ODCINEK 3

Przez dwa miesiące, które upłynęły od naszego ostatniego spotkania, Borzysław miał wiele czasu na przemyślenie uzyskanych wtedy wiadomości. Teraz więc by rad powrócić do tamtej rozmowy. I w następnej chwili zostaję zasypany istną lawiną pytań, spod której muszę się mozolnie wygrzebywać. Nim się spostrzegłem, minęło południe. W gardle mi zaschło, a tu znikąd wypatrywać ratunku. Cóż, kiedy widać Swaróg uznał, że już dosyć robienia piany z mózgu jego kapłanowi, gdyż na ścieżce pod lasem pojawia się Zbyszko z obiadem. Tym razem przygotowała go u siebie Zbyszkowa mama i już gotowy przysłała na świętą górkę. Z ulgą w sercu przyjmuję ratunek zesłany jak gdyby z nieba i chwilę wytchnienia, która teraz niechybnie nastąpi.

Podczas posiłku niewiele mówimy. Ale po obiedzie zapewne nie obędzie się bez dalszego gadania. Wszakże w tym wypadku Swaróg wykazuje żelazną konsekwencję. Jeżeli rzekł dosyć – to znaczy, że dosyć i nie ma od jego wyroku odwołania. Nie dochodzi do dalszej dysputy. Od lasu nadchodzi chłopak ubrany w skórzany kubrak. Ponad ramieniem sterczy łuk, zaś ponad drugim – upierzone brzechwy strzał tkwiące w kołczanie. U pasa dynda zgrabny nożyk. I nie jest to ktoś obcy, gdyż podchodzi pewnie, z uśmiechem na twarzy. Tak na oko, oceniam go na czternaście – piętnaście lat. Witając Borzysława rzuca na mnie krótkie, bystre spojrzenie. Żerzca pyta czy się znamy. Nie zdążyłem nawet pomyśleć skąd mógłbym go znać, gdy chłopak wyciąga do mnie rękę, rzucając swe imię: Borzysław. Widząc, że nadal nie bardzo jeszcze kontaktuję, oświeca mnie, że jest bratem Bogny.

– Aha! – Tutaj sobie przypominam, że przecież pierworodny Witomira wziął imię wuja – żerzcy. Do tej pory nie miałem jakoś okazji go poznać. Pewnie w Gilowie miał już jakieś stałe zajęcia nie pozwalające na zbyt częste odwiedziny dziadka. Zresztą, może tylko tak się złożyło, że w czasie mego pobytu u Czcibora on go prawie nie odwiedził? Lecz teraz mam wreszcie okazję poznać Witomirowego syna. I muszę przyznać, że mi się spodobał od pierwszego wejrzenia.

– Ciekawe czy przybył tutaj mym śladem, czy też z innego powodu? – Ale nie wypada o to pytać. Poczekam aż sam wyjawi cel przyjazdu. Nie chcę sprawiać wrażenia ciekawskiego. Tak nie wypada, chociaż wprost aż mnie korci, żeby zapytać o pożar i reakcji gilowian na znalezienie nieszczęsnego Ninogniewa na stryszku Czciborowej chatki.

Niedługo muszę czekać na zaspokojenie ciekawości. Okazuje się, że Borzysława przysyła Witomir z pilną prośbą o pomoc. Przy gaszeniu ognia i ratowaniu koni z płonącej stajni, Czcibor został ranny i poparzony, gdy to go przygniotła płonąca belka walącego się dachu. Witomir również oberwał przy tej okazji. Ponadto jest ranny jeden z pachołków, zaś drugi chyba spłonął wraz ze stajnią. Pytam o stodoły:

– Co z nimi?

– Na szczęście ocalały. Spaliła się tylko stajnia i część ogrodzenia oraz stóg siana stojący opodal stajni.

Potem rozmowa schodzi na Ninogniewa. Jego ucieczkę dostrzeżono późnym rankiem. Prędzej wszyscy byli zajęci pożarem, więc fakt ten ujawnił się dopiero wtedy, gdy wściekły Włodzisław kazał przyprowadzić więźnia przed swe oblicze. I wtedy się okazało, że jama jest otwarta, zaś wewnątrz pusto. Furia Włodzisława osiągnęła zenit, gdy znaleziono ukryte zwłoki strażnika. Dostał pchnięcie nożem w plecy, które utorowało wspólnikowi Ninogniewa wolną drogę do jamy. W jaki sposób wydostali się z gródka – nie wiadomo. W każdym bądź razie pożar był związany z ucieczką Ninogniewa. Niestety nie było wiadome czy wpierw wspólnik podpalił gospodarstwo, żeby odwrócić uwagę od więźnia, czy też stajnię podpalono dla zemsty już po ucieczce z gródka. Jeżeli o mnie chodzi to uważam, że dopiero po. Skąd bowiem Ninogniew by miał osiodłanego konia i to jeszcze z pełnymi sakwami przy siodle? Szkoda, iż nie pomyślałem o przeszukaniu jego dobytku. Teraz już na to za późno. Mądry Polak po szkodzie!

Za zbiegłym więźniem i jego wspólnikiem wyruszył pościg, lecz Borzysław wątpił w jego skuteczność. Zbiegowie mieli dosyć czasu, by umknąć w bezpieczne miejsce. Witomir sądził, że pewnie do Plessa, gdzie Ninogniew miał znajomków, a może i nawet dalej. Do wyjazdu Borzysława z Gilowa jeszcze nie ustalono, kto był wspólnikiem gospodzkiego, lecz do tej pory pewnie już to odkryto. To mnie zastanowiło.

– Gdzie się podział wspólnik Ninogniewa? Przecież na Czciborową polanę przybył tylko sam ex – oberżysta. Chyba, żeby w czasie, gdy żądny zemsty Ninogniew zboczył do zagrody bartnika, by ją puścić z dymem, ten już ruszył przodem, przygotować w Plessie dla nich schronienie albo i dalszą ucieczkę? To i szczęście, że tak się stało. Z dwoma przeciwnikami miałbym twardy orzech do zgryzienia. Głupi był Ninogniew! Gdyby nie żądza zemsty na bogu ducha winnym Czciborze, żył by dotąd i mógł sobie na nowo ułożyć życie w innym miejscu. A tak, nie tylko, że nie zrealizował swego zamysłu, lecz jeszcze sam idiotycznie nadział się na moją „syrenkę”.

Uświadamiam brata Bogny, gdzie znajdą zbiega. Nim jednak powiadomi o tym Włodzisława, niechaj wpierw pogada z ojcem. Żerzca obiecuje tego dopilnować. Krząta się po izbie, zbierając potrzebne rzeczy. Jest problem z koniem, gdyż takiego nie posiada, bo i po co? Rzadko kiedy opuszcza świętą górkę, zaś gdy już musi, korzysta z własnych nóg lub wierzchowca użyczonego przez Zbyszkowego ojca.

– Proszę więc, aby tym razem skorzystał z mojej Ilvy. Zbyszko jeszcze sobie na niej dosyć pojeździ. Ja tymczasem zostanę na miejscu i poczekam jego powrotu, bowiem do nikąd mi nie spieszno. Z głodu pewnie nie zginiemy – dodaję ze śmiechem. Chyba już Zbyszko do tego nie dopuści. Zresztą, wystarczy zupełnie tego, co jest na miejscu, by nie głodować.

Młody Borzysław ujmuje tłumoczek żerzcy i wychodzą. Odprowadzam ich z Niukiem na polankę w siodle. Tam żerzca dosiada konia młodego Gila, po czym ruszają ścieżką w dół. Towarzyszy im Zbyszko. Przygotuje Ilvę do drogi, a potem może robić co chce, gdyż mnie do posługi nie jest potrzebny. Jeśli ma ochotę, może przyjść rano, lecz nie musi. Borzysławowych wiktuałów zgromadzonych w komorze z powodzeniem wystarczy na dzisiejszą wieczerzę i jutrzejsze śniadanie.

Wolno wracam na szczyt. Poranny wiatr, zrazu lekki, w miarę upływu czasu przybierał na sile i teraz zupełnie już śmiało poczyna sobie z drzewami porastającymi stoki wzgórza. Po lesie niesie się szum, zaś zerwane wiatrem kolorowe liście lecą w dal pomiędzy plątaninę gałęzi i pni, by na ostatek opaść na ziemię w sporej odległości od macierzystego drzewa. Po niebie płyną chmury napuszone jak pierzyny, a od zachodu – wysoko ponad nimi – ukazują się pierwsze, strzępiaste piórka strato cirrusów. Wygląda na to, że wkrótce pogoda ulegnie zmianie. Jest godzina druga po południu i do zachodu słońca pozostało jeszcze około trzech godzin. Łazikujemy z Niukiem po lesie, a następnie obchodzimy dookoła polanę szczytową, z kąciną na kulminacji wzgórza. Spoglądam w dół na domki osady, puste jesienne pola, na których pasą się teraz domowe zwierzaki i drogę – jakby wstęgę – biegnącą w bór ku gródkowi nad Mleczną. Słońce z wolna chyli się ponad bezmierną równiną boru, od czasu do czasu przesłaniane większym piernatem chmury. Szkoda, że nie przyszedłem tutaj prędzej, aby popatrzeć z góry za odjeżdżającymi Borzysławami. Jeszcze raz spoglądam na osadę. Ciekawe, który domek jest zajazdem prowadzonym przez Zbyszkowych rodziców? Właściwie to o Zbyszku niczego nie wiem. Czy ma rodzeństwo, czy też nie? Jeżeli mnie odwiedzi, pogadamy sobie. Opowiem mu trochę o mych przygodach. Pewnie go zaciekawią. Może przy okazji dowiem się czegoś o nim i o życiu w kręgu Swarogowej górki?

Potem, już w Borzysławowej izbie, przygotowuję wieczerzę, którą ze smakiem natychmiast zjadamy. Słońce właśnie zachodzi za horyzontem, rzucając ostatnie blaski na bezkresny bór. Nim jeszcze na dobre mrok spowije ziemię, wypada przynieść wody. Łapię cebrzyk z kąta i wio do źródła. Że też wcześniej o tym nie pomyślałem! Mam nadzieję, że zdążę. Jednak czy to źle obliczyłem potrzebny na drogę czas, czy powrót z pełnym naczyniem zabrał go o wiele więcej niż przypuszczałem – efekt jest taki, że na szczycie ląduję już po ciemku. Łażenie nocą po lesie i to w dodatku z pełnym cebrzykiem jest niezbyt wygodne, a tym bardziej nie należy do przyjemności. Drogą rzucam pod swym adresem sporo niecenzuralnych przymiotników, które niestety nie są w stanie niczego zmienić. Co chwilę leje mi się woda do butów, a to znów na kubrak bądź spodnie. Istna droga przez mękę! Do chatki żerzcy wracam solidnie zmoczony i z ledwie połową zaczerpniętej wody. Na jutro obiecuję sobie być mądrzejszym. Wpierw zrobię nosidło i cały transport poniosę na ramionach, przytrzymując cebrzyki rękoma. Wtedy straty winny być o wiele mniejsze. Stawiam nieszczęsny cebrzyk na ławie przed domem i ochlapuję się pobieżnie. Na solidne mycie nie mam już dzisiaj ochoty. Zrobię to jutro. Resztę wody zabieram do izby. Na palenisku żarzy się jeszcze parę węglików. Kładę na nie kilka suchych świerkowych gałązek i dmuchając dłuższą chwilę, usiłuję ponownie rozniecić ogień.

– Ale ze mnie fujara! Zamiast w porę przyłożyć w ogień parę grubych szczap, dopuściłem omal do jego wygaśnięcia. Teraz muszę się męczyć z ponownym rozpalaniem. Ostatecznie udaje mi się uzyskać mały płomyk, który wnet ogarnia całą porcję suszu. Dokładam następną, a na to już grubsze polana. Jest ich na podorędziu spory zapas. Pewnie Zbyszko w wolnych chwilach rąbie drwa, sposobiąc niezbędną ilość opału.

Zaraz mi lepiej, gdy ogień zapłonął na nowo, rzucając na ściany izby ruchliwe blaski i cienie. Dokładam parę grubych szczap. Te winny wystarczyć na dłużej i wreszcie mogę się zająć mokrym odzieniem. Siadam na ławie i w tym momencie dostrzegam na stole gliniany garnek nakryty białą chustką, a na niej kilka podpłomyków.

– Jednak Zbyszko przyniósł nam wieczerzę. – Zaglądam jakież to specjały zawiera garnek? Jest wypełniony prawie że po wierzch gotowanymi jagłami, obficie okraszonymi zawiesistym sosem z mięsiwem. Pachnie bardzo smakowicie i ślinka, tak jakoś sama, zaczyna mi napływać do ust. Cóż, kiedy nie jestem głodny. Przecież niedawno napchaliśmy żołądki do syta. Drogą do źródła i z powrotem jedzenie zdążyło się już troszkę ułożyć, czyniąc miejsce na jeszcze małe co nieco. Ale opychanie się na noc nie jest zdrowe i podobno powoduje ciężkie sny. Postanawiam zostawić sobie ten przysmak na śniadanie. Będzie jak znalazł. Wystarczy o świcie garniec przystawić do ognia, podgrzać jego zawartość i już mam gotowy posiłek dla mnie oraz Niuka.

Widzę, że pies rad by się dobrać do garnca natychmiast. Spogląda na niego pożądliwie i się oblizuje.

– O nie piesku! Obżarstwo jest grzechem! Wprawdzie mało to cię obchodzi, jako że pieski nie grzeszą, lecz to znów nie powód, żeby sobie folgować. I nie patrz tak na mnie. Dzisiaj nic już nie dostaniesz. To na jutro. Pojmujesz czarnuchu? – Dla pewności wystawiam garnek na ławę przed chatą i na powrót przykrywam chustką, przyciskając ją dnem garnka, by nie uleciała porwana wiatrem. No, teraz możemy spać spokojnie do rana. Nic nas nie będzie kusiło. Pies kilka razy macha ogonem, wciąż pożądliwie spoglądając na garnek. Łapię go za kudły na karku i wciągam do izby. Zamknąwszy drzwi, rygluję je drewnianą zasuwą. Klękam przy ławie, aby podziękować Panu za wszystko, czym nas dzisiaj obdarzył, a zarazem prosić dobrej i spokojnej nocy oraz szczęśliwego jutrzejszego dnia. Wzdycham również za mymi przyjaciółmi, zaś szczególnie za Czciborem, prosząc dla niego o zdrowie. Na koniec proszę jeszcze za Mamą i Tatą oraz Mirkiem i Stasiem, chociaż nieraz już się zastanawiałem, jak to z nimi jest? Przecież oni będą dopiero za przeszło tysiąc lat! Ostatecznie jednak uznałem, że mniejsza z tym tysiącem. Będę się modlił, zaś Pan Bóg już sobie z tym jakoś poradzi – wszak jest wszechmocny. Na koniec zdejmuję zmoczoną odzież i przyłożywszy jeszcze do ognia cztery grube bukowe szczapy, kładę się na posłaniu i okrywam derką.

Przyjemnie jest tak leżeć wygodnie, spozierając w tańczące na palenisku płomienie. Za oknem hula wiatr, grając pośród gałęzi drzew jak na organach. A ja leżę sobie tu bezpiecznie, ciepło mi i przytulnie, zaś głód i pragnienie nie doskwierają. Czego jeszcze więcej do szczęścia potrzeba?

Chwilę rozmyślam o celu mojego tutaj przybycia. Czy mi się powiedzie rozwikłać zagadkę tajemniczego strzelca i zniknięcia baby?

Rozmyślanie przed snem o poważnych problemach nie jest przedsięwzięciem zbyt roztropnym. W efekcie – dosyć długo nie mogę zasnąć. Myśli galopują w głowie, jak tabun koni – tak, że zasypiam dopiero około północy. Śpię przy tym niezbyt dobrze. Śni mi się drab strzelający do mnie spoza drzew. Chcę uciekać, jednak nogi mam takie jakieś ociężałe, że niezbyt mogę. Strzały lecą ku mnie rojem, zaś ja nawet nie bardzo potrafię się przed nimi uchylać. W jaki sposób potrafi strzelać do mnie tak szybko? Czyżby miał łuk „maszynowy”? Dziwne także jest to, że niczego nie czuję, chociaż strzały niezawodnie trafiają w cel. Potem znajduję się w jakimś ciemnym, wilgotnym i cuchnącym pomieszczeniu. Z za pleców słyszę znajomy głos baby, błagającej o ratunek. Nagle rozlega się zgrzyt otwieranego zamka u drzwi. Światło dzienne coraz szerszym snopem zaczyna rozjaśniać wszechobecny mrok. Kątem oka widzę w otwierających się drzwiach jakąś męską sylwetkę a za nią gęstwinę leśną. W tym momencie budzi mnie jakiś hałas, ale nie wiem, co to być może? Pilnie słucham czy się aby nie powtórzy, lecz nie słyszę niczego poza szumem drzew. Może wiatr utrącił suchy konar z pobliskiego drzewa? Nie chce mi się wstawać z wygrzanego posłania, by sprawdzić przyczynę hałasu. Zresztą cóż zobaczę w mroku? Przewracam się więc na drugi bok i tym razem szybko zasypiam.

Do rana nic już mi nie zakłóca snu. Jest jeszcze wcześnie, gdy budzi mnie moje wilczysko. Już się wyspało i pewnie chce mu się sikać. Na to niestety nic nie poradzę. Muszę wstać i otworzyć drzwi.

– A może by tak zrobić kawał Swarogowi i zaśpiewać przy jego ołtarzu „Kiedy ranne wstają zorze”? – wpada mi nagle do głowy nieco zwariowany pomysł. – I nikt mi nie poczyta tego „świętokradztwa”, gdyż Swarogowi wyznawcy są względnie daleko. Mam nadzieję, że Zbyszkowi nie przyjdzie do głowy zastąpić Borzysława w porannych modłach?

Bez chwili zwłoki ubieram się i tylko z nożem u pasa wychodzę przed chatę, puszczając Niuka przodem. Wkrótce winno wzejść słońce. Wprawdzie nie wiem czy coś z tego wyjdzie, gdyż niebo na wschodzie pokrywa warstwa strzępiastych cirrusów zarumienionych jutrzenką. Rzucam jeszcze okiem na nasze śniadanie pozostawione na ławie i mało mnie szlag nie trafia. Rozwalony garnek leży na ziemi, zaś chustka pewnie uleciała w dal. Jagły wraz ze skorupkami rozsypały się wokoło. Tyle dobrego jedzenia zmarnowane!

Niuk natychmiast zapomniał o sikaniu i rad by się zaraz dobrać do gotowej wyżerki.

– O nie piesku, z łupkami nie będziesz jadł! Teraz idziemy do ołtarza, a później spróbujemy coś z tego jeszcze uratować. Powybieram skorupki i pewnie cokolwiek dla nas zostanie. Podzielę sprawiedliwie.

Biegniemy poprzez polanę. Psisko po drodze przypomina sobie o potrzebie. Podlewa drzewo, a potem mnie dogania.

Nim zacznę śpiewać, spoglądam na wylot ścieżki, czy aby kogo nie zobaczę? Na szczęście nikt nie ma zamiaru zakłócać naszej samotności. Biorę głęboki wdech i zaczynam pierwszą zwrotkę. I w tym samym momencie na widnokręgu ukazuje się czerwona tarcza słońca. Cóż za synchronizacja!

Kończę czwartą zwrotkę i aby nie kusić licha, odchodzimy od kamiennego ołtarza. Idziemy za kącinę – na skraj polany. Tutaj, spoglądając na bór ciągnący się aż po horyzont, kończę poranną modlitwę. Widoczność dzisiaj jest dobra i wyraźnie widać góry. Wydają się być tak bliskie, że można by nawet odróżnić poszczególne drzewa. Wyglądam znajomych miejsc, gdzie nie tak dawno bawiliśmy w pogoni za Wyszomirem. Obiecuję sobie wiosną powtórnie odwiedzić opuszczoną warownię. Pewnie Mirko i Przemko pozwolą się skusić na ponowną wyprawę? A i Witomir także był ciekaw warowni, więc przy jego pomocy zapewne jakoś przemkniemy obok Gilowa.

Chwilę jeszcze podziwiam roztaczające się ze wzgórza widoki. Piękne są lasy w jesiennej szacie, oświetlone promieniami wschodzącego słońca, a jeszcze na dodatek ta wspaniała widoczność! Gdyby gródek Mikuły nie leżał pomiędzy wzgórzami, lecz na szczycie, na pewno bym go zobaczył. W końcu uznaję, że już czas najwyższy wracać i zacząć ratowanie rozrzuconego pod ławą posiłku. Jeszcze nas w tym wyprzedzi jakiś zwierzak! Łapię Niuka za kark, aby mi się mordą nie wpakował w śniadanie. Zabieram z izby garnczek i zostawiwszy psa w środku, wychodzę przed dom. Kucając przy ławie zaczynam wybierać z jagieł skorupki gliniaka, gdy raptem pod ławką dostrzegam leżącego nieruchomo, niewielkiego, brązowego zwierzaka, z krótkim ogonkiem i ciemną pręga przez plecy. Coś jakby chomik, czy też jemu podobny gryzoń. Trącam butem – nic, ani drgnie. Czyżby nieżywy? Pokonując obrzydzenie, dotykam palcem. Jeszcze miękki i ciepły! Oczy otwarte, jednakże nie dycha. W głowie zapala się ostrzegawcze, czerwone światełko: Baczność Sławku!

Zabrawszy z izby „syrenkę”, wygrzebuję obok ławy głęboki dołek, do którego zgarniam prawie że całą zawartość garnka wraz ze skorupkami i na wierzch biednego zwierzaka. Przysypuję dołek, udeptując ziemię. Pozostałą odrobinę jagieł przenoszę ostrożnie na słupek ogrodzenia. Siadam nieruchomo na ławie i czekam. Wnet pojawia się wróbel, a za nim dwa następne. Rychło odkrywają wyżerkę na słupku. Chcą się do niej dobrać wszystkie wraz. Niestety nie starcza na to miejsca i w efekcie tylko ten najsilniejszy zaczyna dziobać jagły, podczas gdy reszta musi się obyć tylko smakiem. Wprawdzie usiłują coś porwać, nadlatując znienacka, lecz zwycięzca czuwa i w porę reaguje. Trwa to jakiś czas. W pewnej chwili dostrzegam, że wróbelek już nie tak dziarsko sobie poczyna. Coś mu zdecydowanie zaczyna brakować wigoru. Jego ruchy są coraz wolniejsze i ostatecznie biedaczek spada na ziemię. Kilka konwulsyjnych ruchów i zastyga z wyciągniętymi łapkami. Jednym ruchem zganiam następnego amatora zatrutej wyżerki, zrzucam „syrenką” jagły na ziemię i wraz z nieżywym ptaszkiem zakopuję w następnym dołku. Rozsypane resztki jadła dokładnie przysypuję grubą warstwą ziemi i udeptuję, a przez cały czas czuję „legiony mrówek wędrujących poprzez moje plecy”.

– Ale byśmy pięknie wyglądali, dając się wczoraj skusić smakowitym daniem! Borzysławowi tylko by pozostało wyprawienie nam pogrzebu. Dzięki ci Panie, żeś nas ustrzegł od złego! Stokrotne dzięki! – Czuję pot perlący się na czole. To z emocji. W gardle mi zaschło. Teraz już wiem, kto dybie na me życie. Jednak dlaczego? Przecież nawet na oczy nie widziałem Zbyszkowych rodziców! No, matka pewnie do mnie nie szyła z łuku. Prędzej już ojciec. Lecz dlaczego? Czyżby ich nienawiść do mnie była tak ogromna, że zdecydowali się na tak niesłychaną niegodziwość, jak zgładzenie mnie nawet w świętym kręgu Swaroga? Dlaczego? Czy Zbyszko został w to wtajemniczony? Zastanawiam się dłuższą chwilę. Jakoś nie mogę w to uwierzyć. Chyba o niczym nie wie. Nie wyobrażam sobie, ażeby mógł tak świetnie grać rolę niewiniątka. Nie, to niemożliwe! Zresztą, zorientuję się zaraz, gdy tutaj przybędzie. Jeżeli ma coś na sumieniu, to pewnie nie potrafi tego ukryć, widząc mnie żywym. Zdradzi się niechybnie jakimś niekontrolowanym odruchem.

Muszę pilnować, żeby Niuk przypadkiem nie odkopał zatrutego jedzenia. Nie dotykam i podpłomyków leżących na stole, chociaż wątpię, aby były zaprawione jadem. Cholernie szybki jest ten jad – na całe nasze szczęście! Widocznie postanowili sprzątnąć mnie błyskawicznie, aplikując w jagły końską dawkę silnej trucizny. I to właśnie stało się naszym ratunkiem. Ofiarę za nas złożyli gryzoń i ptaszek. Cóż jednak strąciło garnek z ławy? Tego niestety nie wiem. Co by to nie było, kierowała tym ręka opatrzności. Tulę do siebie kudłaty, czarny łeb Niuka.

– Znów piesku umknęliśmy śmierci, chociaż była tak blisko! – Cóż, kiedy on nie pojmuje i pewnie by wolał zająć się wyżerką. Wyszukuję więc w komorze coś dla niego na ząb i daję:

– Masz i ciesz się życiem! – Mnie niestety zupełnie przeszła ochota na jedzenie. Zadowalam się kubkiem źródlanej wody. Poczekam aż miną emocję.

Wciąż nie mogę uwierzyć, że to Zbyszkowi rodzice chcieli mnie zabić.

– Poszaleli, czy co? Wtedy na drodze, teraz znów nawet w świętym kręgu Swaroga, co już jest czystym świętokradztwem wołającym o pomstę do nieba. Że się na coś takiego odważyli? A może mnie z kimś innym pomylili? Nie wiem. Teraz to ja muszę przejąć inicjatywę i nie czekać na następny ruch zabójcy. Wypada go tak sprowokować do działania, abym mógł kontrolować przebieg wydarzeń. Wpierw jednak muszę coś wymyślić, co by w jakiś sposób tłumaczyło fiasko próby otrucia. – Myślę nad tym dłuższy czas, eliminując co cudaczniejsze pomysły. W końcu uznaję, że nie ma sensu wysilać się na wymyślne i skomplikowane historyjki. Najlepiej powiedzieć, że po prostu garnek znikł. Wystawiłem go wieczorem na ławę, chcąc jedzenie zachować na śniadanie. Rankiem garnka na ławie nie było – koniec i kropka! Nie mam pojęcia, co się z nim mogło stać? Może wtedy dostaną pietra, że to sam Swaróg zainterweniował, chcąc uchronić swe sanktuarium przed skalaniem ohydną zbrodnią? Przecież oni są o wiele bardziej podatni na wiarę w takie nadprzyrodzone działania sił niebiańskich, niż dwudziestowieczne niedowiarki.

Nie wiem czy to intensywne myślenie tak mnie zmęczyło, czy w międzyczasie uspokoiłem nerwy – efektem czego jest głód ssący mnie w dołku. Przyrządzam zatem skromne śniadanie i natychmiast je ze smakiem zjadam.

Ogień na palenisku niebezpiecznie przygasa. Dokładam kilka cieńszych szczapek, a gdy te buchają płomieniem, dodaję grubsze. Na odchodnym kładę w ogień trzy grube bukowe szczapy, które utrzymają żar przez dłuższy czas. Teraz już mogę opuścić chatę. Mam bowiem zamiar zaglądnąć do chatki zaginionej Zelmiry. Może tam znajdę jakiś ślad? A chociażbym nawet niczego nie znalazł, to przy okazji, w drodze powrotnej, przyniosę wody. Zaraz też sposobię nosidło na dwa cebrzyki. Próbuję czy jest wystarczająco mocne i wygodne. Wygląda, że tak.

– No, to w drogę! – Zbiegamy dosyć szybko zalesionym zboczem do źródła i tam zostawiwszy cebrzyki z nosidłem, podążamy ścieżką w stronę chałupki stojącej na skraju osady. Mam nadzieję, że nikt nas nie dostrzegł, gdyż chatka jest nieco na uboczu. Wchodzimy do środka uchylonymi drzwiami. Rozglądam się za czymś interesującym, lecz poza pękami rozlicznych ziół wiszących u powały1 i kilku garnków, dzbanków i misek na półce, niewiele więcej tam jest. Puste posłanie wymoszczone słomą, a na nim brak jakiejkolwiek derki. To mnie zastanawia.

– Oczywiście! Jeżeli babę porwano albo i zabito, to następnie ją owinięto dla niepoznaki derką. Zawsze trudniej poznać, że tłumok zawiera człowieka. Z równym powodzeniem może w nim być tysiąc różnych innych rzeczy.

Pilnie spozieram na ziemię czy przypadkiem nie dostrzegę plam po krwi. Jednakże niczego podobnego nie ma. Polepa2 jest nawet dosyć pozamiatana, chociaż od zniknięcia gospodyni minęło już trochę czasu. Nie pozostaje mi zatem nic innego, jak wracać z powrotem. Na myśl ciągle wraca mi dziwny sen o uwięzionej Zelmirze. Jeżeli żyje to znaczy, że przetrzymywana jest w jakiejś ziemiance czy pieczarze z drzwiami prowadzącymi bezpośrednio na dwór do lasu.

Zastanawiam się, czy by zaraz nie poszukać podejrzanego obiektu w najbliższej okolicy, lecz dochodzę do wniosku, by lepiej na razie tego poniechać. Mógłbym przez przypadek nadziać się na Zbyszkowego ojca albo zostawić jakiś ślad wskazujący na to, iż ktoś się kręcił po okolicy. Nie chcę zaś draba przed czasem płoszyć, a już najbardziej ostrzegać. Muszę go przecież dostać, abym mógł z niego wyciągnąć informację, dlaczego dybie na moje życie?

Zbieramy się do wyjścia. Ostrożnie wyglądam z chatki, czy aby ktoś przypadkiem nie kręci się w pobliżu? Wolałbym, by nas raczej nikt nie widział.

– Droga wolna. No, to wio! – W parę sekund nikniemy pomiędzy drzewami rosnącymi na skraju lasu. Nieco kluczenia i osiągamy ścieżkę wiodącą do źródła. Teraz już w parę chwil stajemy u celu. Napełniam cebrzyki, lecz nie do pełna. Po co mam sobie drogą wlewać wodę do butów? Biorę drążek na ramiona i trawersując zbocze wąską ścieżką, wolno podążam w kierunku szczytu, czyniąc po drodze parę przystanków. Przy okazji rozmyślam, jak by tu dostać Zbyszkowego ojca? I muszę przyznać, że nawet zupełnie dobrze zaczynają mi się układać ogólne zarysy przyszłej akcji. Lecz póki co, wpierw muszę wiedzieć, jaka w tym wszystkim jest rola Zbyszka. Pewnie go wkrótce ujrzę, gdyż – tak czy inaczej – musi przyjść na polanę. I niechaj mnie kaczka kopnie, jeżeli go nie rozgryzę!

Z dużą ulgą pozbywam się obu cebrzyków, stawiając je na ławie przed domem. Mimo wszystko, w czasie drogi rozlałem trochę wody, lecz w porównaniu do strat wczorajszych, obecne są prawie żadne. Bardzo z siebie zadowolony wchodzę do izby. Ogień niestety już przygasł, więc znów dmucham w gorący popiół, by go na powrót rozniecić. Gdy moje wysiłki zostają uwieńczone sukcesem, raczę się kubkiem źródlanej wody.

Nie wiem czy to ruch na świeżym powietrzu, czy też woda ma na mnie tak zbawienny wpływ, ale znów jestem głodny i przyłapuję się na tym, iż rad bym cokolwiek przekąsić. Jeżeli tak dalej pójdzie, to gotowym jeszcze ogołocić Borzysławową spiżarnię. No, ale niech tam, na biednego nie trafiło – pocieszam się obłudnie.

Moje wilczysko nie przepuści takiej okazji, by nie upomnieć się o coś dla siebie. Tym sposobem jeszcze powiększamy straty Borzysława.

Zbyszko zastaje nas w trakcie jedzenia. I – żeby było śmieszniej – przynosi węzełek z podpłomykami i garnek prażuchy. Tym, to mi zabił porządnego klina.

– Po kiego licha nosić posiłek nieboszczykowi? Nie sądzę, aby był aż tak perfidny i niósł go tylko tak dla pozoru, na wszelki wypadek.

Dziękuję za pamięć o nas i zaraz mówię o dziwnym zniknięciu garnka z wczorajszą wieczerzą. Wolę mieć to już z głowy. Dziwi się temu bardzo, a ja mu w tym obłudnie sekunduję. Przez dłuższą chwilę roztrząsamy ten problem, nie dochodząc do żadnych mądrych wniosków. Przy okazji pytam, komu zawdzięczam dzisiejsze śniadanie?

– Posłała je matka. – Pytam jeszcze, niby mimochodem, o ojca.

– Nie, wyjechał wczesnym rankiem do Plessa. Pewnie wróci późnym popołudniem albo i wieczorem.

Tutaj znów powracam do wczorajszych jagieł, wprost się nad nimi „rozpływając”. Jak smacznie pachniały:

– Mniam, mniam, aż ślinka ciekła! Żałuję, iż wczoraj przynajmniej chociaż nie spróbowałem tego specjału. Zostawiliśmy go sobie na dzisiaj, a tu masz babo placek – garnek znikł! Wcale się temu nie dziwię – dodaję po chwili – już tam pewnie swym zapachem zwabił z zaświatów głodne niebożęta. Trudno, niechaj się pożywią z moją stratą. – I w tej powodzi próżnych słów przemycam zasadnicze pytanie: któż przyrządził tę wspaniałość?

Okazuje się, że to dzieło ojca. Bardzo lubi gotowane, a następnie trochę przyprażone jagły, do których osobno sposobi mięsiwo w zawiesistym sosie. Jest to danie świąteczne. Tutaj dostaję szczegółowy przepis na zaserwowaną mi potrawę i barwny opis jej przyrządzenia – oczywiście bez trucizny. Pytam natychmiast czy mama wczoraj mu w tym pomagała?

– Nie, ojciec nie pozwala, aby mu przeszkadzać. Wprawdzie nie często zabiera się za przyrządzanie jadła, lecz gdy już to robi, nie ścierpi nikogo przy sobie. Wszystko czyni sam. I tak było wczoraj. Po wyjeździe Borzysława do Gilowa uznał, iż specjalnie dla mnie na wieczerzę przygotuje swą ulubioną potrawę. I chociaż Zbyszkowi niezbyt się widziało ponownie ganiać na świętą górkę – wszak mówiłem, iż go już nie będę potrzebował – ojciec jednak bardzo nalegał, żeby zaniósł mi garnek z wieczerzą. I na nic się zdało Zbyszkowe gadanie, że już pewnie wieczerzałem. Poszedł zatem, aby nie drażnić ojca. Na odchodnym matka dodała mu jeszcze podpłomyków. Niestety nie zastał mnie na polanie. Jakiś czas czekał naszego powrotu, ale jeszcze przed zmierzchem wrócił do domu. – I o to mi właśnie chodziło. Myślę, że śmiało mogę z tej sprawy wykluczyć Zbyszkową matkę. Wygląda na to, iż nie jest wtajemniczona w ciemne sprawki męża. Wiedząc o wszystkim, pewnie by nie posyłała mi śniadania, bo i po co? Pytam jeszcze o imiona Zbyszkowych rodziców, gdyż wstyd to przyznać, ale nie wiem, jak się zwią?

– Mama nosi miano Gościmiły – co jest jak najbardziej na miejscu dla osoby prowadzącej zajazd – ojciec zaś ma na imię Radowit. – W tym momencie błyska mi w głowie jeszcze jeden pomysł. Niby mimochodem napomykam, że rad bym wysączył kubek dobrego piwa.

– Dawno już takiego w gębie nie miałem. Pewnie mają dobre w swej gospodzie?

– Tak, a właściwie nie. W domu jest tylko cienkusz3. Dobre piwo oraz sycony miód ojciec trzyma w składzie, który się mieści w niewielkiej pieczarze na stoku wzgórza, niezbyt daleko od domu. Piwniczka jest zamknięta solidnymi drzwiami, zaś klucz do nich ojciec zawsze nosi przy sobie i nierad się z nim rozstaje. Najczęściej chodzi tam samotnie.

I na tym poprzestaję. Zupełnie mi wystarczy. Nie chcę w oczach chłopaka uchodzić za ciekawskiego. O resztę popytam Borzysława, skoro tylko wróci z Gilowa. Proszę Zbyszka, żeby nie wspominał ojcu o naszej rozmowie, zaś szczególnie tego, że pytałem kto przyrządzał „zaginioną” potrawę. Może by mu się nie podobało, że mi to powiedział? Przecież przygotowywanie posiłku jest raczej zajęciem niewieścim, lepiej więc mu o tym nie mówić. Niechaj to będzie naszą tajemnicą.

Potem już zaczynam opowiadać o swych przygodach podczas wyprawy przeciwko łapaczom. Nie zdradzam swego pochodzenia oraz nie wspominam o roli Witomira w tej sprawie. Nie precyzuję również, którędy biegnie tajny szlak.

Zbyszko siedzi zasłuchany i nie przerywa. Gdy kończę, jest niemal południe. A to się zagadałem! Najwyższa pora zabierać się za obiad! Tym razem nie sprawi mi to żadnej trudności, gdyż właściwie prawie wszystko mam już przygotowane. Zbyszko zbiera się do domu. Na odchodnym proszę go, żeby na razie nikomu nie powtarzał tego, co usłyszał o łapaczach. Do Gilowa niedaleko, zaś nierozważnie rzucone słowo leci ptakiem. Włodzisława pewnie by rychło doszły wieści o moim tutaj pobycie. Nie wiadomo czy wtedy bym zdołał wywinąć się złej doli.

Przyrzeka uroczyście trzymać język za zębami. Nim jednak odszedł, idziemy na skraj polany, w miejsce skąd jak na dłoni widać osadę i pokazuje mi swój dom. Jest to właściwie spora zagroda z kilkoma kleciami, stajniami i stodołą, okolona owalem płotu, z wrotami od południowego zachodu. Z całej osady leży najbliżej ścieżki wiodącej na szczyt świętego wzgórza. Jestem z tego bardzo zadowolony, gdyż gołym okiem mogę dostrzec osoby poruszające się w obejściu. W razie czego, będę miał możliwość śledzenia ruchów Zbyszkowego rodzica.

Leniuchując trochę po obiedzie, rozważam różne warianty mego planu. Zresztą i tak wpierw go omówię z Borzysławem. Ten mi może udzielić wielu cennych rad. Zastanawia mnie, dlaczego Radowit uwięził Zelmirę w leśnej piwniczce, gdyż co do tego nie mam żadnych wątpliwości – oczywiście przyjmując, że dziwny sen miał cokolwiek wspólnego z prawdą. Póki co, postanawiam odszukać w lesie tę pieczarę. Wprawdzie zapewne nie dostanę się do środka, ale zawsze już będę wiedział, gdzie się znajduje. Jeżeli tam siedzi baba, to Radowit musi ją karmić. W przeciwnym wypadku dawno już by umarła. Wystarczy więc zaczaić się w pobliżu, żeby to sprawdzić. Dlaczego jednak Zelmira wciąż żyje? Tego niestety nie jestem w stanie dociec. Przecież nie może jej – ot tak sobie – po pewnym czasie wypuścić. Jeśli mu stała na zawadzie, najwygodniej było jej po prostu skręcić kark. Wątpię, aby przed tym powstrzymywały go jakieś skrupuły. Nie, w to nie wierzę. W stosunku do mnie nie miał żadnych zahamowań, decydując się nawet na świętokradztwo. Ale ją zachował przy życiu, chociaż mu to sprawia kłopot. Dlaczego? Tego niestety nie potrafię rozgryźć. Pozostawiam zatem tą kwestię nierozwiązaną. Czy to aż takie ważne? Z czasem pewnie samo się wyjaśni.

Kończąc leniuchowanie, ruszam z Niukiem ścieżką w dół. Póki Radowit jest w rozjazdach możemy pomyszkować za piwniczką.

Będąc już prawie na dole, skręcamy w las po prawej stronie ścieżki, gdyż przypuszczam, iż to gdzieś tam leży obiekt naszych poszukiwań. Jakiś czas przeczesuję las, pilnując się przy tym, aby nikogo nie spotkać. Cóż, kiedy poszukiwania nie dają rezultatu. Czyżby tak dobrze była zamaskowana?

– Jeżeli Radowit do niej często chodzi, to już dawno musiał wydeptać chociażby nędzną ścieżkę. – Postanawiam przenieść poszukiwania na drugą stronę dróżki wiodącej na szczyt wzgórza. I tutaj mamy szczęście. Po paru minutach trafiam na niezbyt wyraźną ścieżkę, która nas wkrótce doprowadza do masywnych drzwi z dębowych bali, okutych żelaznymi zawiasami.

Próbuję drzwi, lecz te ani drgną, zamknięte zapewne mocnym zamkiem tkwiącym od wewnątrz. Chwilę nasłuchuję, przyłożywszy ucho do drzwi. Niczego jednak nie słyszę. Za to Niuk intensywnie węszy i skrobie w odrzwia łapą. Widocznie coś tam wyniuchał. Na tym musimy na razie poprzestać. I tak niczego więcej chwilowo nie mogę uczynić. Przecież nie będę wyłamywał drzwi. Nie mam w tym żadnego interesu. Tylko bym ostrzegł draba przed czasem. Baba może jeszcze nieco poczekać – chyba już niedługo, gdyż jestem zdecydowany szybko sprawę kończyć.

Odchodzimy pilnując, żeby nie pozostawić przypadkiem po sobie jakiegoś śladu. Lepiej dmuchać na zimne. Wracam na szczyt wzgórza, gdzie sadowię się pod świerkiem o potarganych wiatrami gałęziach i opieram o jego pień. Daleko, ponad ciemnym borem, czerwone słońce chyli się ku zachodowi. Spoglądam w kierunku drogi od bieruńskiej polany, czy aby przypadkiem nie dojrzę wracającego Borzysława? Bardzo bym chciał, żeby już powrócił. Drąży mnie przy tym niepokój o Czcibora i rad bym się czegoś o nim dowiedzieć. Lecz droga wciąż jest pusta i nikt nie ma zamiaru na niej się pojawić. Trudno, nic na to nie mogę poradzić.

Słońce już się chowa za widnokręgiem, barwiąc ostatnimi blaskami wszystko na czerwono. To tak, jak gdyby płomień ogarnął horyzont. Jeszcze chwila, a zniknie zupełnie. Powstaję, by wrócić do chaty. I właśnie wtedy, na drodze wiodącej z boru, pojawiają się sylwetki dwu jeźdźców. Siadam natychmiast na dotychczasowym miejscu, pilnie patrząc w ich kierunku. Niestety z tej odległości nie jestem w stanie nikogo rozpoznać. Poczekam aż się zbliżą. Po jakimś czasie już jestem pewien, że to wraca Borzysław. Drugim jeźdźcem na pewno nie jest młody Gil. Patrzę za nimi, jak wjeżdżają we wrota gościnicy. Po pewnym czasie Borzysław opuszcza gospodę, kierując się ku ścieżce wiodącej na wzgórze. Ruszam mu z psem na przeciw. Biegniemy „z górki na pazurki” i niebawem jesteśmy na polanie siodła. W tym czasie Borzysław pewnie nie przebył jeszcze ani jednej trzeciej drogi.

Podążamy dalej. Ostatecznie spotkanie następuje gdzieś w połowie drogi od osady do siodła. Na nasz widok żerzca najwyraźniej się ucieszył. Po powitaniu pytam zaraz o Czcibora. Okazuje się, iż nie jest aż tak źle, jak początkowo wyglądało. Oprócz oparzeń i potłuczeń, ma złamaną rękę. Obecnie jest w Gilowie u Witomira. Pozostanie tam do czasu aż wydobrzeje, zaś najprawdopodobniej nawet do wiosny. Tak przynajmniej chce Witomir. Przecież pszczoły śpią już w barciach i nie trzeba ich doglądać. Odetchnąłem z ulgą.

– A co z Ninogniewem? – Tutaj Witomir znalazł proste rozwiązanie: z młodym Borzysławem przetransportowali zwłoki gospodzkiego na kępę przy bagnisku – tam, gdzie obozowali dracze i zostawili wraz z koniem, opróżniając uprzednio juki. Przy tej okazji znaleźli spory mieszek dobrze wypchany srebrem. Resztę dobytku Ninogniewa rozrzucili po ziemi tak, żeby wyglądało na to, iż gospodzkiego zabił wspólnik dla rabunku. I tam go później „odkrył” młody Borzysław z dwoma rówieśnikami.

Po raz wtóry odetchnąłem z ulgą. Jeden kłopot z głowy. Przy okazji dowiaduję się też, że jeźdźcem towarzyszącym żerzcy był Radowit spotkany przypadkowo drogą.

Tymczasem zapadł już mrok. Dorzucam drew do ognia i zapalam kaganek. Pora szykować wieczerzę.

– Nie trzeba. Niebawem ją Zbyszko przyniesie. – Wobec tego rozmowę o jego ojcu odkładam na później. Niezbyt bym chciał, żeby nas przy niej przypadkowo zastał. Po wieczerzy także będzie na to dosyć czasu i wtedy spokojnie omówimy sprawę. I chociaż mnie korci, by powiadomić Borzysława o następnej próbie pozbawienia mnie życia i wykryciu przy tej okazji skrytobójcy, trzymam język za zębami. A to się zdziwi!

– Chyba Radowit nie popróbuje nas struć dzisiejszą wieczerzą? Nie, na to nie ma już czasu i okazji. Przy tym nie wiadomo, jak przyjmie wiadomość o dziwnym zniknięciu garnka ze zatrutymi jagłami. Może się faktycznie przerazi ingerencji sił nadprzyrodzonych?

Nie mija pół godziny, gdy zjawia się Zbyszko z wieczerzą. Rozmawiamy o pożarze i poszukiwaniach podpalaczy oraz niepokojach na drogach. Okazuje się, że z Gilowa znikł drugi pachołek, zatem jego uznano za wspólnika Ninogniewa. Włodzisław posłał za nim do Plessa bystrego tropiciela, gdyż sądził, że jedynie tam należy szukać tropu zbiega.

Gdy Zbyszko wraca do domu, mogę wreszcie przystąpić do sprawy. Borzysław aż zaniemówił z wrażenia. Po prostu nie może mu się to pomieścić w głowie.

– Zadał ci, Sławku, jadu tutaj, w świętym kręgu Swaroga?! Jak być to może, iże żywie człek, co się bogów nie lęka i nie ma dlań nijakiej świętości?!

Potem się nieco uspokaja i ze słabym uśmiechem dodaje, że mam jednak wielkie szczęście. Tylko dzięki niemu znowu uniknąłem śmierci.

– A może, Borzysławie, to Pan nie dopuścił, żeby wasze przecież święte miejsce zostało skalane zbrodnią, a i mnie przy tejże okazji ustrzegł od złego? Pan jest jeden, niezależnie od imienia pod jakim się go wzywa.

Tym to go chyba zastrzeliłem, gdyż długo siedzi w milczeniu, spoglądając na mnie przenikliwie.

– I pomyśleć, że Zbyszko jest synem takiego człeka. Bardzo mi go żal. Wszakże cóż chłopak winien za swego ojca?

To co słyszę w następnej chwili z kolei mnie zaskakuje. Ze słów Borzysława bowiem wynika, że Radowit bynajmniej nie jest ojcem Zbyszka. Tym jest Czesław, który zaginął przed pięciu laty. Wszystko wskazuje na to, iż zabili go zbójcy na drodze, gdy wracał z Plessa. Radowit zaś pojawił się w tych stronach na rok przed tym smutnym wydarzeniem. Nikt nie wiedział skąd faktycznie przybył. On sam powiadał, że pochodzi z południa i przywędrował wraz z kupiecką karawaną, która wpadła w opały w Kraju Wiślan. Mało kto z niej ocalał. Został raniony i ledwo co uszedł z życiem. I rzeczywiście, gdy tu przybył, jego stan był opłakany. Wtedy właśnie Czesław nim się zaopiekował, a później przygarnął na służbę.

Owego fatalnego dla Zbyszkowego ojca dnia, pojechali z Radowitem do Plessa. Zamierzali poczynić większe zakupy przed zimą. Po drodze, przy przeprawie przez rzekę, zostali napadnięci – tak przynajmniej twierdził Radowit. Jemu, chociaż został raniony strzałą, udało się zbiec, niestety po Czesławie wszelki ślad zaginął. Pewnie dracze go zabili i ograbiwszy, puścili ciało wodą. Szukano Czesława, lecz nadaremnie. Pozostała wdowa z trojgiem dziatek. Zbyszko był najstarszy i szedł mu wtedy dziewiąty rok. Ciężko było samotnej kobiecie prowadzić zajazd. Ale Radowit pozostał na miejscu, pomagając Zbyszkowej matce. I tak los pokierował, iż z czasem zajął miejsce zaginionego Czesława, lecz dzieciom krzywda się nie działa. Wprawdzie Radowit czasami znikał na parę dni, nie opowiadając się nikomu dokąd jedzie, lecz tłumaczono to handlowymi interesami, jako że zawsze z takiej podróży wracał ze znacznym zyskiem.

Tknięty dziwnym przeczuciem zaczynam zastanawiać się czy Radowit maczał palce w zniknięciu Czesława? Naturalnie nie mogę dać głowy, iż tak rzeczywiście było. Podejrzenie może być skutkiem mej podświadomej sugestii, ale coś w tym jest. Tak mi się widzi, że to dobry gagatek. Możliwe, że sam sprzątnął swego chlebodawcę lub zadziałał z kimś w zmowie i dobrze wpierw wszystko ukartował, żeby później zająć miejsce swego dotychczasowego gospodarza. Jeżeli gada dostanę w swe ręce, już się dobrze postaram, aby wszystko z niego wycisnąć!

Długo radzimy, jakby go przyłapać na gorącym uczynku? Najlepiej byłoby draba sprowokować do następnego zamachu na mnie.

– A gdybyś tak, Sławko, już jutro wyjeżdżał, tylko z pozoru? Jam by się przytaił w boru i czekał Radowita – proponuje Borzysław. Musiałbym również założyć pod kaftan tarczę. Przecież może się zdarzyć, że na czas nie zdąży mu przeszkodzić.

Pytam, w jaki sposób zamierza ująć skrytobójcę?

– Żerzca nie woj i wątpliwe, czy aby da sobie radę ze zdecydowanym na wszystko złoczyńcą. Nie obroni go autorytet Swarogowego sługi. Radowit na to gwiżdże. Bogów się nie lęka, więc i żerzcy może kark łatwo skręcić. Nie, to do niczego. – Chwilę siedzimy w milczeniu.

– A gdyby tak miast ciebie, Sławko, kto inny pojechał na Ilvie? W moim kubraku i dla trudniejszego rozpoznania mając czapkę głęboko naciągniętą na oczy? Zaś obok konia musiałby biec twój wilk, najlepiej uwiązany na postronku.

– Tak, to jest myśl! W tym czasie mógłbym się zaczaić na Radowita. Tylko kogo podstawić w tym czasie na moje miejsce?

– Zbyszko mógłby pojechać – proponuje żerzca. – Wprawdzie jest nieco niższy i drobniejszy, wszelako szczyt4 na plecach go pogrubi.

– Ha, myśl przednia! Lecz czy na to przystanie? To niebezpieczna misja, a poza tym czy zechce działać przeciwko ojczymowi?

– No, zawsze można mu nie rzec wszystkiego. Starczy rano chłopakowi oznajmić, iż wyjeżdżam w południe. Prosimy więc o wcześniejszy obiad i przywiedzenie Ilvy. W ostatniej zaś chwili powie mu się, żeby on pojechał. Ty go rychło dopędzisz. O powód nie zapyta, a nawet rad będzie.

– Tylko czy Niuk zechce z nim pójść? Będę musiał tak sprawą pokierować, aby to uznał za przyjemny spacer. – I na tym kończymy naradę. W międzyczasie robi się późno i najwyższa pora już spać. Na palenisko wędrują grube bukowe szczapy, my zaś kładziemy się na posłania.

Długo nie mogę zasnąć. Wciąż myślę o jutrzejszej akcji. Czy aby czegoś nie przeoczyliśmy? Następnie rozmyślam nad powodem, dla którego Radowit dybie na me życie. I w pewnej chwili coś mi zaczyna świtać.

– Borzysławie, skąd przybył Radowit? Zaspany żerzca początkowo nie pojmuje o co mi chodzi. Powtarzam pytanie.

– Ano od Wiślan. Był tam z jakowymiś kupcami.

– Nie, nie o to mi chodzi! Jak mówił, skąd to pochodzi?

– Z południa, wszakże nic poza tym.

– Zaś na południu dziedziny kniazia Medzamira! Czy nie jest możliwym, że nasz Radowit był z Medzamirowymi chwataczami w zmowie – takie ich oko i ucho? Pewnie Zbisława mieszkając w gospodzie nie taiła swych przeżyć w niewoli. Już tam miał dosyć okazji, żeby ją pociągnąć za język. Mogła i nawet powiedzieć o tragicznym końcu Stroimira w Unisławowym Źrebie. No tak, to mi pasuje! Jak to czasami wystarczy jednego słowa, by nierozwiązywalna dotąd łamigłówka ułożyła się nagle w piękną układankę. Byle go złapać! Wyśpiewa wszystko, chociażbym nawet miał draba przypiekać na wolnym ogniu.

Po takich rewelacjach jeszcze trudniej mi zasnąć. Przewracam się z boku na bok. Borzysław już dawno śpi snem sprawiedliwego. Wstaję więc i po cichutku wychodzę przed dom. Zdziwiony Niuk podąża ze mną. Przeciąga się, poziewując. Głaszczę jego kudłaty łeb.

– Jeśli nam się piesku powiedzie, złowimy jutro pięknego ptaszka! Pomożesz mi? – Macha ogonem, lecz pewnie nie dlatego, iż pojmuje o czym mowa. Wystarczy mu, że do niego mówię.

Czynię parę głębokich wdechów i spoglądam wokoło. Wiatr nadal wygrywa melodie w gałęziach drzew porastających zbocza wzgórza. Jednak jego porywy są dużo słabsze niż wczoraj. Z ciemnego nieba przyświeca księżyc w lisiej czapie. Ruszam przed siebie. Obchodzimy polanę. Drogą gorąco proszę Pana o powodzenie jutrzejszej zasadzki. Przecież chodzi o dobrą sprawę. Czy nie taką jest zdemaskowanie skrytobójcy?

Muszę przyznać, że modlitwa mnie uspokaja i zarazem upewnia o powodzeniu naszych zamierzeń. Ostatecznie zaczynam odczuwać senność. Wracam do izby, kładę w palenisko jeszcze dwie szczapy i ległszy na posłaniu, wnet zasypiam. Sen mam twardy i nawet nie wiem kiedy Borzysław wstał rankiem z posłania, aby sprawować modły przy kamieniu ofiarnym. Budzę się dopiero wtedy, gdy wraca. W niewiele czasu później przybywa Zbyszko ze śniadaniem. I zaraz przystępuję do rzeczy mówiąc, iż niestety dzisiaj przyjdzie się nam rozstać, jako że niespodziewanie muszę opuścić świętą górkę. Proszę zatem, żeby około południa przyprowadził Ilvę. Widząc jego smutną minę mówię, aby sobie jeszcze trochę na niej pojeździł, byle konia nie zgonił.

– Lecz około południa muszę ruszać, gdyż daleka droga przed nami.

Borzysław odprawia chłopaka, by mógł skorzystać z mego przyzwolenia i zażyć konnej jazdy.

Jeszcze raz rozpatrujemy nasz plan. Następnie biorę cebrzyki i ruszam po wodę do źródła. Nabrawszy wody, siadam na pniu zwalonego drzewa. Zastanawiam się, gdzie po ujęciu umieścimy Radowita? I tutaj aż się samo prosi, by draba zamknąć w leśnej piwniczce. Klucz do niej będzie miał przy sobie, wszak podobno nigdy się z nim nie rozstaję. Może więc zająć miejsce Zelmiry.

Wstaję z kłody, kierując kroki na skraj lasu, w miejsce spodziewanej zasadzki. Tutaj las porastający zbocze zaczyna odchodzić ku północnemu zachodowi, zaś droga najbardziej doń się zbliża.

– Czy się nam powiedzie? Czy przypadkowo czegoś nie przegapiłem? Raczej nie. Ba, a jeżeli Radowit przyczai się w innym miejscu? Ee, chyba nie. To jest najwygodniejsze. Właśnie tutaj droga nieomal ociera się o skraj zagajnika. Im krótszy dystans, tym pewniejszy strzał. Zresztą poproszę Borzysława, żeby polecił Zbyszkowi trzymać się z dala od lasu i dopiero w tym miejscu do niego się zbliżyć. Jeśli więc Radowit zamyśla czekać nawet gdzie indziej, będzie zmuszony przybyć w to miejsce. Będąc, Sławku, na miejscu draba, gdzie byś się przytaił do strzału – staram się wejść w skórę Radowita. Spoglądam dookoła.

– Hm, najwygodniej stanąć za pniem grubego dębu rosnącego blisko drogi i tam czekać nadjeżdżającej ofiary. Gdy zaś ta minie dąb, wyłażę zza pnia i nawet wygodnie się o niego opierając, spokojnie biorę jeźdźca na cel i brzdęk! Szkoda gadać, nie mogę nie trafić! Można też strzelać do nadjeżdżającego, lecz wtedy istnieje możliwość, że ten mnie zobaczy, a i koński łeb znacznie ograniczy cel. Nie, raczej strzeli w plecy. To takie proste i wygodne dla skrytobójcy.

Dla pewności postanawiam być zawczasu na miejscu, by na wszystko mieć oko. Szukam miejsca dla siebie. Uznaję za najdogodniejszą kępkę świerczków opodal dębu.

– Po której stronie dębu stanie? Jeżeli jest praworęczny, to zapewne po prawej. Wypada rzecz tą niezwłocznie sprawdzić. Zapytam Borzysława. Zna dobrze Zbyszkowego ojczyma. To bardzo ważne, gdyż właśnie wpadłem na następny pomysł, aby sprawić Radowitowi „miłą” niespodziankę. – Wracam natychmiast do źródła, biorę cebrzyki i tak szybko, jak to jest możliwe, powracam na szczyt. Cóż, kiedy przy noszeniu wody pośpiech nie jest wskazany. Efekt jest taki, że część zawartości cebrzyków zostaje drogą rozlana. Mniejsza z tym! Jeszcze z marszu pytam Borzysława:

– Którą ręką Radowit włada lepiej, prawą czy lewą? – Żerzca patrzy na mnie zdziwiony, ale gdy ponawiam pytanie, chwilę się zastanawia i zdecydowanie odpowiada, że prawą.

– Świetnie! A czy mamy w domu kawał grubego powroza, tak z dziesięć kroków?

Drapie się po głowie zakłopotany, lecz znika w komorze i po chwili wraca, trzymając w dłoni słuszny kawał zwiniętego powroza.

– Wspaniale! Wystarczy nawet i na zapas. – Zabieram powróz i wraz z Niukiem szorujemy w dół zbocza. Opodal źródła widziałem na ziemi kawał dębowego konara. Będzie w sam raz. Odnajduję go i oglądam.

– Tak, w sam raz. – Przywiązuję powróz z jednego końca i taszczę pod dąb na skraju lasu, po czym wspinam się nań, mając wolny koniec powroza przywiązany do pasa. Wybrawszy odpowiednią gałąź, przywiązuję powróz, podciągnąwszy go uprzednio na odpowiednią wysokość.

Złażę z drzewa. Stojąc obok pnia, tuż przy głowie mam dyndający solidny dębowy konar, prawie że metrowej długości. Wyjmuję z kieszeni mój kordonkowy sznurek.

– Czy nie będzie za krótki? Ostatecznie zawsze mogę dosztukować miedzianym drutem. Przynajmniej na coś się przyda. – Potem jednak modyfikuję pomysł i drutem owiązuję kloc u dołu. Dopiero za druciane ucho przywiązuję sznurek przerzucony przez gałąź sąsiedniego drzewa. Ostrożnie podciągam kloc do góry, a następnie mocuję sznurek do choinki. Wychodzę poza kępkę świerczków, chcąc ocenić swą pracę. Z pewnej odległości spoglądam na dąb, czy aby przypadkiem nie dostrzegę „niespodzianki” podwieszonej na powrozie? Lecz nie jest tak źle, jak się obawiałem. Ktoś niezorientowany nie powinien niczego dostrzec.

Wracam pod dąb zatrzeć ślady swego pobytu. Potem już szybko ruszam z psem na szczyt, gdyż zbliża się południe i nie pozostało mi zbyt wiele czasu.

Ustalamy jeszcze z żerzcą parę szczegółów, zakładam Niukowi obrożę i wyciągam z wora powróz służący za smycz. Mój kubrak i czapka zostają na miejscu. Po chwili namysłu wyjmuję z wora krótki miecz Miłorada i zakładam na pasek wyjęty ze spodni. To dla Zbyszka. Mam nadzieję nie zgubić spodni drogą. Przecież są w sam raz i mogę je nosić nawet bez paska. Borzysław daje mi swój szarawy kubrak. Opinam się pasem ze „syrenką” i zarzuciwszy przez ramię kołczan z bełtami oraz ująwszy w garść kuszę wychodzę, uspokoiwszy wpierw Niuka. Cały trud przekonania i nakłonienia Zbyszka do jazdy spada na żerzcę. Jestem spokojny. Już tam sobie poradzi.

Szybko schodzę zboczem do źródła, a potem ostrożnie skradam się w stronę dębu. Przed kępką świerczków naciągam kuszę i zakładam bełt. Niknę pomiędzy choinkami, a następnie moszczę sobie wygodne miejsce. Żeby mieć go więcej, muszę odłamać parę gałązek. Wykorzystuję je dla lepszego zamaskowania się. Pewnie wyglądam teraz jak leśny dziadek – taki poobtykany choiną.

Sprawdzam widoczność ze swego stanowiska. Nie jest wcale zła. Obejmuję wzrokiem nawet dosyć spory kawałek najbliższej okolicy. Odłożywszy kuszę na ziemię, odwiązuję sznurek od choiny. Obecnie muszę go trzymać w dłoni, by w odpowiedniej chwili uwolnić kloc – niespodziankę. Do tego czasu nie pozostaje mi nic innego do roboty, jak tylko cierpliwie czekać. Spoglądam na zegarek. Minęło południe. Niebo zachmurzone, a wiatr zelżał jeszcze bardziej. Wolałbym wprawdzie, by mocniej szumiał pośród drzew, chociaż z drugiej strony, jakiś jego silniejszy podmuch mógłby przed czasem spowodować zwolnienie podwieszonego kloca. Lepiej zatem, że jest, jak jest. Przynajmniej wcześniej usłyszę nadchodzącego Radowita.

Znów spoglądam na zegarek. Minęło przeszło pół godziny. Już dawno powinien nadejść. I nagle słyszę niedaleki trzask. Zastygam w oczekiwaniu. Niebawem w polu widzenia ukazuje się drab z łukiem w garści i kołczanem strzał na lewym ramieniu. Ubrany w rudawy kubrak z jeleniej skóry, włosem na wierzch. Na głowie czapka z tegoż samego. U pasa długi nóż w szerokiej pochwie. Przycięte poniżej karku ciemne włosy opadają na ramiona. Twarz wcale nie stara. Nie dziwię się Zbyszkowej mamie, że pozwoliła mu zająć miejsce u swego boku. Nie podoba mi się zacięty wyraz jego twarzy. Trudno wszakże temu się dziwić. Czy skrytobójca na chwilę przed zaplanowanym morderstwem może sprawiać miłe wrażenie?

Patrzę z niepokojem, po której stronie drzewa stanie? Tymczasem on sobie zwyczajnie siada pod pniem i całą uwagę kieruje na niedaleką drogę. W pewnym momencie błyskawicznie wstaje, równocześnie wyjmując z kołczanu długą, pierzastą strzałę.

– Zaczyna się! – Ostrożnie klękam na jedno kolano, dzierżąc w lewej dłoni napięty sznurek. Pośród pól ukazuje się jeździec.

– No, no, ale się odstawił! – Z trudem mogę rozpoznać Zbyszka. Obok konia podąża Niuk na długiej smyczy. Posuwają się polami, już poza drogą. Jeździec spogląda w drugą stronę.

– Bardzo dobrze! Odwraca głowę, by przypadkiem nie zostać przed czasem rozpoznanym. Czyżby wiedział o co idzie gra?

Radowit zakłada strzałę na cięciwę i czeka schowany za drzewem. Zbyszko wjeżdża na drogę i już jest obok nas. W następnej chwili widzę jego plecy. Zbyszkowy ojczym wychodzi zza drzewa i stojąc tuż przy pniu, bierze jeźdźca na cel.

– Już! – Zwolniony kloc, jak wahadło, rusza do przodu i w momencie, gdy zabójca z cięciwą przy uchu już ma wypuścić strzałę, wali go w łeb.

– Bach – aż grzmotnęło! Ja zaś już trzymam w ręku wycelowaną kuszę. Strzała Radowita szybuje wysoko nad głową Zbyszka, zaś strzelec ryje nosem w ziemię. Wyskakuję zza świerczków, żeby w razie czego natychmiast interweniować. Lecz okazuje się to zbyteczne. Zbyszkowy ojczym leży bez czucia i mam nawet obawy, czy aby go nie zabiłem?

Gwiżdżę na Niuka. Ten w odpowiedzi czyni piruet na tylnych łapach i szarpie w moją stronę. Zbyszko zwalnia linkę i ucieszone wilczysko za moment jest przy mnie. Wołam Zbyszka, sam zaś, póki co, pochylam się nad nieprzytomnym. Ujmuję przegub lewej dłoni i chwilę macam palcami za pulsem. Oddycham z ulgą, gdy go w końcu wymacuję. Trzeba draba natychmiast związać. Nie namyślając się wiele, odwiązuję smycz od obroży, by nią skrępować ręce leżącemu. I właśnie w tej chwili staje przy mnie Zbyszko. Patrzy na ojczyma i nic nie pojmuje. Pewnie jednak dostrzegł strzałę szybującą mu przed chwilą ponad głową, a teraz spostrzegłszy łuk leżący na ziemi nagle zrozumiał. Błysk przerażenia w oczach.

– Nie stój, Zbyszko! Pomóż go spętać! Wszak cię chciał ustrzelić – stawiam kropkę nad „i”.

Słyszę za sobą trzask łamanych gałęzi. To nadciąga Borzysław. Teraz już z robotą uwijamy się w parę chwil. Żerzca ogląda nieprzytomnego jeńca, obmacuje mu głowę, a potem spogląda na wciąż jeszcze wahający się kloc i z niedowierzaniem kręci głową.

– Radniej5ci, Sławku, w drogę nie leźć!

Mniejsza z komplementami. Ważniejszym jest wszystko wytłumaczyć Zbyszkowi. Pewnie jest to dla niego wstrząsem, ale cóż, kiedyś w końcu musi zacząć być dorosłym!

Słucha pobladły, od czasu do czasu rzucając krótkie spojrzenia na leżącego. Gdy kończę, smutno kiwa głową.

– Że też taki gad siedział pod ich dachem!

Obszukuję wciąż nieprzytomnego oberżystę. U pasa znajduję duży, fikuśnie powycinany klucz. To od jamy – mówi Zbyszko.

– Dobrze! Bierzmy i jego do jamy. Przynajmniej nam nie ucieknie.

Przerzuciwszy Radowita przez łęk siodła, skrajem lasu podwozimy go w pobliże piwniczki. Przetransportowanie jeńca do pieczary okazuje się przedsięwzięciem nieco kłopotliwym. Ostatecznie jednak zdyszani lądujemy u drzwi z dębowych bali broniących dostępu do środka. Zbyszko wkłada klucz do dziurki. Zgrzyt odsuwanej zasuwy i lekkie skrzypienie zawiasów zwiastują pokonanie przeszkody. Zaglądam do środka. Niestety w panujących tam ciemnościach niewiele mogę dostrzec. Za to ciekawski Niuk natychmiast niknie w środku. Niebawem rozlega się szczekanie.

– Oho, pewnie odnalazł babę! – Wchodzę za nim, zamykając oczy, by się przyzwyczaić do mroku. Gdy je po pewnym czasie znów otwieram, zupełnie dobrze mogę odróżnić kształty najbliższych przedmiotów. Patrzę w głąb pieczary. Oczy jeszcze bardziej nawykłe do ciemności dostrzegają w kącie ciemniejszy, długi kształt, na cokolwiek jaśniejszym tle. Przy nim to właśnie awanturuje się wilczysko. Podchodzę i pochylam się. W nos bije taki smród, że aż mnie odrzuca. Zatykam szybko nos palcami. Kształt się rusza i słyszę zduszone stękanie. Trudno mi wytrzymać fetor bijący z barłogu. Żołądek podjeżdża do gardła. Szybko wycofuję się, wychodząc na świeże powietrze. Jeszcze chwila, a całe dzisiejsze pożywienie diabli by wzięli! Przywołuję psisko, zaś towarzyszy proszę o wytaszczenie baby z piwniczki.

Siedząc wieczorem na ławie w Borzysławowej izbie przy wesoło trzaskającym ogniu, już bez emocji możemy podsumować nasze działania. Akcja została uwieńczona sukcesem, co do tego nie ma żadnych wątpliwości, lecz przy okazji napytaliśmy sobie nowej biedy. Przecież coś musimy zrobić z jeńcem. Nie mamy bowiem najmniejszego zamiaru przetrzymywać go w piwniczce przez dłuższy czas tak, jak to on postąpił ze Zelmirą. Pewnie, że mu nie zawadzi trochę poleżeć na gnijącej słomie wraz z robactwem toczącym ciało, ale na dłuższą metę jest to rozwiązanie nie do przyjęcia. Chciałbym w tym czasie wydobyć z niego interesujące mnie wiadomości, lecz cóż później z nim uczynić? Nie chcę być jego sędzią, a tym bardziej katem. Puścić go wolnym także nie można. Ostatecznie Borzysław uznaje, że po paru dniach spędzonych w piwniczce zostanie przekazany naczelnikowi osady, który ze starszymi osądzi jego postępki. Te zaś nie są fraszką. Trzykrotna próba skrytobójstwa i złamanie świętego miru otaczającego krąg Swaroga wystarczą, by dać gardło. Właściwie to powinno się go natychmiast wydać pod sąd, jednak wtedy już bym nie miał okazji z nim pogadać, a tym bardziej czegokolwiek się dowiedzieć. Egzekucja wyroku jest natychmiastowa. Zatem ujęcie Radowita musimy do czasu trzymać w tajemnicy.

Zbyszko dumny z tego, że go traktujemy jak dorosłego przytakuje i obiecuje trzymać język za zębami. Matka nie będzie chyba niczego podejrzewała, gdyż ojczym zdążył już ją przyzwyczaić do nagłych wyjazdów. Z żywnością dla więźnia też nie powinno być problemów – przecież nosi je dziennie na świętą górkę.

Pytam jeszcze czy Zelmira nie wyjawiła powodu, dla którego została uwięziona? Jednak niestety dzisiaj nie bardzo można się było z nią dogadać. Borzysław długo ją uspokajał, a na koniec potraktował usypiającym naparem. Prześpi spokojnie do ranka albo i dłużej. Jutro ją ponownie odwiedzi i nakarmi, a przy tej okazji i pogada, zaś rozmową tak pokieruje, żeby otrzymać odpowiedzi na nurtujące nas pytania.

– Dobrze. Ja z rana pogadam z Radowitem. – I także mam nadzieję coś z niego wyciągnąć. Szkoda, że słońce już tak mocno nie przyświeca. Wtedy mógłbym użyć soczewki, która tak efektywnie zadziałała przy przepytywaniu Lubora. Jednak sądzę, że nawet bez soczewki potrafię z niego coś wycisnąć.

I na tym kończymy naradę. Najwyższy czas spać – tym bardziej, że ostatniej nocy mało co spałem. A tu jeszcze dochodzą emocje dzisiejszego dnia. Wszystko to razem sprawia, że czuję się zmęczony. Przed snem ochlapuję się jeszcze zimną wodą. Ległszy na posłaniu, niemal natychmiast zasypiam.

Wstaję skoro świt. Borzysław już wyszedł na poranne modły. Przekąsiwszy tylko podpłomykiem i wypiwszy kubek wody, szykuję się do odwiedzin więźnia. Odczekuję jednak na powrót żerzcy. Radzi mi zabrać kaganek. Lepiej bym dobrze widział gębę przepytywanego, wtedy łatwiej poznać czy mówi prawdę.

Przyznaję mu rację. Jestem cokolwiek podekscytowany czekającą mnie rolą, a zarazem ciekaw uzyskanych wyników. Zabieram klucz i wraz z Niukiem opuszczam polanę. W jakiś czas później lekko skrzypią otwierane drzwi broniące dostępu do Radowitowego składu. Jeżeli już tu jestem, przyglądnę się dobrze jego zawartości. Jeszcze na zewnątrz zapalam kaganek i dopiero później wchodzę do środka, unosząc liche źródło światła wysoko ponad głowę. Rzut oka dookoła. Zaraz obok drzwi dostrzegam kaganek stojący na ziemi. Jest dużo większy od mojego. Zapalam więc i jego. Im jaśniej – tym lepiej.

Podchodzę do więźnia. Jest nadal zgrabnie spętany, zaś gębę zatyka mu opaska. Leży bez ruchu, tylko niespokojne oczka biegają za mną. Niuk doskakuje do barłogu, szczerząc kły. W gardle mu gra. Najwyraźniej mu drab nie przypadł do gustu. Powstrzymuję wilczysko.

– Zostaw! Nie wolno! Siad! – Pies odchodzi niechętnie o dwa kroki i siada, ślepiąc wciąż na gospodzkiego jasno płonącymi oczyma. To nawet i dobrze, że go zaraz na wstępie trochę postraszył.

Wracam do drzwi, by je zamknąć. Wolę, aby nam nikt nie przeszkadzał. Potem zdejmuję więźniowi szmatę z gęby. Sądziłem, że rzuci z niej zaraz potok słów, jednakże mile mnie zaskoczył. Milczy jak zaklęty, tylko wciąż za mną wodzi rozbieganymi oczami. Chwilę stoję nad nim, nic nie mówiąc i patrząc przenikliwie w oczy. Dopiero potem się odzywam:

– Cóż Radowicie, nosił wilk razy kilka, ponieśli i wilka! (Obawiam się jednak, że nie bardzo zrozumiał). Chyba cię czart podbechtał6 godzić we mnie! Ano teraz weźmie ciebie. Czemuś dwakroć strzałę mi słał i jad w jagłach? To chcę znać!

Wciąż milczy, jak zaklęty. Wtedy wpada mi nagle do głowy pomysł, żeby zablefować na całego. Przecież drab pochodzi z południa, to wiem na pewno, zatem nuż się uda? Patrząc mu wprost w oczy mówię:

– Wszak cię kniaź Medzamir z tym tu nie słał. – Już na samo wspomnienie imienia kniazia, spłoszone oczy uciekają w bok. Czuję, że dobrze trafiłem. Ciągnę więc dalej:

– Chyba, żeś umyślił pomstę brać za Stroimira i jego chwataczy. O to ci chodzi? – Oj, coś mi się wydaje, że trafiłem w dziesiątkę! Jest wyraźnie spłoszony, a z oczu bije strach pomimo wysiłków, żeby to ukryć. Tak, trafiłem! Z radości roześmiałem mu się w twarz.

– Nie musisz taić i tak wiem. Rzekła ci o mnie pani Zbisława, nieświadoma ktoś zacz7. Widzisz, jakiś durny! Byłbyś nie nastawał na me życie, nadal byś spokojnie siedział w Czesławowej gospodzie. A z nim cóżeś uczynił? Ubiłeś, by wziąć jego miejsce u boku Gościmiły? A możeś posłał w gości kniaziowi? Wszak pono okrutnie rad robotnym mężom8. Zawsze to niezły przyrobek! (Z tym posłaniem Zbyszkowego ojca w charakterze brańca, to mi się tak jakoś samo powiedziało. Palnąłem, nawet się nie zastanowiwszy). Teraz już z całej jego twarzy bije przerażenie. Nie ma co, ale go dopadłem! Zupełne zaskoczenie. Zapomniał o tajeniu swych uczuć.

– No, gadaj wywłoko – naskakuję ostro – a nie, popróbujesz wilczych kłów! – I tu odczekuję parę sekund. Na więcej nie mogę sobie pozwolić. Muszę go ostro przycisnąć, zanim minie moment zaskoczenia. Gdy nadal milczy, włączam do akcji Niuka:

– Bierz go! – Tego psu nie muszę dwa razy powtarzać. Skok i obnażone kły błyskają mu w oczy. Przeraźliwy wrzask i bezradna próba umknięcia w bok. Przytrzymuję psa.

– Będziesz gadał, a nie, to cię rychło sprawi! Mnie tam za jedno i tak wiem. Gadaj!

Szczęki latają mu, jak w febrze.

– Stroimira mścić chciałeś? – Potakująco kiwa głową, przełykając nerwowo ślinę. Przy tym grdyka mu lata w górę i w dół.

– Czemuś zaraz nie rzekł? Kim był ci Stroimir? – Zaczyna gadać, zacinając się co chwilę. I tutaj zaraz rewelacja. Okazuje się, że Stroimir to jego starszy brat, chociaż nie z jednej matki.

– No, no, tego się nie spodziewałem!

Po trudnych początkach, które by można przyrównać do przełamywania pierwszych lodów, gadka idzie mu coraz sprawniej. Od czasu do czasu rzucam pytanie, jeżeli coś mi się wydaje niezbyt jasne. Co do Czesława zaprzecza żarliwie, iż w jakikolwiek sposób przyczynił się do jego zniknięcia. Cóż zresztą można zdziałać w tej sprawie po upływie pięciu lat? Natomiast dobrze go magluję, chcąc wyjaśnić jego rolę w kontaktach z łapaczami. Pewnie, że stara się umniejszyć swój udział w tej sprawie. Wyjaśniam także przyczynę uwięzienia baby. O jej rozmowie z Borzysławem i zamiarze zobaczenia oblicza skrytobójcy w dzbanie opowiedziała mu sama Zelmira, nieświadoma z kim ma do czynienia. Zwabił babę do piwniczki obietnicą potraktowania jej kubkiem syconego miodu i podstępnie uwięził. Nie zamierzał jej skrzywdzić, mając zamiar po czasie babę uwolnić. Naturalnie nie wierzę mu ani przez chwilę, lecz udaję, iż przyjmuję to za dobrą monetę. Niechaj sądzi, że mnie wywiódł w pole.

Co się tyczy Stroimira, spotkał go przypadkowo w gródku nad Mleczną. Stroimir kręcił się po okolicy handlując bronią, ale nie tylko nią. Interesowała go każda korzystna transakcja. Brata już długo nie widział, gdyż dosyć dawno opuścił ojczyste strony z kupiecką karawaną. Dużo po świecie wędrował. Zapędził się nawet do Kraju Chazarów – daleko na wschodzie. W drodze powrotnej, na pogranicznych rubieżach Wiślan, zostali napadnięci przez draczy przy przeprawie przez rzekę. Mało kto ocalał. On uciekł ranny, a wszystko co miał przepadło. Dzień wędrował nim się dowlókł do gródka. I tam spotkał Czesława, który go litościwie przygarnął. Stroimira zaś spotkał przed dwu laty.

– I wciągnął cię w swe sprawy – wpadam mu w słowo. Przytakuje skinieniem głowy. Udzielał przeto Stroimirowi pomocy w uzyskiwaniu wieści, gdzie łapaczom najskładniej uderzyć. Planowali nawet napad na tutejszą osadę i świętą górkę, spodziewając się bogatych łupów. Ale do tego już nie doszło. Miał to być ich ostatni występ przed powrotem, jako że zamierzał wracać do domu wraz z ludźmi kniazia.

– Cóż, prędzej do akcji wkroczył Radosz – z wiadomym skutkiem.

Wieści o tragicznym końcu wyprawy łapaczy go przeraziły. Dokładnie wypytał panią Zbisławę o wszystko. I od niej się dowiedział o śmierci brata w Unisławowym Źrebie. W pierwszej chwili nie mógł w to uwierzyć. Potem jednak postanowił go pomścić. Gdy zaś doszło doń, że tutaj przybyłem uznał, że to sam Bóg wydał mnie w jego ręce.

– Jaki Bóg, Radowicie? Chyba nie Swaróg, któregoś święty mir zbezcześcił!

Tutaj prycha gniewnie i w następnej chwili dowiaduję się, że Swaróg jest zwykłym bałwanem, a jego ołtarz na górce tronem szatana! Ba, teraz pojmuję jego zupełny brak skrupułów, gdy podsyłał mi zatrutą wieczerzę. A potem omal nie parskam śmiechem. Dowiaduję się bowiem, iż mam przed sobą brata w Chrystusie!

– Chrześcijanin tutaj? Ale cyrk!

– Jakie masz imię? Wszak na chrzcie świętym nie dano ci miana Radowita?

– W samej rzeczy! Dano mu imię Jakuba, ale woli swe domowe – tak, jak go wołała matka. Wobec takiego obrotu sprawy, jakiś czas rozmawiamy o chrześcijaństwie. Powoli wyłania mi się jego obraz, człowieka wprawdzie ochrzczonego, lecz prawie nie mającego pojęcia o swej wierze. Tyle, że ma się za coś lepszego od nie chrzczonych. Poza tym, to wciąż nadal poganin, jednak wykorzeniony z dotychczasowego systemu pojęć dobra i zła. I tak mu się wydaje, iż w stosunku do pogan wszystkie chwyty są dozwolone i nawet największa niegodziwość nie jest zła. Doprawdy, dziwna mentalność!

– Któż zatem, Radowicie, stworzył pogan? – Chwilę milczy, zaś potem odpowiada, że wszystko stworzył Bóg.

– Jeżeli więc Bóg Ojciec ich stworzył, są jego dziećmi! A jak powiada piąte przykazanie? Nie zabijaj. Przeto nie godzi się nikogo zabijać, nawet poganina! W przeciwnym razie przykazanie by głosiło: nie zabijaj brata w Chrystusie, czy nie tak? – I tym zabiłem mu we łbie klina. Milczy, patrząc we mnie zdziwionym wzrokiem.

Jak na dzisiaj, mam go już dosyć. Pytam jeszcze na koniec czy w jego rodzinnym kraju wszyscy są ochrzczeni.

– O nie! Tylko nieliczni. Kniaź stoi nadal przy wierze ojców. Natomiast ich ojciec przyjął chrzest, a z nim cały ich dom.

Na odchodnym pozostawiam mu usta nie zatkane. Uświadamiam jednak, że wrzaski ściągną mu jedynie na kark większą biedę. Przyspieszy sąd nad sobą, zaś chyba dobrze wie, czego się może po nim spodziewać.

Parę razy nerwowo przełyka ślinę i przytakuje skinieniem głowy. I na tym kończę rozmowę. Pozostaje mi jeszcze rzucić okiem na zasoby piwniczki.

Osiemnaście zaszpuntowanych beczułek. Obok stoi kilkanaście dużych, zapieczętowanych glinianych dzbanów oraz dwie beki, również zaszpuntowane. W samym kącie znajduję spory tłumok. Macam rękoma – coś twardego. Rozwijam. Oczom ukazuje się kilka niezbyt długich mieczy oraz kilkanaście noży.

– A, to chyba Stroimirowy towar! Tego tutaj nie można zostawić. – Zawijam żelastwo na powrót w tobół i wynoszę przed drzwi. Wracam po kaganki. Wtedy Radowit prosi, żeby mu zostawić światło, chociażby do czasu. Źle mu w ciemnościach.

– Pal licho! Mogę mu ostatecznie pozostawić zapalony kaganek, jednak z dala od barłogu. Jeszcze by się gotów zapalić!

A teraz mała niespodzianka: rozchylam nieco koszulę pod karkiem i wyjmuję krzyżyk wiszący na rzemieniu, podtykając mu go pod same oczy:

– Widzisz przed jakim cię grzechem Pan ustrzegł? – Wychodzę zabrawszy Borzysławową lampkę, zostawiając chwilowo ogłupiałego draba z rozdziawioną gębą. Zamykam drzwi na klucz i biorąc tobół na ramię, rozglądam się za Niukiem. Myszkuje w pobliżu.

– Chodź Niuku! Idziemy. Najwyższy czas coś zjeść!

Zostawiwszy klucz w umówionym miejscu, by Zbyszko nie musiał daremnie ganiać na szczyt, wracamy na świętą górkę. Będąc już w połowie drogi stwierdzam, że właściwie należało zahaczyć o chatkę Zelmiry. Pewnie tam jest Borzysław i jeżeli gospodyni już się wyspała, mógłbym posłyszeć coś ciekawego. Jednak teraz szkoda mi przebytej drogi, żeby wracać. Podążam zatem nadal w kierunku szczytu.

Po burym niebie przewalają się ławice chmur. Wiatr, odpocząwszy nieco przez ostatnie dwa dni, znów sobie przypomniał o swym posłannictwie. Z drzew lecą jesienne liście zerwane silnymi podmuchami. Minąłem już polanę siodła, wkraczając na „ostatnią prostą” przed szczytem. Towarzyszy mi szum drzew, na których to wiatr znów wygrywa melodie, ale tym razem cokolwiek łagodniejsze w tonach niźli onegdaj. Przyjemnie tak wędrować i gdyby nie świadomość rychłej konieczności zadecydowania o losie naszego jeńca, byłbym z siebie rad.

– Że też zawsze muszą się przyplątywać jakieś kłopoty! – Na to jednak nie mogę niestety nic poradzić. Siła wyższa! Pani Przygoda już tam zawsze zadba, ażeby w odpowiedniej chwili do dzbana miodu dodać odrobinę dziegciu. – Głupiś Sławku! Cóż się przejmujesz Radowitem? Że pewnie wkrótce da gardło? Przecież on się takimi drobiazgami nie przejmował, wynajdując ofiary dla braciszka oraz planując napady i to nieomal na swój dom. To człowiek bez skrupułów, zawsze gotów zabić, gdy takie rozwiązanie uzna za korzystne dla siebie. Tak, ale jest chrześcijaninem, chociaż marnym, lecz zawsze.

– No, to cóż z tego? Czyżby chrześcijaństwo miało mu zapewniać bezkarność i rozgrzeszało z wszelkich win? Nieodzownym warunkiem uzyskania przebaczenia jest szczery żal, zaś tego, jak na razie, nie dostrzegłem. Zresztą, zobaczymy później. Mam parę dni czasu. Zbyszko ojczyma nakarmi i niechaj odpoczywa po trudach ostatnich dni na swej wybornej słomie. A że go przy okazji nieco pokąsają robale – nie szkodzi. Przynajmniej będzie miał czas na przemyślenie kilku problemów, które mu zasygnalizowałem. Może wcale nie jest znów aż taki zły, jak mi się wydaje, lecz tylko ogłupiały i zagubiony, zaś w głębi duszy drzemie dobro? Przecież baby nie zabił, chociaż mógł. – Ostatecznie postanawiam już więcej sobie nim dzisiaj głowy nie zaprzątać.

Chatkę Borzysława zastaję pustą, lecz na stole czeka spóźnione śniadanie. To miło, że o mnie pamiętali. Z ulgą rzucam tobół pełen żelastwa w kąt i opłukawszy ręce, zabieram się za posiłek. Psisko siedzi obok, czekając grzecznie na kąski dla siebie. Gdy nasz głód zostaje zaspokojony, wychodzimy na polanę i podążamy w to miejsce, skąd widać osadę. Siadam pod drzewem i opierając plecy o pień, spoglądam z góry na codzienne życie toczące się u stóp świętej górki. W pewnej chwili dostrzegam Borzysława i Zbyszka wychodzących z chatki Zelmiry. Kierują się do zajazdu. Czekam długo nim ponownie się pojawiają. Tym razem idą w kierunku ścieżki wiodącej na wzgórze. Wobec tego i ja po jakimś czasie wstaję spod drzewa, by wrócić do chaty żerzcy. Zziębłem już cokolwiek i niezbyt mam ochotę wychodzić im na przeciw. Moi towarzysze długo nie nadchodzą. Pewnie po drodze zajrzeli do Radowita, zaś nakarmienie i napojenie draba musi zająć trochę czasu. Ostatecznie przychodzą po upływie prawie że godziny od czasu, gdy ich ujrzałem wychodzących z zajazdu. No, może jeszcze wysadzili gospodzkiego na nocniczek, aby sobie nie zafajdał galotek?

Przywitawszy się pytam Zbyszka:

– Jak tam mama? Bardzo się niepokoi o Radowita? – Lecz tutaj mieliśmy rację. Przywykła do jego nagłych zniknięć i uważa to za normalne, chociaż niezbyt przyjemne. Tak więc, z tej strony nic nam nie zagraża. Jestem ciekawy czy Borzysław dowiedział się czegoś od Zelmiry? I tutaj sukces. Znamy już prawdziwy powód uwięzienia. Wprawdzie Zelmira była dzisiaj niezbyt skora do wynurzeń, ale Borzysław tak pokierował rozmowę, że pokrótce opowiedziała o swej niewoli. Radowit zwabił ją do swej piwniczki obietnicą darowania gąsiorka miodu. Nie wydało jej się to dziwne, jako że nieraz dostarczała mu różnych ziół. Tu została nagle obezwładniona i związana. Radowit zaś za zwrócenie wolności zażądał drobnej przysługi: Miała poprzez swój dzban wejrzeć w rzeczy przeszłe, ale znów nie aż tak odległe. Chodziło o kupiecką karawanę wracającą z dalekiego Kraju Chazarów, której przewodził mauretański kupiec Jusuf. Zaskoczyli ją dracze u przeprawy przez rzekę, już na granicy wiślańskich dziedzin. Jusuf z częścią towarzyszy zdołał się wycofać na wzgórek opodal przeprawy i tam się bronili. Cóż, kiedy przewaga napastników była zdecydowana i wzgórek padł. Nikt nie ocalał z pogromu. Głowę dał i Jusuf, ale jego worka ze srebrem zbóje nie dostali – tego Radowit był pewien. Najwyraźniej Jusuf zdołał skarb ukryć przed śmiercią. I tutaj było zadanie dla Zelmiry. Przywołując przeszłość miała dojrzeć, gdzie Maur schował srebro. Za tę przysługę obiecywał jej wolność, a i przy tym sporą garść srebra. Jusuf miał go wiele. Radowit widział je na własne oczy.

Uwięzienie tłumaczył obawą, aby się przypadkiem przed kimś nie wygadała o skarbie. Wtedy ktoś mógłby go ubiec i sprzątnąć srebro spod nosa. Codziennie więc Zbyszkowy ojczym rozwiązywał Zelmirze ręce, żeby swobodnie mogła praktykować ze swym dzbanem, który przyniósł z jej chaty. Nie żałował też jadła ni napoju. Po prawdzie to baba przez cały czas była na zdrowym rauszu, gdyż nie skąpił jej piwa i miodu, mając nadzieję szybszego wyciągnięcia z niej upragnionych wieści.

Borzysław nie bardzo wierzył w to srebro. Radowit najpewniej chciał usunąć babę, może nawet tylko do czasu, żeby nie zostać zdemaskowanym jako skrytobójca. Rzekomy skarb był pewnie tylko zasłoną, mającą taić jego prawdziwe zamysły. Możliwe, iż rzeczywiście zamyślał opuścić te stromy po pomszczeniu brata, bojąc się o swą skórę, w razie gdyby współpraca z łapaczami wyszła na jaw. Na ostatek Borzysław przekornie zapytał Zelmirę czy w końcu dojrzała owe Jusufowe srebro?

– Dobrze go strzeże pracowity ludek – usłyszał w odpowiedzi. – Atoli Radowit niczego o nim nie usłyszy. Może srebra szukać nawet do śmierci!

I to już wszystko. Baba wciąż była roztrzęsiona i wyczerpana niewolą w ciemnej piwnicy. Pewnie i przy tym miała solidnego kaca. Borzysław znów jej zaaplikował nasenny napar, by spokojnie przespała do jutra.


 

1 powała – sufit.

2 polepa – podłoga z ubitej gliny.

3 cienkusz – liche piwo.

4 szczyt – tarcza.

5 radniej – lepiej.

6 podbechtał – podkusił.

7 ktoś zacz – kim jesteś.

8 wszak pono…. – przecież podobno bardzo lubi pracowitych mężczyzn.

Udostępnij

Share on facebook
Facebook
Skip to content