natomiast paska z nożem opasującego uprzednio moje biodra. To oczywiste! Włodzisław nie jest durniem, żeby mi zostawić broń w niewoli! Poklepuję się związanymi dłońmi po prawym udzie. Jest! Składany nóż nadal dynda na sznurze w prawej nogawce. Teraz jeszcze krótkie poszukiwanie zapalniczki. Chwilę nerwowo przesuwam palcami po nogawce, nie mogąc wymacać znanego mi kształtu. Ostatecznie odnajduję zgubę i przesuwając nią wolno ku górze, niebawem już ją mam przy pasie. Kładę się na plecach i związanymi rękoma wydobywam zapalniczkę ze spodni, po czym zaraz upycham w kieszeni. Teraz kolej na nóż. Tu jest sprawa prostsza. Wystarczy ciągnąć za sznur. Spod oka spoglądam w kierunku stojącego opodal strażnika. Patrzy jednak w stronę płonącego stosu i otaczających go towarzyszy. Pewnie wolałby się znajdować w ich gronie, niż pilnować śmierdzących brańców.

Już mam zamiar zabrać się za rozcinanie więzów, gdy przypominam sobie o Unisławie. Miałem go odszukać, aby z nim pogadać. Nie mogę zatem łazić rozwiązany. Chowam nóż na powrót w kieszeni i obciągam koszulę. Szukajmy więc Unisława. Pilnie spoglądam po jeńcach, lecz jakoś nie mogę odgadnąć, który też może być Mirkowym ojcem? Przecież nie będę pytał każdego po kolei, a już tym bardziej wołał. Może prędzej zidentyfikuję Zbisławę ze Stachem?

Po dłuższej lustracji uznaję, iż najbardziej by mi do nich pasowała niewiasta z chłopcem siedząca pod drzewem trochę na uboczu. Dzieli nas przestrzeń kilku metrów. Zaczynam się ku nim nieznacznie przesuwać. Prędzej i wygodniej byłoby wstać i podejść, ale nie chcę zwracać na siebie uwagi strażnika, a i lepiej, żeby brańcy także mną się zbytnio nie interesowali. Zupełnie wystarczy im tego, co dotychczas widzieli. A w ogóle, to stwierdzam, że moi współtowarzysze niedoli są nad wyraz apatyczni. Widocznie już zdążyli się pogodzić z losem i znikąd nie czekają ratunku.

Wolno zmieniam pozycję, coraz bardziej zbliżając się do obiektu mego zainteresowania. Dobrze, że usadowili się nieco z boku. Ostatecznie ląduję obok, nie wzbudzając niczyjego zainteresowania. Nie zwraca przy tym na mnie uwagi i zadumana niewiasta oraz chłopiec spoczywający u jej boku, chociaż nie śpią. A może to wcale nie jest Zbisława i Stacho? Przecież byłby z nimi Unisław! Jeszcze raz rozglądam się wokoło, lecz nigdzie nie widzę trójki pasującej mi do Unisławowej rodzinki. Postanawiam zaryzykować. Do kogo by tu się wpierw odezwać? Do niewiasty czy chłopaka? Kobieta może nie zechcieć ze mną gadać, wobec tego lepiej chyba zagadnąć chłopca. Tylko jak? Ee, pal licho! Zamiast się certolić, wypalę zaraz z „grubej rury”!

– Cni8 ci się Stacho za Mirkiem i Jarką?

– Cni – odpowiada cicho, nie zmieniając pozycji. Jednakże po chwileczce, jak gdyby dopiero teraz dotarło do niego moje pytanie, gwałtownie odwraca głowę w mym kierunku.

– Cicho! Nie ruszaj się! Jeszcze chwatacz zobaczy!

Teraz włącza się i niewiasta: – A ty kto?

– Zwą mnie Warcisław. A wy pani pewnie jesteście Zbisława – Unisławowa żona?

– Jestem – nie potrafi ukryć zaskoczenia.

– Gdzie Unisław?

Okazuje się, że Wyszomir trzyma jeńca osobno w szałasie, pod pilną strażą. Stroimir przykazał surowo cennego jeńca pilnować, jak oka w głowie. Wszak musi zostać dostarczony kniaziowi. Do powrotu Stroimira Wyszomir odpowiada za niego swą głową. Zbisławę ze Stachem potraktowano zaś jako zwykłych jeńców i do ich też grona zostali dołączeni. Nie oznacza to, że są mniej pilnowani.

Teraz moja kolej na gadanie. Zaraz na początku muszę niestety odpowiedzieć na pytanie, co z Jarką i Mirkiem? Przez chwilę się waham czy by nie zataić śmierci Jarki, ale ostatecznie mówię prawdę. Potem szybko, żeby nie dać im czasu na pogrążanie się w żałości, opowiadam w skrócie o naszych przypadkach, aż do chwili wyśledzenia obozu i mojej nieszczęsnej wyprawy do Gilowa, niespodziewanie zakończonej w obozie łapaczy. Pocieszam na koniec wiadomością rychłego przybycia Radosza.

– Już tam Mirko i Przemko dopilnują, by pomoc przybyła jak najrychlej! – Słaby uśmiech towarzyszy łzom. Lecz to nic dziwnego. I tak zachowują się bardzo dzielnie. Obawiałem się znacznie gorszej reakcji. Nic to, że z oczu kapią łzy żalu, gdy jednak w serce wstępuje nadzieja i to wtedy, gdy nic już nie wskazywało na ocalenie.

W tejże chwili wpada mi do głowy szalony pomysł. A gdyby tak spróbować ucieczki? Chyba to lepsze, niż bierne oczekiwanie na dalszy rozwój wypadków? Pewnie się nie obejdzie bez walki, w czasie której może być różnie. Przed oczyma staje mi zaraz scena śmierci Jarki.

– Ha, lepiej więc byłoby wtedy być poza placem boju. Dokąd uciekać? Najlepiej chyba do Czcibora. Niedaleko, lecz w żadnym wypadku nie możemy ściągnąć na niego pościgu. Zagaduję zatem zaraz panią Zbisławę, chcąc wybadać, co o tym sądzi? Ze smutkiem w oczach wyciąga związane ręce, że niby jak to uczynić?

– Pilnowniki wraz złowią i pewnie ubiją. Przecież nie przegryziemy rzemieni.

– Nie starajcie się o pęta! To biorę na siebie. Bez więzów – zgoda?

– A Unisław?

Tu długo muszę przełamywać opory, iż nie godzi się uciekać, jego pozostawiwszy w rękach łapaczy. Tłumaczę, że niestety nie jesteśmy w stanie mu teraz pomóc. Dopiero Radosz może go uwolnić. Na koniec „strzelam” argumentem, że Unisław pewnie by im kazał uciekać, jeśli się tylko ku temu nadarzy okazja. I chyba to ich przekonuje. Widzę podniecenie w oczach. Zresztą i mnie się ono udziela.

Kiedy uciekać? Teraz, gdy większość drabów jest przy pogrzebowym stosie? Chyba nie – za wcześnie. Mam nadzieję, że po wypaleniu się stosu nastąpi czas stypy. Ta zaś jest nie do pomyślenia bez mocniejszych trunków. Nie wiem czy mają ich wystarczającą ilość, lecz zawsze pewnie coś tam mają. Lepiej zatem nawiać nad ranem. Wtedy i człowiekowi trzeźwemu śpi się najlepiej. To daje większą szansę powodzenia naszego przedsięwzięcia. A póki co, pośpijmy nieco, gdyż mamy jeszcze sporo czasu.

Dobrze się mówi – pospać troszkę. Jak tu spać, gdy się jest podekscytowanym myślą o ucieczce. Czy się powiedzie? Zamykam oczy i usiłuję zasnąć. W głowie kłębią się gorączkowe myśli. Postanawiam, że musimy skrycie dotrzeć w to miejsce, skąd rankiem podglądaliśmy obóz. Potem, tak jak wtedy, wycofamy się do brodu, omijając czatę na buku. Gdyby nas jednak odkryto, nie zawaham się użyć noża. Będzie to tym łatwiejsze, że przeciwnik nie będzie się tego spodziewał. Cóż, jednego nie przewidziałem: nim noc zapadła na dobre, draby przed stypą związują wszystkim brańcom nogi, zaś koniec powroza okręcają wokół skrępowanych rzemieniem przegubów rąk. No nie, ale zabawa! Po chwili ostrożnie próbuję, na ile zredukowano mi możliwość wykonywania ruchów. Niestety znacznie. Ale i tak dam sobie radę. Muszę i już! Długo leżę bez ruchu, usiłując zasnąć. Ostatecznie trochę się uspokajam i sen skleja mi powieki. Wprawdzie nie trwa zbyt długo, ale zawsze to już coś.

Budzę się nagle. Wokół ciemno. Tylko przy ogrodzeniu jenieckiego „koralu” płonie niewielkie ognisko, oświetlając strażnika. Siedzi i chyba podrzemuje, opierając głowę o krótką włócznię trzymaną oburącz w pozycji pionowej. Pomiędzy gałęziami na ciemnym niebie przebijają jasne punkciki gwiazd oraz – już wysoko – widoczny jest wąski sierp księżyca.

– Już czas! Nie ma co marudzić! – Spoglądam na Mirkową mamę i Stacha. Mają oczy zamknięte. To nawet dobrze. I tak wpierw muszę przeciąć własne pęta. Podkurczam nogi, jak tylko mogę, by dać rękom jak największą swobodę. Wymacuję sznur mocujący nóż, łapię zań końcami palców obu dłoni i wyciągam z kieszeni. Przytrzymując „scyzoryk” pomiędzy kolanami, przystępuję do otwarcia ostrza. Po kilku nieudanych próbach ostrze zaskakuje z lekkim trzaskiem w pozycję końcową. Teraz mogę ciąć bez obawy. Ostrze jest zablokowane i nie ma szansy, żeby się złożyło. Trzymając nóż pomiędzy kolanami, przybliżam skrępowane przeguby rąk i ostrożnie zaczynam trzeć więzami po ostrzu. Nieco się przy tym pokaleczyłem, lecz nic to! Najważniejsze, że wkrótce mam wolne ręce. Chwila gimnastyki i krótki odpoczynek, aby przywrócić normalne krążenie krwi. Gdy już w palcach ustępuje mrowienie, biorę nóż w rękę i w mig rozcinam postronek krępujący nogi. Następnie podpełzam do pani Zbisławy i lekko ją trącam. Momentalnie otwiera oczy. Kładę palec na ustach. Kiwa głową, że rozumie. Parę ruchów nożem i więzy opadają na ziemię. Teraz kolej na Stacha. Pani Zbisława lekko nim potrząsa i prawie natychmiast szybko zakrywa dłonią mu usta, gdyż ten, jeszcze rozespany, ma zamiar marudzić. Szczęściem zdążyła na czas, by żaden dźwięk nie zakłócił nocnej ciszy.

– Cicho Stacho! Cicho! Pilnownik usłyszy!

Po chwili chłopak przychodzi zupełnie do siebie i wtedy zgrabnie rozcinam mu pęta. Jesteśmy wolni, jednak nadal we wrogim obozie.

Spoglądam na strażnika. W dalszym ciągu opiera głowę o tkwiący pionowo oszczep. Chowam nóż do kieszeni, wkładając zarazem koszulę do spodni. Zawsze to mniej białego na wierzchu, a i łatwiej sięgnąć po nóż. Szeptem informuję współtowarzyszy o kierunku, drodze i punkcie docelowym ucieczki. Ale wpierw musimy bezszelestnie opuścić obóz. Od tego wszystko zależy.

Z wolna, na czworakach, rozpoczynamy wycofywanie, macając przed sobą po ziemi rękoma, aby w porę odnaleźć ewentualny suchy patyk leżący na naszej trasie. Jego trzask pewnie w mig by postawił strażnika na nogi. Co chwilę spoglądam w jego kierunku, lecz – jak na razie – wszystko w porządku. Nadal siedzi przy dogasającym ognisku. Po jakimś czasie, z duszą na ramieniu, mijamy bokiem „koral” z końmi. Gorąco proszę Pana, żeby przypadkiem któryś nie zarżał. Dostrzegam postać strażnika przy koniach. Z emocji robi mi się gorąco i coś dławi za gardło. Odpełzamy w bok.

Nie wiem ile czasu zajęło nam pełzanie. Wydaje mi się, iż trwa już cały wiek. Jednak pewnie aż tyle znów tego nie było. Oddycham z lekką ulgą, gdy na koniec obóz niknie za drzewami. Teraz już możemy wstać i dalszą drogę kontynuować na nogach. Biorę Stacha za rękę, a jego łapie się pani Zbisława. Obieram kierunek zachodni i gęsiego, zważając aby nie wleźć na jakąś suszkę, wolno idziemy ku przeprawie. Jest już nieco jaśniej. Głęboki mrok ustąpił miejsca lekkiej szarości. Niebo na wschodzie wyraźnie pojaśniało. Dobrze to i źle. Lepiej widzimy, lecz i prędzej możemy zostać dostrzeżeni. Żeby tylko minąć czatę na buku! Niestety nie można zbytnio odejść ku północy, gdyż tam teren jest bardziej podmokły, przechodząc ostatecznie w bagnisko. Chlupot wody pod nogami wnet by nas zdradził. Pilnie patrząc pod nogi, wybieram właściwą drogę. Och, jak bym chciał przyspieszyć kroku, aby co rychlej się stąd oddalić! Niestety jest to chwilowo niemożliwe.

Z duszą na ramieniu, wolno posuwamy się w uprzednio obranym kierunku. Wypatruję w półmroku buka z wartownikiem, ale jakoś nie mogę go zlokalizować. Czyżbyśmy już minęli czatownię? Czuję kropelki potu perlące się na czole. To z emocji. Przecież nie jest wcale tak ciepło!

Raptem, z brzękiem skrzydełek, na mym spoconym czole ląduje komar. Puszczam Stacha i odruchowo – klap dłonią w krwiożerczą bestię. Trafiam, ale w tej samej chwili uświadamiam sobie, jakie strzeliłem głupstwo. Kretyn! Gdybym mógł, dałbym sobie sam po twarzy. Wolę jednak już więcej nie klaskać w sąsiedztwie wartownika. Łapię ponownie Stacha i przyspieszam kroku.

Właśnie mijamy dąb dźwigający na grubej kolumnie pnia piramidę gałęzi i liści, gdy nagle, o dwa kroki przed nosem, wyrasta zbrojna postać! Serce gwałtownie skacze ku gardle. Drab kieruje we mnie oszczep i wykonuje pchnięcie.

Gwałtowny uskok w bok. Ręka sama wskakuje do kieszeni. Nie zdążę już jednak otworzyć noża! W ręku wyczuwam znajomy kształt zapalniczki. Odruchowo kciukiem przestawiam zawór gazu do oporu.

Ponowny atak oszczepem!

Uskakuję za pień dębu, jednocześnie wyrywając rękę z kieszeni i wyciągam przed siebie. Pstryk! Z zapalniczki bucha długi, niebieskawy jęzor ognia w momencie, gdy zza pnia wyłania się obrośnięte kłakami pycho atakującego draba.

Wrzask, swąd palonych kłaków. Puszczony oszczep ląduje na ziemi. Drab uskakuje, zasłaniając oburącz twarz. Skaczę za nim i znów bucham ogniem. Tego mu już za wiele! Nagle widzę plecy mego przeciwnika, a po najbliższej okolicy rozlega się tętent galopującego w panicznej ucieczce draba. Niezwłocznie wracam pod dąb. Podejmuję z ziemi puszczony oszczep, łapię Stacha za rękę i ciągnę za sobą.

– Biegiem! Teraz już na nic skradanie! – Wypadamy na ścieżkę wiodącą do obozu. – Szybko! Ile tchu do przeprawy! Szybko, bo nas złapią! – Świszczące oddechy wtórują szaleńczemu biegowi. Gdy wypadamy na rozstaje dróg opodal przeprawy, Stacho pada bezsilnie na ziemię. Dopiero teraz spostrzegam, że ma zakrwawioną nogę. Bez chwili namysłu podnoszę go i biorę „na barana”.

– Szybko za rzekę! – Z chlupotem lądujemy w wodzie, w chwilę pokonując bród i już jesteśmy na drugim brzegu. Zawadza mi oszczep, lecz go przecież nie rzucę. Wszak to teraz prawie że nasza jedyna broń!

Pędzimy dalej w kierunku Gilowa. Jeszcze trochę! Czuję, że za chwilę braknie mi tchu, zaś Stacho na plecach staje się coraz cięższy. Przed oczyma zaczynają latać czerwone mroczki. Nie da rady, muszę stanąć. Resztkami sił opuszczam Stacha na ziemię. Siada, ja zaś walę się obok niego wyzuty z sił. Nade mną zatroskane oblicze Zbisławy.

Po chwili jako tako przychodzę do siebie. Spozieram na Stacha i kucającą obok niego matkę. Na lewym udzie chłopca widnieje szeroka, krwawiąca rana. Kiedyż on ją zainkasował?

Wyciągam koszulę ze spodni, by oderwać od dołu szeroki pas płótna. W następnej chwili bandażuję nim mocno zranione udo. Wstajemy. Teraz mama bierze Stacha na ręce. On obejmuje ją za szyję i znów ruszamy przed siebie. Byle umknąć pogoni! Że taka za nami już wyruszyła lub właśnie rusza – w to ani przez chwilę nie wątpię. Sądzę jednak, że obrany przez nas kierunek ucieczki zaskoczy łapaczy. Prędzej już chyba będą się spodziewali, że umykamy albo na północ – ku domowi i to nawet ich tajnym szlakiem, albo i na zachód – ku przyszłej Pszczynie. Kierunek południowy – w stronę Gilowa – wyda się pewnie Wyszomirowi niedorzeczny. No, bo niby gdzie byśmy mieli szukać schronienia – w Gilowie?! Ale pewnie i w tę stronę także uda się jakaś pościgowa grupa, zatem wypada nam jak najprędzej znikać z drogi.

Do Czciborowej ścieżki pozostał jeszcze kawałek drogi, gdy w półmroku budzącego się dnia, zza zakrętu wyłaniają się trzy niewyraźne ludzkie sylwetki. Natychmiast uskakujemy w bór, lecz słaba stąd pociecha. Chyba nas dostrzegli, tak jak i my ich. Proszę Zbisławę, żeby się ze Stachem schroniła głębiej w borze. Sam zaś przywarowuję za pniem drzewa. Wyjmuję z kieszeni nóż, otwieram i zatykam za sznurkiem imitującym pasek spodni. Mocniej ujmuję oszczep, zdecydowany drogo sprzedać swą skórę. Czekam w napięciu. Po chwili słyszę przyciszone głosy i w następnej mam już przed sobą nadciągającą trójkę. Rozglądają się po bokach, co by świadczyło, że nas jednak dostrzegli. Wystarczył mi rzut oka – wychodzę zza drzewa.

– Mirko, Przemko! – przytłumiony okrzyk zatrzymuje ich w miejscu. Z radości aż mi serce podskakuje.

– Sławko, ty tu?!

Wyskakuję na drogę. Witamy się radośnie. Spoglądam na towarzysza mych druhów. Jest to dojrzały mąż. Twarz jak gdyby mi skądś znana. Lecz skąd? Dopiero po chwili dochodzę, że to przecież twarz Czcibora – tyle tylko, że młodsza. Czyżby?

– To Czciborów syn, Witomir – jakby zgadując me myśli, mówi Mirko. Podaję mu rękę. Czuję mocny uścisk dłoni i słyszę krótkie: dzięki! Nie wiem jednak za co? Okazuje się, że idą próbować mnie uwolnić z rąk łapaczy. W tym momencie przypominam sobie Zbisławę i Stacha ukrytych w borze.

– Mirko – wskazuję kierunek ręką – tam jest twa mama i Stacho. Uciekliśmy chwataczom. Ścigają nas! Stacho zraniony w nogę! – Ledwie to wypowiedziałem, a tu już Mirka przy nas nie ma. Jedynie szybko oddalający się trzask suchych gałązek łamanych jego stopami świadczy, że jeszcze przed chwilą z nami był. Wobec tego i my podążamy wolno za nim.

– Za co dziękowaliście, Witomirze? Nie mogę tego dojść.

– Za Bognę, Sławko, to ma córa.

– Rzekła wam o rwaniu kwiecia?

– Rzekła.

– Nic to. Złe było, minęło! No, może jeszcze nie ze wszystkim, wszakże się już ma ku lepszemu.

Wkrótce dostrzegamy Mirka tulącego się do mamy i brata. Zwalniamy, by im dać jeszcze trochę czasu do nacieszenia się sobą. Niestety nie można go tracić zbyt wiele, skoro mamy pogoń na karku. Wprawdzie jest nas teraz czterech, w tym trzech zbrojnych w łuki, ale wolałbym spokojnie dotrzeć do Czciborowej zagrody. Przerywam czułą chwilę powitania, przynaglając do dalszej drogi. Musimy się spieszyć, żeby przynajmniej dojść traktem w to miejsce, z którego onegdaj, powodowani czujnym zachowaniem się Niuka, zjechaliśmy końmi w las. Zaczynamy powrót ku drodze. Zostało do niej może jeszcze kilkanaście kroków, gdy do naszych uszu dochodzi tętent końskich kopyt. W jednej chwili przypadamy do ziemi, kryjąc się za pniami drzew.

I oto już w stronę Gilowa przelatuje trzech jeźdźców. Rozglądają się bacznie wokoło, lustrując przyległy do traktu bór. Jak to dobrze, że jeszcze nie zdążyliśmy wyjść na drogę! Wprawdzie byśmy im dali rady, lecz łapacze mieliby wskazany prawidłowy kierunek pościgu.

Wracamy w gąszcz. Witomir podejmuje się doprowadzić nas borem do zagrody ojca. Będzie to wprawdzie mniej wygodne, jednak wszyscy doskonale rozumieją, jak niebezpiecznie jest się obecnie plątać po trakcie. Podążamy w milczeniu za Witomirem. Stacha wpierw niosą Mirko i Przemko, potem trochę ja i znowu Zbisława. Rana na szczęście przestała krwawić. Zaraz po przybyciu na miejsce trzeba będzie ją przemyć. Nim tam dotrzemy wypada zrobić odpoczynek. My – uciekinierzy, jesteśmy zdrowo zmachani. Siadamy na ziemi, opierając plecy o pnie drzew. Przy okazji pytam chłopaków o Niuka. Zostawiłem go przecież na gilowskiej polanie.

Ano właśnie! Dzięki Niukowi się zorientowali, że ze mną coś nie tak. Wieczorem przybiegł do zagrody zziajany i nieszczęśliwy. Wszędzie mnie szukał. Nie zwracał nawet uwagi na Burą, która za nim przybiegła do Czcibora. Chłopaków bardzo zdziwiło pojawienie się Niuka w psim towarzystwie, lecz Czcibor natychmiast poznał sukę Bogny. Wszak to siostra Czuja, przezeń podarowana wnuczce. Stąd wysnuli wniosek, że musiałem dotrzeć do Gilowa i spotkać Bognę, która prawie nigdy nie rozstaje się z Burą. I tam mnie spotkała jakaś przygoda, skoro Niuk powrócił bez pana. Sprawa uległa wyjaśnieniu późnym wieczorem, z chwilą przybycia Witomira. Bogna widziała łapaczy wywożących mnie z gródka. (Niuk na szczęście uganiał się wówczas z Burą po polach i tego nie dostrzegł. Dobrze, gdyż pewnie by go draby ustrzeliły, gdyby się im naprzykrzał). Nie tracąc czasu pobiegła do ojca i z płaczem wyznała wszystko o swej kąpieli w bagnisku, uratowaniu, mojej wyprawie do Gilowa oraz wywiezieniu mnie stamtąd przez trzech konnych. Witomir wpierw się na córkę okrutnie rozeźlił, lecz potem zaczął myśleć. Przykazał Bognie czekać, sam zaś poszedł do gródka wywiedzieć się – co i jak? Gdy już wszystko stało się jasne, wrócił z Lubą – swą żoną, do gospodarstwa. W międzyczasie Niuk, mając już dosyć ganiania, przypomniał sobie o mnie i pobiegł szukać pana. Bura poleciała za nim, wprawiając Bognę w jeszcze większą żałość. Po naradzie z żoną Witomir postanowił udać się do ojca, który – jako bardziej doświadczony, mógł udzielić dobrej rady. Bogna z mamą wróciła do gródka, zaś on, wziąwszy konia, pojechał do Czcibora. Tutaj spotkał mych towarzyszy oraz stwierdził ze zdziwieniem, że Czcibor nie tylko mnie zna, ale też i lubi. Bardzo go zasmuciła wieść o mej niewoli. Postanowili zatem urządzić wyprawę do obozu łapaczy, chcąc mnie uwolnić. Chłopcy znali jego dokładne położenie, mieli więc nadzieję całą rzecz przeprowadzić bez zbędnego hałasu. Gdyby zaś to okazało się niemożliwe, wtedy chcieli doczekać przybycia Radosza i wspólnie z nim przystąpić do akcji. Mieli trudności z Niukiem, który teraz nie chciał chłopców odstąpić ani na krok. Ostatecznie psy zostały zwabione do izby i tam zamknięte, gdzie czekają do naszego powrotu.

Wobec tego proszę o przedłużenie odpoczynku. Gdybym obecnie pojawił się w zagrodzie, Niuk narobi takiego harmideru, że by to nie uszło uwadze plątających się na trakcie łapaczy. – Poczekajmy zatem jeszcze trochę, aż z niczym wrócą do obozu. Konno drogę do Gilowa i z powrotem przebędą nie więcej niż w godzinę. Wtedy możemy już bez obawy zawitać u Czcibora, nie przejmując się zbytnio psim jazgotem. Witomir się śmieje i przytakuje:

– Bystryś Sławko!

W międzyczasie opowiadam o naszej ucieczce, lecz nie ze wszystkimi szczegółami. Potem, uznawszy że minęło już wystarczająco wiele czasu, ruszamy w dalszą drogę. Niebawem osiągamy ścieżkę do Czciborowej sadyby i to w niedalekiej odległości od polany.

Stojąc przed zamkniętą furtą, Witomir przyzywa ojca, naśladując kukułkę: cztery kukania – przerwa, znów cztery – przerwa i cztery. Po chwili furta uchyla swe podwoje. Wchodzimy. Zdziwiony Bartnik patrzy na nas. Tak szybko?!

Przedstawiam Zbisławę i Stacha. Proszę by zagotował wody. Czcibor otwiera drzwi chaty – no i wtedy się zaczyna! Wpierw śmignęło z nich coś czarnego, a za nim – trochę wolniej – Czuj i Bura. W następnej chwili biedne Niuczysko wprost oszalało! Padam na ziemię, jak podcięty kłos. Pies po mnie skacze, liżąc zapamiętale po twarzy. Piszczy przy tym, jak zarzynane prosię. Potem wykonuje galopem wielką ósemkę i po raz wtóry ląduję na trawie, z której jeszcze na dobre nie zdążyłem powstać. Radosne szczekanie oznajmia światu psie szczęście. Znów inkasuję rozkoszne „ślap, ślap”. Bura i Czuj, biorąc to za świetną zabawę, przyłączają się do Niuka i teraz już trzy psie mordy biorą mnie w obroty, zaś dwanaście łap, na przemian, spaceruje po mym biednym ciele. Reszta towarzystwa zdrowo się zaśmiewa, ale mnie bynajmniej nie do śmiechu. Ostatecznie wyswobadzam się z „psich objęć” i teraz ja przewracam Niuka na ziemię, tarmosząc jego futro. Zadowolone psisko popiskując wystawia brzuszysko do poklepywania. Bura i Czuj też chcą go troszkę potarmosić. Wkrótce jednak kończymy te czułości. Psiska radośnie galopują po obejściu, a my wreszcie możemy spokojnie wejść do chaty.

Nad paleniskiem bulgocze kociołek gotującej się wody. Tym razem nie muszę występować w charakterze sanitariusza, gdyż Czcibor zajmuję się Stachem. Przemywa ranę i okłada jakimś zielskiem. Niestety nie znam się na ziołach, zatem inicjatywę w tym względzie zostawiam bartnikowi.

Okazuje się, że Stacho został ranny w czasie pierwszego ataku wartownika. Ja uskoczyłem w porę, lecz grot oszczepu u krańca swej drogi napotkał Stachowe udo, stąd rana. Na szczęście nie została naruszona żadna ważna arteria krwioobiegu, jednak mięsień jest dosyć mocno rozorany. Myślę, że dobry byłby tutaj propolis, ale w jaki sposób wyskrobać kit pszczeli z barci?

Mam świadomość, że zarówno Czcibor, jak i jego syn, będą chcieli dokładnie poznać nasze przypadki w obozie oraz ucieczkę. Niezbyt mi się widzi wtajemniczanie następnych osób w moje dzieje i pochodzenie, co jest niestety nieuniknione, chociażby tylko z powodu zapalniczki. Wobec tego podpuszczam Zbisławę, żeby opowiedziała o ich pojmaniu przez Stroimira. Gdy kończy, „przypominam” sobie o Radoszu. Przecież mieliśmy na niego oczekiwać! Ustalamy więc dalszy „rozkład jazdy” na dzisiejszy dzień. Musimy jak najrychlej dotrzeć w miejsce, gdzie tajny szlak dochodzi do traktu. Witomir jest zaskoczony istnieniem tego szlaku. Tłumaczymy mu skąd i jak biegnie. Aby tam dotrzeć, najprościej byłoby skorzystać z drogi w kierunku Plessa. Cóż, kiedy w tej chwili jest to dosyć niebezpieczne. Pewnie roją się tam łapacze, jak wściekłe osy i źle byłoby ich spotkać.

Witomir zastanawia się dłuższą chwilę, a potem rzecz całą dyskutuje z ojcem. Na koniec podejmuje się wyruszyć z nami i doprowadzić w pożądane miejsce. Wprawdzie nie będzie to proste, jednak możliwe. Przedrzemy się borem. Zabieramy konieczny ekwipunek oraz zapas pożywienia. Zanim powrócimy do zagrody, dzień najpewniej dobiegnie końca. Przerzucam przez plecy pas ze „syrenką”. Jak to dobrze, że na gilowską wyprawę opasałem się swym zwyczajnym paskiem od spodni. W przeciwnym wypadku straciłbym pas Taty. Przy okazji pytam Witomira czy by się nie dało w jakiś sposób odzyskać utraconych w Gilowie rzeczy?

– Będzie to trudne, lecz przyrzeka pomoc.

Biorę kuszę z zapasem Luborowych strzał przerobionych na bełty. Te żelazne zostawiam na miejscu. Zastanawiam się chwilę nad hełmem. Nie bardzo mi się chce taszczyć przyciężkiego garnka. Jest ciepło, a dzień zapowiada się upalny, lecz świadomość wyruszenia – kto wie czy nie na wojenną wyprawę – sprawia, że decyduję go zabrać.

Moje spodnie i łapcie wprawdzie jeszcze nie całkiem wyschły po porannej przeprawie przez Pszczynkę, ale to nie szkodzi. Doschną w czasie drogi. Wyjmuję ukradkiem z kieszonki zegarek, chcąc sprawdzić czy mu nie zaszkodziła przymusowa kąpiel. Ale nie, jest przecież wodoodporny i anty wstrząsowy. Kompasik również zniósł wodną próbę. Sprawdzam zapalniczkę i nóż. Przy okazji wycieram je do sucha i ze zakamarków wydmuchuję resztki wilgoci. Za to moje gwoździe zardzewiały. Cóż, niestety ostatnimi czasy wciąż chadzam w mokrych łachach. Jeżeli tak dalej pójdzie, to mi jeszcze pomiędzy palcami gotowe wyrosnąć błony pławne – jak u żaby! Do plastikowego pojemniczka z przyborami do szycia woda nie weszła. Nawet nie przypuszczałem, że jest taki szczelny.

Jestem też w kropce, co zrobić z Niukiem? Nie chciałbym go znowu opuszczać, zaś z drugiej strony zdaję sobie sprawę, że mi może cokolwiek przeszkadzać. Długo się łamię, jednak ostatecznie decyduję psa zabrać. Szykuję dla niego długi postronek. Bura ze swym braciszkiem muszą jednak pozostać na miejscu. Nie da rady ich wziąć.

Słońce wspięło się już nieco na swej codziennej drodze, gdy ruszamy w bór. Prowadzi Witomir. Przedzierając się knieją, omijamy powalone na ziemię leśne olbrzymy. Męczymy się również z kilkoma mokradłami, te mniejsze i bezpieczniejsze przebywając w bród, zaś większe obchodząc. Gdy słońce osiąga zenit, docieramy do Pszczynki i to w rejonie zupełnie dobrej przeprawy, którą stanowi zwalony w poprzek koryta pień grubego dębu. Musi tu już leżeć tak od lat i zapewne jeszcze długo poleży – chyba, że porwany jakąś większą powodzią spłynie w dół rzeki.

Przechodzimy na drugi brzeg suchą nogą i przebywszy jeszcze kawałek drogi pośród leśnej gęstwiny, osiągamy w końcu znany trakt, biegnący z zachodu na wschód. Teraz pozostaje tylko zlokalizować miejsce zakończenia tajnej ścieżki łapaczy. Wypada to czynić nad wyraz ostrożnie, aby w razie pojawienia się na drodze Medzamirowych drabów, w porę zniknąć w borze. Z daleka trudno ich przyjdzie odróżnić od ludzi Radosza. Na wszelki więc wypadek musimy pryskać w bór na widok każdego zbrojnego oddziału.

Schodzi troszkę czasu na odszukanie zaciosu znaczącego bliskość tajnej ścieżki. Ostrożnie badamy ślady. Witomir jest tu niekwestionowanym autorytetem. Stwierdza, że ze świeżych tropów jedynie cztery są dzisiejsze i wiodą od obozu. Znaczy to, że w tej chwili czterech jeźdźców przebywa na szlaku. To się mogą rychło nadziać na Radosza albo i też on na nich. Wszystko zależy od tego, kto będzie sprytniejszy i bardziej czujny. Nie pozostaje nam nic innego do roboty, jak tylko cierpliwie czekać. Wyszukujemy więc wygodne i dobre stanowiska przy polance kończącej tę podobno jeszcze celtycką ścieżkę.

Rozkładam się z Niukiem pomiędzy korzeniami dużej sosny. Stąd mam dobry widok nie tylko na polanę, ale i kawałek szlaku. Opodal lokuje się reszta towarzystwa. Napinam kuszę i zakładam bełt. Obok kładę hełm tak, aby w razie potrzeby móc go szybko włożyć na głowę. „Syrenkę” nadal zostawiam przewieszoną przez plecy. Przy pasie tylko by mi wadziła.

Jak to dobrze i przyjemnie uwalić się na ziemi, wypoczywając po trudach dotychczasowej wędrówki – tym bardziej, że spodnie już mi zdążyły przeschnąć. Na wszelki wypadek przywiązuję Niuka do drzewa.

Nie wiem ile czasu tak siedzimy zaczajeni. Może minęła godzina, a może jeszcze nie. W pewnym momencie Witomir przykłada ucho do ziemi.

– Jadą!

Jak on wyczuł, kiedy przyłożyć ucho? Zrobił to jednak w odpowiedniej chwili. Wkładam na głowę hełm. Kusza gotowa do strzału. Witomir i chłopcy ujmują łuki w dłonie, zakładając strzały na cięciwach. Wstajemy, kryjąc się za pniami drzew. Na razie niczego nie widać, chociaż już z dala dochodzi słaby jeszcze, lecz z każdą chwilą przybierający na sile, tętent galopujących koni. Ile koni? Cztery? Niestety nie wiem. Wkrótce i tak ujrzymy. Oni natomiast nie mają o nas pojęcia. Pełne zaskoczenie! Zastanawiam się nad unieszkodliwieniem łapacza bez pozbawiania go życia. Pomimo wszystko mam opory przed zabijaniem. Moje rozmyślanie gwałtownie kończy pojawienie się na ścieżce galopującego jeźdźca. Jeszcze daleko, jak na celny strzał. Ogląda się nerwowo za siebie i ponagla szkapę do biegu. A więc to łapacz i to tylko jeden! Ucieka! Słychać narastający tętent i ukazują się następni jeźdźcy. Ci to ani chybi ścigają. Też nie żałują koniom. Łapacz jest już blisko. Wyskakuję zza pnia, mierząc kuszą w draba i krzyczę:

– Stój! – Niestety znów palnąłem głupstwo, stosując nasze dwudziestowieczne kryteria. Drab błyskawicznie ciska oszczepem we mnie. Gdybym równocześnie błyskawicznie nie uskoczył za pień, byłby mnie nań nadział, jak prosiaka na rożen. Za to Witomir i chłopcy nie wygłupiają się tak jak ja, tylko w mig czynią użytek z łuków. Jeździec pręży się w siodle, puszcza wodze i ciężko pada na ziemię. Tkwią w nim trzy strzały i chyba każda jest skuteczna. Koń jeszcze chwilę galopuje bez jeźdźca, lecz pozbawiony jego ciężaru i nie powodowany jego wolą porusza się coraz wolniej, aż na koniec staje. Przemko biegnie go schwytać. Źle byłoby, gdyby sam, bez jeźdźca, osiągnął obóz. Po chwili już trzyma rumaka za wodze.

W napięciu patrzę na zbliżających się wojów. W następnej chwili napięcie ustępuje radości, gdyż wśród nadjeżdżających rozpoznaję Radosza. Opuszczamy ukrycie, machając do nich rękoma. Przemko na widok ojca wskakuje na zdobycznego konia i podjeżdża ku niemu.

– Witajcie Radoszu! – Przedstawiamy Witomira. Radosz zeskakuje na ziemię i podaje mu rękę. Podchodzą do powalonego draba. Temu już nic nie pomoże.

Tymczasem nadciąga reszta Radoszowej drużyny. Liczy dwudziestu pięciu chłopa. Zatrzymują się na polanie. Ta zaś jest za ciasna, aby pomieścić tylu, więc część koni zostaje na ścieżce.

Mirko z Przemkiem zdają sprawę żupanowi z naszych dotychczasowych dokonań. Trwa to dłuższą chwilę, chociaż starają się streszczać. Gdy mówią o mym pojmaniu i ucieczce z obozu, żupan spogląda na mnie uważnie i na koniec z uznaniem kiwa głową. Opowiadam szczegółowo o położeniu obozu łapaczy. Dla lepszego zobrazowania rzeczy biorę patyczek i na zagrabionym palcami piasku rysuję plan obozu oraz jego najbliższej okolicy, tłumacząc przy okazji, co czym jest. Patrzą na to zdziwieni, a zarazem w skupieniu. Może po raz pierwszy spotykają się z czymś takim?

Następuje wojenna narada. Przy okazji pytam Radosza o trzech pozostałych łapaczy ze szlaku. Machnął tylko ręką – zabici!

– A ich konie?

– Schwytane.

– To bardzo dobrze. Nie ma zatem przeszkód, żeby zrealizować pomysł, który mi zaświtał przed chwilą. Niezwłocznie przystępuję do rzeczy:

– A gdyby tak przebrać czterech wojów w odzienie łapaczy i na ich koniach podjechać do obozu? Znam sygnał dla wartownika, że nadjeżdżają swoi. Mogą zatem otwarcie podjechać, zdjąć go i wtedy reszta żupanowej drużyny – no może nie wszyscy, trzeba by chyba dać kilku na obstawę z boku – wjedzie do obozu, zaskakując Wyszomira. Radosz w lot łapie moją propozycję.

– Z boku także trzeba uderzyć albo przynajmniej pilnować, żeby nikt nie umknął w bór.

Jeszcze chwila i kończymy. Radosz wydaje rozkazy. Trzej zbrojni wracają na szlak, aby obedrzeć pobitych. Trwa to jakiś czas. Potem Witomir i trzej żupanowi woje wdziewają na siebie kaftany zabitych, zbrojąc się w ich broń. Witomir nawet wyrywa z sosny ciśnięty we mnie oszczep. Wsiadają na konie łapaczy. Odwiązuję Niuka, ale nadal pozostaje na długim powrozie. Dosiadamy koni po przebierańcach i wolno ruszamy. Przodem podąża ucharakteryzowana na łapaczy czwórka. W pewnym oddaleniu za nimi reszta i to zupełnie przy skraju drogi. Przebierańcy jadą jej środkiem. Wnet osiągamy rozstaje dróg. Wjeżdżamy w bór. Nam, chłopcom, Radosz przydaje do towarzystwa jeszcze trzech wojów. Zostawiwszy konie, szybko – jak tylko na to pozwala sytuacja – przedzieramy się gęstwiną, by zajść obóz z boku. Teraz trzymam psa przy nodze, dzierżąc powróz w prawej dłoni. Dla pewności jego końcem owiązałem się w pasie.

Jesteśmy prawie że na wysokości buka z czatowniczym stanowiskiem, gdy ścieżką nadjeżdżają przebierańcy. Zawczasu podają umówiony znak. Czatownik, wyraźnie odprężony, zwalnia napiętą cięciwę i zdejmuje założoną strzałę. I w tym momencie, omalże przy uchu, zaśpiewały mi najmniej trzy łuki, śląc śmiercionośne pozdrowienia wartownikowi. Ten, rozłożywszy ręce, bez wydania dźwięku, spada na ziemię. Witomir wolno rusza do przodu. Za chwilę do ataku ruszy Radosz z resztą wojów.

Nie czekając na nic idziemy dalej, by zdążyć na czas zajść obóz z boku. Lecz i tak mamy opóźnienie. Zawsze to koń jest szybszy od pieszego, tym bardziej, gdy ten musi się przedzierać borem, a koń ma do dyspozycji ścieżkę.

Słychać tętent nadciągającej Radoszowej drużyny. Zaraz też dochodzi nas, wpierw pojedynczy okrzyk, zastąpiony po chwili wrzawą.

– No, musi tam być gorąco!

Dopadamy wyznaczonej pozycji. Jesteśmy jednak znacznie bliżej obozu niż podczas porannego zwiadu. Na placu boju kłębią się konni i piesi. Na piechotkę walczą zaskoczeni łapacze. Dwu z nich, dostawszy się w bezpośrednie sąsiedztwo końskiego „koralu”, usiłuje dosiąść rumaków. Jęknęły cięciwy łuków, świst lecących strzał i już nikt nie ma chęci na konne przejażdżki.

Teraz przychodzi kolej na wyłuskiwanie z bitewnego zamętu podwładnych kniazia Medzamira i częstowanie ich strzałami. Wprawdzie strzelam wolniej niż moi towarzysze, ale mnie się wcale nie spieszy kogokolwiek zabijać. Celuję w nogi, a już najbardziej w tyłki. Zajmuje mi to nieco czasu, no bo przecież nie zawsze draby wystawiają na mnie swe półkule. Lecz gdy już któryś to uczyni, może być pewny trafienia. Zwracam przy tym pilną uwagę i na „jeniecką zagródkę”, wciąż pamiętając wściekły wyczyn Awara. Już tam przypilnuję, aby nic podobnego tutaj się nie przydarzyło. Lecz, jak dotychczas, nikt nie ma czasu nawet pomyśleć o wyrzynaniu jeńców. Łapacze są zbyt zaabsorbowani ratowaniem własnej skóry.

W pewnym momencie trzech bierze kurs w naszym kierunku, chcąc najwyraźniej opuścić obóz i walczących towarzyszy. Widocznie nie gustują w przegranych bojach i wolą raczej zająć się zwiedzaniem pobliskiego boru. Niestety moi towarzysze w zarodku likwidują ich krajoznawcze ciągotki.

Bój najwyraźniej ma się ku końcowi. Zaskoczeni nie mieli czasu na zorganizowanie obrony. Możliwe, że nawet nie zastanawiali się nad taką możliwością. Przecież nie przybyli tutaj dla prowadzenia bohaterskich walk i zyskania sławy, lecz na zwyczajną grabież i plądrowanie pomniejszych gródków oraz samotnych zagród. Ponadto Radosz ma przewagę wynikającą ze zaskoczenia.

Znów ktoś ma zamiar dać nura w bór. Jesteśmy jednak czujni i rychło mu ów zamysł zostaje wyperswadowany strzałami. Właściwie to bój trwa jeszcze tylko w głębi obozu. Z naszego miejsca nie bardzo możemy dostrzec, co się tam dzieje. Słychać jedynie słabszą już wrzawę i od czasu do czasu coś tam mignie pomiędzy drzewami. Uznajemy przeto, iż należy się zbliżyć do placu boju. Na dotychczasowym miejscu nie mamy co robić.

Przebiegając obok brańców rozcinamy kilku pęta i ukazując na pobitych, każemy zabrać ich broń oraz uwolnić z więzów resztę współtowarzyszy niewoli. Niechaj jednak nadal siedzą w zagródce, by ich ktoś przypadkiem za chwataczy nie poczytał.

W międzyczasie bój przesuwa się jeszcze bardziej ku południowemu wschodowi. Zaraz łapacze zostaną przyparci do rzeki i wtedy koniec z nimi!

Odwiązuję linkę Niuka i puszczam psa wolno. W tym momencie przypominam sobie o Unisławie. Gdzie teraz jest? Był więziony w szałasie, tylko którym? Niestety nie wiem. Chyba go Wyszomir nie trzymał w swoim? Podbiegam do szałasu wodza. Nie, tutaj nikogo nie ma. Wewnątrz lekki bałagan. Dostrzegam leżący w kącie łuk i kołczan strzał. A więc nawet nie zdążył ich zabrać!

Warto by przeszukać szałas, lecz teraz nie ma na to czasu. Łapię tylko kołczan ze strzałami, które wydają mi się takie same jak Luborowe i wyskakuję na zewnątrz. Zaglądam do sąsiednich szałasów, ale i te są puste. Biegnę zatem za mymi towarzyszami, którzy mnie już znacznie wyprzedzili. Przybywam na plac boju, gdy prawie kończy się dożynanie nieszczęsnej ekspedycji kniazia. Kilku łapaczy usiłuje umknąć wpław przez Pszczynkę. Cóż, kiedy niestety większość z nich zostaje już w niej na zawsze. Komuś jednak się to powiodło i właśnie znikał pośród drzew ścigany rojem strzał. Patrzę w dół rzeki, na której dostrzegam szybko oddalające się czółno. Siedzi w nim dwu gwałtownie machających wiosłami drabów. Jeden odwraca głowę i chociaż odległość jest duża, rozpoznaję Wyszomira.

– Ucieka przeklęty! Ale był przezorny. Zabezpieczył sobie odwrót wodą. Że też nie wiedziałem o łódce! Przypominam sobie słowa Zbisławy, że Wyszomir odpowiada głową za dostarczenie Unisława kniaziowi. Robi mi się gorąco. Czyżby zdołał go zawlec do łódki i porwał ze sobą?

Pędzę w dół rzeki, ile tylko sił w nogach. Dystans między mną, a czółnem trochę się zmniejszył, lecz wkrótce pod nogami zaczyna chlupotać błoto.

– Dalej nie da rady – znów to cholerne bagno! – Podrzut kuszy do oka, chwilka celowania i brzdęk! Bełt pomknął za czółnem. Jedna z siedzących w łódce postaci wykonuje gwałtowny ruch, a puszczone wiosło ląduje w wodzie. Po chwili do uszu dolatuje słaby okrzyk. Ponownie naciągam kuszę, celuję i puszczam bełt. Niestety uciekający są już na granicy zasięgu kuszy i bełt wpada do rzeki. Nic więcej nie mogę zdziałać. Czółno niknie za zakolem. Dokąd popłyną? Wpierw do Wisły, lecz przecież nie dalej z jej biegiem, ku Bałtykowi. Tam nie mają czego szukać. Więc chyba jednak w górę biegu Wisły, żeby znaleźć pomoc u Włodzisława w Gilowie. Tak, to jest prawdopodobne. Zejdzie im trochę czasu nim dopłyną w sąsiedztwo Gilowa, zatem powinniśmy zdążyć przed nimi, tym bardziej, że obecnie tylko jeden wiosłuje. Chyba, że wyłowią drugie wiosło?

Co do zadanej rany, wątpię żeby była poważną. Bełt trafił przecież przy końcu swego lotu i siła uderzenia nie mogła być już duża. Jednak zawsze to Wyszomir ma na swej skórze mój znak, który mu w najbliższych dniach nieco uprzykrzy życie.

Powtórnie zastanawiam się czy zdołał zawlec Unisława do łódki? Trzeba wrócić i zobaczyć w obozie, czy aby go tam nie ma? Jeżeli nie, to nasza wyprawa jeszcze się nie skończyła.

– Chodź Niuku! Musimy wrócić i poszukać Mirkowego ojca.


 

1 świepiota – dziupla zasiedlona przez pszczoły.

2 ciosa – zaciosany na pniu znak własności bartnika.

3 dzianie – drążenie dziupli przeznaczonej na barć.

4 lędziny – pola po wypalonym lesie.

5 żerzca – żerca – kapłan ofiarnik sławiący bóstwo. (żerzeć = sławić)

6 szędzioły – gonty. (wąska drewniana dachówka)

7 obiata – ofiara.

8 cni ci się – tęskno ci.

Udostępnij

Share on facebook
Facebook
Skip to content