ODCINEK 66. Spacer po przedwojennych Panewnikach – cz. 6

Foto. Klasztor panewnicki. Widok od strony Kokocińca. W środku biegnie droga – obecna
ul. Kijowska.

Wspomnienia pani Krystyny Koczy

Piękny zachód słońca, mgłę nad łąkami i rechot żab i śpiew cykad. Czy można życzyć sobie
piękniejszej scenerii? A potem koniec manewrów jesiennych – pożegnanie wojska. Wojsko na
koniach, piechota, za nimi kuchnia polowa, kwiaty dla żołnierzy, zakochane panienki i machanie
rączkami przez dzieci na pożegnanie.
Żołnierze w podzięce śpiewali:
„Przy piechocie fajno jest, fajno jest
Dziarsko maszeruje się,- ruje się
Prawa wolna, lewa wolna, środkiem szosy śmiało wal
Kto nie służył przy piechocie, temu żal…”
A co było zimą? Mroźny ranek witał nas zamarzniętymi oknami, na szybach których Pan Mróz
malował piękne kwiaty. Palono w piecach, „żeleźniokach” czy „morcinkach” – jak kto wolał.
Drogi zasypane śniegiem. Dzieci ubrane w ciepłe „spodnioki” – krótkie spodnie (długich spodni
nie noszono), pończochy, swetry, czapki, szale, rękawice zrobione z wełny na drutach przez
babcie. Na to nakładano jakieś „paletko” lub futrzany kubraczek po starszym rodzeństwie,
podwiązany rzemykiem. Pod pachą torba z książkami lub tornister na plecach. Na nogach
sznurowane do kostek buty.
Ale był taki kolega z mojej klasy – mówiliśmy mu Sylwuś. Otóż ten kolega nie miał butów. On
nosił drewniane trepy zwane „pyntoflami”, które zrobił mu jego dziadek. Spody były z drewna,
góra z czerwonej skóry ze starej torby. Pod tymi „pyntoflami” były przybite po dwa specjalne
przez całą podeszwę druty. I widzę jeszcze dzisiaj Sylwusia jak na tych „pyntoflach” się
rozpędza po oblodzonej drodze i z górki jedzie aż do końca ulicy Kruczej, na wysokość
restauracji Neumanowej. Takiej jazdy nie można przeżyć w najlepszych butach.

Zanotował Dariusz Demarczyk.
Materiał pochodzi z monografii
„Zarys dziejów Ligoty i Panewnik od zarania do czasów współczesnych” (red. Grzegorz Płonka).

Udostępnij

Share on facebook
Facebook
Skip to content