ODCINEK 9

Rozdział dziewiąty

 

     Na bożym świecie szarzało. Zaczynał się zmierzch. Wraz z motocyklem i wózkiem siedzieliśmy w murowanym, sklepionym przepuście, którym pod drogą przepływał potoczek, od wzgórz na południu toczący wody do już bliskiej Odry. Na szczęście rozmiary przepustu obliczono na dużo większe przepływy niż obecny, w związku z czym od wody do ścian pozostawały pasy suchego gruntu szerokie na ponad pół metra, zaś wysokość pozwalała stanąć wyprostowanym. Żeby było ciekawiej, ów przepust znajdował się już za Krzyżanowicami – w stronę Raciborza – przeszło kilometr od skrajnych zabudowań wsi.

Ruszając późnym popołudniem z roszkowskiego dworu ani bym mógł się tego spodziewać. Nadal w ramach szturmowego plutonu mieliśmy wspomóc ogniem atak na niemieckie pozycje w rejonie budynku myta przy odrzańskim moście łączącym Krzyżanowice z Bukowem. Dowództwo bowiem postanowiło zaatakować Krzyżanowice z dwu kierunków:

– Od roszkowskiego dworu, wzdłuż gościńca natarcie wzmocnionej posiłkami 7 kompanii, któremu bardziej na południe miało towarzyszyć uderzenie z Rudyszwałdu, mające poprzez wzgórza wyjść na przedpole Krzyżanowic, by tam wzdłuż rozwidlającej się drogi polnej obchodzącej bokami wzgórek zwany przez Niemców „Lichtenbergiem”, trafić w centrum wsi.

– Zza Odry – przez most – silna grupa z Bukowa, która niespodziewanym natarciem z boku winna była zaskoczyć i zrolować obronę Krzyżanowic zajętą bojem na roszkowskim i rudyszwałdzkim kierunku. Dla otwarcia drogi grupie z Bukowa niezbędne jednak było wcześniejsze zneutralizowanie niemieckiej placówki przy mycie i moście. I to właśnie stanowiło zadanie grupy szturmowej – nagły atak od tyłu, od strony Krzyżanowic – którego Niemcy raczej nie powinni byli się spodziewać. Akcja musiała być błyskawiczna tak, aby siły niemieckie trzymające krzyżanowicki dworzec, jak również przyodrzański przysiółek „Fischdörfel”, położony za drogą do Bukowa w dół Odry, nie zdążyły przyjść z pomocą. Wzmocnieni dodatkową drużyną, szturmowcy ruszyli znów za tor kolejowy, by nie korzystając z dróg, na przełaj przez pola i łąki, dotrzeć do bukowskiego gościńca jeszcze przed mytem. I my podążyliśmy ich śladem, wpierw do przejazdu, gdzie nie tak dawno operowała przepędzona „pancerka”, a potem jeszcze dalej, ze 150 – 200 metrów, aż do odrzańskiego starorzecza, przy którym wzięliśmy kurs na Krzyżanowice, jadąc polną drogą niemal równoległą do kolejowej linii, by około 200 metrów przed jej wylotem na drogę z Bukowa, wrócić w bezpośrednie sąsiedztwo torów i – że tak powiem – w cieniu nasypu przemknąć do przejazdu przed stacją, a stamtąd, wyciskając z motocykla ile tylko się da, odskoczyć około kilometra w stronę Odry i tam ze szturmowcami zajść od tyłu Niemców zajętych obroną mostu. Nasza eskapada była ryzykowna, lecz przy pewnej dozie szczęścia rokująca powodzenie. Zabudowa Krzyżanowic, zrazu rzadka, zaczynała się dopiero po południowej stronie torów, od których do skrzyżowania z gościńcem biegnącym od Roszkowa było także około kilometra i dopiero od tego miejsca – dalej na południe – zaczynała się zwarta, której osią był dalszy ciąg drogi z Bukowa i zapłocia biegnące do niej równolegle z jednej i drugiej strony, mające między sobą prostopadłe połączenia.

Akcja przy mycie powiodła się nadspodziewanie. Niemcy, zabsorbowani natarciem na most z Bukowa, nie zauważyli niebezpieczeństwa nadciągającego od tyłu. Nam również udało się dotrzeć na miejsce niemal niezauważonym. Jedynie przy wyjeździe na bukowski gościniec, dostrzegł nas ktoś ze stacji i potraktował niecelnym strzałem, gdy Huck już wziął ostry zakręt w prawo i odjeżdżał w stronę Odry. Nim zdążył ponownie wypalić, a zaalarmowani strzałem kamraci włączyć się do sprawy, wyciskając z motocykla maksimum, coraz bardziej oddalaliśmy się od stacji. W gęstej strzelaninie, Niemcy broniący dostępu do mostu nie zwrócili uwagi na odgłosy strzałów dochodzące od tyłu. Ale i też rozwijające się równocześnie natarcie na wieś od strony Roszkowa skutecznie je zagłuszało. Zaskoczeni od tyłu obrońcy złożyli broń, uznając dalszą walkę za bezcelową. Jeńców natychmiast przeprowadzono za Odrę, zaś powstańcy wzmocnieni zdobycznym 08-15, a także zapasem amunicji i granatów, brawurowym atakiem zajęli pobliski przysiółek, po czym ruszyli na dworzec. Przy znacznej przewadze sił i on został wnet zajęty. Na krótkim torze stacyjnym stała owa zaimprowizowana „pancerka”, w rzeczywistości nie aż tak pancerna, o czym świadczyły otwory przestrzelin w stalowych burtach. Niestety kaemu wewnątrz nie było, a szkoda! Ruszyliśmy za tor. Posuwając się gościńcem w stronę centrum, po lewej mieliśmy łąki z rzadka porośnięte drzewami i krzakami; z prawej – za murem – jakieś zabudowania i ogrodnicze szklarnie. Nawet za bardzo nas nie ostrzeliwano, co jednak nie miało większego wpływu na tempo marszu. Ostrożność bowiem nakazywała dokładną penetrację terenu tak, by przypadkiem nie dać się wciągnąć w zasadzkę, a tej przecież można było się spodziewać, jako że szmat terenu za murem należał do pałacowego kompleksu grafa Lichnowskiego. Co jak co, ale pałacu i dworskich zabudowań na pewno zamierzano twardo bronić. Wszak w tym celu hrabia dostał posiłki z Raciborza.

Odpowiadając na sporadyczny ostrzał, posuwaliśmy się skokami do przodu, co kilkanaście metrów zawracając motocykl, bym mógł osłaniać ogniem kolejny skok powstańców.

Od torów dzieliło nas już dobre 400 metrów. Huck właśnie ruszył do przodu, mając z prawej wylot dróżki odchodzącej na zachód. Zaraz też wpadła w nią grupa szperaczy penetrująca teren. I właśnie wtedy usłyszałem nadjeżdżający pociąg. W pierwszej chwili nie zwróciłem na to uwagi. Dopiero gwizd parowozu i pisk gwałtownie hamujących wagonów skłonił mnie do rzutu okiem za siebie A tam, minąwszy przejazd, zatrzymywał się właśnie pociąg pancerny przybyły od strony Raciborza! Zaraz też jego kaemy bluznęły ogniem. Huknęło działko, na szczęście posyłając pocisk dużo za daleko. Wprawdzie wybuchł na drodze, jednak dobre pięćdziesiąt metrów przed powstańczą szpicą. Huck natychmiast zawrócił, by nas skryć w dopiero co miniętej uliczce. Powstańcy również dali nura za mur ogradzający hrabiowską posiadłość. Zanim na dobre zniknęliśmy za załomem, zdążyłem jeszcze dostrzec oddział desantowy wysypujący się z wagonu. Huck zatrzymał motocykl zaraz za załomem. Cofnąłem nieco dwukółkę tak, by wystawić lufę kaemu zza węgła. W parę sekund wziąłem na cel desantowców i posłałem dwie długie serie. Po chwilce przyłączył się do mnie jeden z naszych elkaemów, prowadząc ogień z ponad muru. Nasza akcja przegnała część desantu pod wagony, skąd zaczęli nam odpowiadać ogniem. Reszta pobiegła do przejazdu, tym sposobem wychodząc z pola rażenia.

– Osłonięci zabudowaniami, mogą nas zajść z drugiej strony korzystając z równolegle biegnącej drogi po zachodniej stronie kompleksu pałacowego – krzyknął mi Huck pomiędzy seriami. – Trzeba ich przyblokować! Zwijajmy się!

Raz, dwa, przypięliśmy dwukółkę do motocykla. Siadłem na siodełku za cekaemem, opierając stopy o podpórki i ująwszy za uchwyty kaemu, byłem gotowy do otwarcia ognia. Kapitan ruszył z kopyta i po chwili równoległą do gościńca drogą, wziął kurs w kierunku dworca, by po minięciu zabudowań folwarku i zaraz potem zakrętu zawrócić, zatrzymując się w bramie jednej z posesji tak, bym mógł objąć ostrzałem jak najszerszy sektor. A był już na to najwyższy czas, gdyż zaledwie chwilę później, w polu widzenia ukazał się nieprzyjaciel chcący skorzystać z tej drogi. Siejąc krótkimi seriami, starałem się to mu wyperswadować, póki co, skutecznie. Niebawem znów spróbowali, ale i tym razem ich zastopowałem. Miałem jednak świadomość, że zbyt długie pozostawanie na jednej pozycji może być niebezpieczne. Przecież dysponowali przynajmniej jednym działkiem! Widocznie Huck pomyślał to samo, gdyż uruchomił silnik.

– Trzymaj się, Romku! – Ostro ruszył z miejsca, by wnet znowu zatrzymać się za węgłem płotu. Mieliśmy nosa! Przy bramie, w której dopiero co parkowaliśmy, wybuchły dwa pociski. Desantowcy natychmiast ruszyli do przodu. Odczekawszy jeszcze chwilkę, przydusiłem ich ogniem do ziemi. I tak jeszcze przez jakiś czas bawiliśmy się w ciuciubabkę, co i rusz prowadząc ostrzał ze zmienianych stanowisk. I chociaż część desantowej grupy wypadła z gry, pozostali, korzystając z każdej okazji, krótkimi skokami systematycznie parli do przodu. Wreszcie jednak nadszedł moment założenia ostatniej już taśmy.

– Co robimy, kapitanie? Za wiele tym nie zwojujemy!

– Masz rację. Wracamy do naszych!

Cóż, kiedy w uliczce ani w jej sąsiedztwie, naszych nie było, zaś dochodząca z przodu gęsta strzelanina mogła świadczyć o ich obecności w rejonie skrzyżowania z drogą biegnącą od Roszkowa. Nie chcąc się wystawiać na ostrzał z pociągu pancernego, Huck zawrócił ku dopiero co opuszczonej ulicy, by nią dojechać do skrzyżowania, mając nadzieję spotkać tam naszych kompanów.

– A chociażby, Romku, nawet ich tam już nie było, wypadniemy znienacka, przydusisz Szwabów ogniem i przemkniemy do naszych idących od Roszkowa.

Pomysł wydał mi się zwariowany, ale może właśnie dlatego dający jakąś szansę. Cóż innego nam pozostaje niż próba przebicia? Przecież się nie poddamy!

Biorąc ostry wiraż, wypadliśmy na drogę, zaskakując desantowców posuwających się poboczami. Natychmiast przycisnąłem spust, niemal na oślep siejąc krótkimi seriami, które skutecznie spędziły ich z drogi. A my gnaliśmy w stronę skrzyżowania, jeżeli szybkość około czterdziestu kilometrów na godzinę uznać za gnanie. Co chwilę przyciskałem spust, puszczając krótkie serie za siebie, aby jak najdłużej ogniem terroryzować przeciwnika, a tym samym umożliwić Huckowi pokonanie tych około czterystu metrów dzielących nas od skrzyżowania. Droga biegła prosto. Od zachodu przylegały do niej pola, od wschodu – mur okalający hrabiowskie posiadłości. Gdzieś tam za nim był pałac, którego jednak z wysokości siodełka nie miałem szansy zobaczyć. Zaciskając dłonie na uchwytach kaemu, podskakiwałem wraz z wózkiem na nierównościach. Raptem, za moimi plecami, padły dwa strzały! A więc i ktoś z przodu wziął nas na cel. W tym wszak że wypadku byłem bezradny, jako że ogniowa riposta była możliwa dopiero najwcześniej w momencie mijania. Żeby do tego być przygotowanym, wychyliłem lufę „emgie” w prawo tak daleko, jak tylko mogłem, wyginając się w dziwnej pozie. Przy tym miałem wrażenie, że przy pierwszym podskoku wyfrunę z siodełka. Lecz oto już z prawej okazała brama, rozwarta na oścież, a w niej dwu facetów repetujących karabiny. Tym jednak razem już nie zdążyli złożyć się do strzału. „Emgie” zagrało długą serią, która wymiotła ich z wjazdu. Wprawdzie z głębi parku odezwał się kaem, lecz brama została już za nami. I chociaż do akcji włączył się następny, bijąc długą serię, Huck przymknąwszy przepustnicę, wziął zakręt i znów przyspieszył. Za nami huczały strzały, wokół gwizdały pociski, a mój kaem bił długą serię. Jakaś kula zerwała mi czapkę z głowy. Wtem coś pacnęło do wózka. Zajęty kaemem nie zwróciłem na to uwagi. Dopiero rzut oka na taśmę, czy aby nie kończą się naboje spowodował, że na głowie włosy stanęły mi dęba.

– O rany! Granat! – Błysk świadomości, iż zaraz wybuchnie zmroził mnie w sekundzie. Zamarłem w bezruchu, czując dziwną pustkę w głowie. I chociaż trwało to jedynie chwileczkę, mnie wydało się wiecznością. Ocknąłem się z odrętwienia, lecz granat ciągle jeszcze nie wybuchał. Wyciągnąłem rękę, chcąc go dosięgnąć, jednak z siodełka było to niemożliwe.

– Stój! Zatrzymaj się! – wrzasnąłem. Kapitan gwałtownie zahamował. Gdybym nie trzymał uchwytów kaemu, poleciałbym do przodu, tak jak ów granat, który walnął w przednią burtę wózka.

– O Jezu! Zaraz przerobi nas na kaszkę! – Serce skoczyło mi do gardła.

– Co się dzieje? – doleciał mnie głos Hucka.

– Granat! – zapiszczałem dziwnym dyszkantem, pewny rychłego wybuchu. Ale ten jakoś nie następował, chociaż już dawno minęło koniecznych dziesięć sekund. Capnąwszy za trzonek, z całej mocy cisnąłem nim w bok. Koziołkując w powietrzu zatoczył łuk, lądując w strumyku, który właśnie w tym miejscu przepływał pod drogą.

– Jazda! – zakomenderowałem. Motocykl szarpnął do przodu. Po chwilce huknęło za nami, sypnęło odłamkami. Miałem nadzieję, że żadem nie trafił kapitana.

Po małym podjeździe, zaczęliśmy zjazd w kolejną płytką dolinkę. I właśnie wtedy uświadomiłem sobie, że przecież zdążamy na zachód, a więc dokładnie w przeciwną stronę niż leżał Roszków! Z emocji ponownie mnie przytkało. Jednocześnie poczułem benzynę. Czyżby jakiś przeciek i tracimy paliwo?! W parę chwil później nieoczekiwanie ucichła praca silnika i tylko siłą rozpędu nasz pojazd posuwał się jeszcze do przodu, by minąwszy przepust prowadzący pod drogą kolejny ciek, nieco większy od niedawno mijanego, zatrzymać się, pokonawszy jeszcze kilkanaście metrów zaczynającego się tuż za przepustem kolejnego podjazdu.

– Co się stało? – zapytałem, opuszczając siodełko.

– Wgląda na koniec paliwa. Przy pałacu przestrzelili nam bak. Wprawdzie starałem się zatykać dziury kolanami, ale na dłuższą metę widać z marnym skutkiem. – Istotnie, nogawki spodni miał mokre i cuchnęły benzyną.

– Co robić?! Przecież mogą posłać kogoś naszym tropem! W taśmie zaś zostało raptem parę nabojów. A niech to!

– Może chwilowo schowamy się w przepuście pod drogą – zaproponował kapitan. – Chyba nas pomieści? Do zmierzchu niewiele już czasu zostało.

– Zgoda! Zmywajmy się z drogi! – Odczepiłem dwukółkę i sprowadziłem do przydrożnego rowu, a Huck w ślad za mną motocykl, po czym zapchaliśmy obydwa do wylotu przepustu. Na szczęście był na tyle obszerny, że z powodzeniem pomieścił nas i nasz eszelon, a i tak jeszcze zostało sporo wolnego miejsca. Przykucnąwszy pod ścianą na pasie suchego gruntu, z pistoletami gotowymi do strzału w dłoniach, mieliśmy nadzieję doczekać zmierzchu. Ale, jak na razie, nie miałem pojęcia, co dalej? Ba, tajemnicę dla mnie stanowiło również, dlaczego Huck obrał właśnie ten kierunek, a nie skręcił w stronę Roszkowa? Przecież tym sposobem wywiózł nas w głąb terenu zajmowanego przez Niemców! Chcąc rzecz wyjaśnić, zapytałem o to.

– Drogę w stronę Roszkowa przecinał okop, który dostrzegłem w ostatnim momencie, stąd taki wiraż. A do tego wiesz, jak tam do nas prażyli. Trzeba było wiać dokądkolwiek, byle dalej. A i tak załatwili by nas granatem. Dotąd nie mogę pojąć, jakim cudem tak długo nie wybuchał? Potem przypomniałem sobie, co mi mówił Jędrek, gdy po nocnym boju przy dworze wróciłem z nim do zbrojmistrza doładować taśmy. Pochodzi z Tworkowa – następnej na zachód wsi za Krzyżanowicami. Tam, na skraju tzw. „Siedlungu”, co można przetłumaczyć na osadę bądź osiedle, jego rodzice mają zagrodę. Podobno pierwsza z naszej strony i od następnej dzieli ją ponad sto metrów oraz jeszcze potok. Zagroda jest po prawej stronie drogi. Po lewej są pola. Aby do nich dotrzeć, jeszcze przed Tworkowem trzeba zjechać w lewo, w drogę odchodzącą na południe. Zapamiętałem z mapy to rozwidlenie. Przy drodze, kawałek przed ich zagrodą stoi wieża triangulacyjna, a więc dobry punkt orientacyjny. Wiedząc tyle, trudno by do nich nie trafić. Uznałem więc tam szukać schronienia i dopiero na miejscu poradzić się, jak wrócić do naszych? Niestety motocykl szlag trafił i nim już nigdzie nie dojedziemy. Zatem po zmierzchu wybierzemy się piechotą. Motocykl i wózek na razie tutaj zostanie.

Odetchnąłem z ulgą, wprawdzie niewielką, lecz zawsze z ulgą. Wyglądało na to, że ma jakiś plan, chociaż tylko częściowy, wydostania się z matni. Byle nas wcześniej Szkopy nie dorwały!

A gdy nadszedł czas, opuściliśmy kryjówkę i w gęstniejącym mroku ruszyli w drogę, ażeby po piętnastu minutach stanąć przed wrotami rodzinnej zagrody  Jędrka. I tym razem los do nas się uśmiechnął, gdyż droga była pusta. Rodzice Jędrka nie odmówili pomocy, chociaż wiele ryzykowali.

Nakarmieni, siedząc przy kuchennym stole, wspólnie rozważaliśmy jaką obrać drogę, by wrócić do Roszkowa. Z oczywistych względów szlak przez Krzyżanowice należało wykluczyć. Pozostawała jeszcze druga droga przez Hanowiec, na Nową Wioskę, a stamtąd wzgórzami do Roszkowa. Jednak trudno było zgadnąć czy tamtędy w ogóle da się przemknąć z wózkiem? W tym bowiem wypadku żaden z nas ani myślał o porzuceniu kaemu na dwukółce. Wszędzie czuwały chociażby tylko gminne straże, na tym terenie zdominowane przez Niemców. Co do motocykla, z bólem serca uznaliśmy, iż nie ma raczej szansy go zachować. Pchanie całego eszelonu nie wchodziło w rachubę. Cóż – trudno! Dodatkową niewiadomą był rezultat dzisiejszych zmagań o Krzyżanowice, w których jeszcze przed wieczorem umilkły strzały. Najprawdopodobniej więc przerwano natarcie i wieś nadal  pozostawała w niemieckich rękach, o czym świadczyła chociażby tylko dalsza tam obecność pociągu pancernego, którego wycofanie musiałoby przez nas zostać dostrzeżone. Przecież przepust od torów dzieliło nie więcej niż 700 metrów otwartego terenu. Ostatecznie stanęło na tym, że ojciec Jędrka, na rowerze, nazajutrz odwiedzi swego brata w Krzyżanowicach, rozezna sytuację i wróci przez Hanowiec. Dopiero potem zadecydujemy, co dalej? Do tego zaś czasu przeczekamy w stodole.

Z rekonesansu ojciec Jędrka wrócił wczesnym popołudniem. Wieści nie były pocieszające. Niemcy nie tylko utrzymali Krzyżanowice, ale późnym rankiem ponownie zajęli roszkowski dwór i wieś, z których powstańcy pono wycofali się jeszcze nocą. Podobnie z Rudyszwałdu i Zabełkowa, tak że w obecnej chwili po lewej stronie Odry naszych już nie było. Wyglądało więc na wyegzekwowanie przez dowództwo zakazu przekraczania Odry i powstańczych działań na zaodrzu. Dramat! W tej sytuacji pozostawało nam jedynie w jakiś sposób przedostać się za Odrę, chociażby wpław, zaś o zachowaniu dwukółki z kaemem nawet nie było co marzyć. No bo niby jak z nią pokonać rzekę? Nieliczne mosty obsadzone przez Niemców i dobrze pilnowane, a brodu bądź promu w pobliżu brak. A chociażby i nawet były, także by ich dobrze pilnowano. Zatem na motocyklu i wózku należało postawić krzyżyk. Głową muru nie przebijesz!

W nie najlepszych humorach doczekaliśmy zmroku, gdy to bezpiecznie można było przejść do chałupy na późną wieczerzę, w czasie której rozważaliśmy nad sposobem przedostania się za Odrę.

– Może by tak do Alojza na Przesicie – w pewnej chwili zaproponowała gospodyni.

– Ja, to jest dobro myśl – pochwalił ojciec Jędreka i wyjaśnił, co i jak. Owe Przesicie leżało w zakolu Odry i było ojcowizną matki Jędrka. Aktualnie gospodarował tam jej brat, Alojzy. Meandrująca Odra w tym miejscu wywijała łuk ku północy, by niebawem wrócić na południe tak, że przy podstawie zakola koryta rzeki dzieliło jedynie najwyżej 100 metrów. Wysokość zakola dochodziła kilometra, przy szerokości w szczycie mniej więcej 600 metrów. Teren Przesicia, jak wszystko z tej strony Odry, należał do Tworkowa. Jednak w trakcie regulacji bieg koryta rzeki wyprostowano, a liczne zakola odcięto od nurtu, jednak nie wszystkie. Starorzecza do których uchodziły cieki prowadzące wody z okolicznych terenów, musiały zachować łączność z korytem rzeki. Tak więc, na skutek regulacji, Przesicie znalazło się za Odrą, a jego obszar włączono do Bukowa. Przy tym jednak część gruntów gospodarstwa została także na lewym brzegu i właśnie większość tego matka Jędrka wniosła w małżeńskie wiano, podczas gdy brat Alojzy objął resztę i całość na drugim brzegu. W związku z tym, do komunikacji z zaodrzańską częścią gospodarstwa posiadał łódź, którą w razie potrzeby mógł nawet ratami przewozić plony, chociaż te zazwyczaj jednak transportował wozem przez most w Krzyżanowicach. Jednak w codziennej potrzebie używał łodzi, zaś niezbędnego do wykonania prac polowych sprzężaju zazwyczaj użyczał tworkowski szwagier. Można więc było mieć nadzieję, że to miejsce nie tak bardzo będzie pilnowane.

– Jutro pojadymy tam sadzić kartofle, to pójdziecie z nami. Alojz nos zoboczy i pewnie ku nom podejdzie, to sie dogodomy – zadecydował ojciec Jędrka.

Życząc gospodarzom i ich trzem córkom dobrej nocy, poszliśmy spać do stodoły. Jakież było nasze zdziwienie, kiedy nazajutrz Jędrek przywitał nas w kuchni!

– A ty skąd się tutaj znalazłeś? Powstanie się skończyło? – nie wytrzymałem. Okazało się, że zbrojmistrz Karol posłał go po amunicję zgromadzoną w ich zagrodzie, która miała czekać na powstańców. Teraz jednak przyszedł rozkaz potwierdzający zakaz podejmowania wszelkich akcji na zaodrzańskich terenach, więc Adamczyk postanowił ją ściągnąć do siebie, gdzie była bardzo potrzebna. Uznano, że najlepszym miejscem przerzutu będzie owe Przesicie, które Jędrek doskonale znał. No i wrócił do domu, nocą przez Odrę przeprawiony łódką przez wuja Alojzego.

– Ile tego jest?

– Sześć skrzynek.

Potwierdziły się zatem wieści o wycofaniu powstańców na prawy brzeg i oparcie frontu o koryto Odry. Nie było co zwlekać i korzystając z okazji, wiać póki jeszcze Niemców absorbowało zajmowanie miejscowości opuszczonych przez powstańców. Ba, ale zadania Jędrka nie dało się wykonać za dnia. No i w jakiś sposób te sześć skrzynek należało jeszcze dostarczyć na miejsce przerzutu. Na plecach nie da rady. Ale zaraz przypomniałem sobie o sadzeniu ziemniaków, co dawało świetną okazję zawiezienia ich na wozie pod sadzeniakami. Wnet przekonałem się, że i ojciec Jędrka pomyślał tak samo i przeznaczony do transportu trefny towar już znajdował się na dnie wozu, przysypany ziemniakami. Jednak przerzutu zamierzano dokonać dopiero nocną porą. Do tego czasu skrzynki musiały poczekać w ukryciu przy rzece.

Jędrek zaprzągł konia do wozu, podczas gdy siostry dołożyły nań jeszcze parę koszy sadzeniaków. Gospodarz wdrapał się na górę, ujął lejce i cmoknąwszy na konia, zakomenderował: Wio! Wóz ruszył, a my, w piątkę, za nim. W tym bowiem wypadku, prócz nas dwu i Jędrka, dołączyły jeszcze dwie jego siostry – Irka i Agnieszka. Nieśliśmy puste wiklinowe koszyki, zarzucone na plecy. Pora była wczesna, ale na mijanych polach – tu i tam – także już zaczynali się krzątać inni. Przez nikogo nie niepokojeni, jeszcze przed „naszym” przepustem, zjechaliśmy z gościńca w polną drogę, by po przekroczeniu torów przejazdem, troszkę cofnąć się i potem pośród pól obrać kurs na Odrę. Wóz stanął w bliskim sąsiedztwie rzeki, pomiędzy dwoma zakolami teraz przeciętych nowym korytem, za którym leżało Przesicie. Udając całkowity brak zainteresowania drugim brzegiem, zabraliśmy się za robotę. Kosze załadowano sadzeniakami, a konia zaprzęgnięto do pługa. Jędrek ujął lejce, ojciec rączki pługa i ruszyli, ciągnąc pierwszą bruzdę, a my ich śladem. Ja z kapitanem nieśliśmy kosze, z których dziewczyny brały ziemniaki i sadziły w bruździe – i tak do pory „pośniadka”, gdy dla złapania tchu i skrzepienia nadwątlonych sił siedliśmy obok wozu. Jednak po upływie 30 – 40 minut, znów przystąpiliśmy do roboty, by teraz, już bez przerw, poświęcić się tylko ziemniakom aż do późnego popołudnia, gdy to ostatni spoczął w ziemi. Była sobota, więc z robotą tak się należało uwinąć, żeby nic z niej nie pozostało na przyszły tydzień. W końcu obiad można było spożyć w późniejszej niż zazwyczaj porze. W czasie, gdy Jędrek z ojcem zaorywali ostatnią bruzdę, rozglądnąwszy się wokoło, zanieśliśmy skrzynki nad brzeg Odry i złożyli w niewielkim zagłębieniu na skarpie starorzecza, okrywając je zeschłą trzciną, której trzy spore kopki stały w sąsiedztwie. W międzyczasie oracze skończyli robotę. Pług załadowano na wóz, a koń znów stanął przy dyszlu. Strudzone bractwo zajęło miejsca na wozie i można było wracać do domu na spóźniony obiad, po którym dziewczyny zabrały się za sprzątanie kuchni, by na niedzielę w niej wszystko lśniło. My zaś siedliśmy z ojcem Jędrka w „laubie” – drewnianej altance, przez którą wiodło wejście do chałupy, Jędrek z matką znikł w izbie. Gospodarz obawiał się, że teraz, po wycofaniu powstańców za Odrę, Niemcy na pewno nie dadzą mu spokoju. Przecież dobrze wiedzieli, że opowiadał się za Polską. Dlatego był zadowolony, że skrzynki z amunicją znikły z gospodarstwa, które na pewno zostanie dokładnie przeszukane. Potem rozmowa zeszła na powstanie i jego szanse na powodzenie oraz nasz powrót za Odrę. Tu zapytał, czy aby przypadkiem nie dało by się jakoś zatkać przestrzelin w baku motocykla? Wtedy odpadła by konieczność pchania go i wózka nad Odrę. Benzyny ma ze trzy litry. Tyle chyba nam wystarczy? Klepnąwszy się dłonią w czoło, Huck zapytał o korki do butelek.

– Ano benzyna jest w zatkanych litrokach po gorzole[1]. Takie frupy[2] sie wom chyba zdadzą?

– Oczywiście! A chociażby i nawet były ciut za duże, przestrzeliny można powiększyć na tyle, żeby pasowały. – W tym celu kapitan zaraz zabrał się za struganie zaostrzonego kołka, który w razie potrzeby miał posłużyć za rozwiertak.

Dobrze nam się rozmawiało i ani się człek spostrzegł, a tu już zaczął zmierzch zapadać. Poszedłem do stodoły po swój chlebak i raportówkę kapitana, w której zaraz schował przygotowany kołek. Zjawił się także Jędrek, z wojskowym chlebakiem na pasku. Jeszcze tylko szybka wieczerza, podziękowanie za gościnę i poratowanie w potrzebie, i nadeszła pora pożegnania. Ojciec Jędrka znikł gdzieś na chwilę, lecz wnet wrócił z trzema granatami w dłoniach.

– Mocie na droga! Handgranaty[3] mogą sie wom przydać. Tu zaś nic już po nich – wręczył każdemu po jednym. Jędrek wetknął swój za pasek, ja schowałem do chlebaka, Huck w raportówce, z której jednak wystawał kawałek trzonka. Otrzymawszy błogosławieństwo na drogę, można było ruszać. Tymczasem okolicę ogarnęły już ciemności, zaś księżyc w nowiu zapewniał je aż do świtu. Drogą założyliśmy znów powstańcze opaski i przewiesili kabury Mauserów spod kurtek na wierzch. Dotarłszy do polnej drogi odchodzącej w kierunku Odry, chwilowo pożegnaliśmy Jędrka, który najkrótszą trasą, częściowo nawet na przełaj, miał pójść w umówione miejsce nad rzeką, na wszelki wypadek omijając przejazd przez tory. Wszak jego zadaniem było przerzucenie amunicji na drugi brzeg, dlatego nie chcieliśmy zawracać mu głowy naszymi sprawami, które niestety musiały zabrać nieco czasu.

– Wujek Alojzy na pewno będzie już na ciebie czekał. My w międzyczasie spróbujemy zatkać dziury w baku korkami i uruchomiwszy motocykl, do was przyjedziemy. Byle motocykl i wózek zmieściły się w łodzi. No, to bywaj, Jędrku! Do rychłego zobaczenia – zakończył Huck, klepnąwszy chłopaka w ramię. Jędrek znikł w mroku, my zaś podążyliśmy dalej w stronę Krzyżanowic, do bliskiego już przepustu kryjącego nasz środek lokomocji i wózek z kaemem. Po dotarciu na miejsce, rozglądnąwszy się wokoło, zeszliśmy do przepustu. Krótki  błysk latarki ukazał wszystko w takim porządku, w jakim go pozostawiono. Odkorkowałem przyniesioną butelkę z benzyną i podałem korek kapitanowi. Przymierzył go do dziurki po pocisku.

– Trochę za duży. Trzeba powiększyć otwór – zdecydował, chowając korek w kieszeni i z raportówki wydobył kołek – rozwiertak. Jego zaostrzony koniec wepchnął w dziurę i kręcąc nim energicznie, powiększył otwór. Po chwili ponownie przypasował korek.

– Jeszcze ciut i będzie dobry. – Parę dodatkowych młynków i znowu przymiarka.

– Wystarczy, bo przecież korek trzeba wbić! – Poświecił latarką pod nogi i podniósł niezbyt duży kamień, natychmiast użyty w charakterze młotka.

– Jedna zatkana! Zaraz uwinę się z drugą. – Sięgnął po odstawioną pod ścianą  drugą butelkę z benzyną i odkorkował. Ten również był za duży, wobec czego „rozwiertak” znów poszedł w ruch i wkrótce druga przestrzelina także została zatkana. Otwarłem wlew do baku i kolejno opróżniłem trzy butelki, podczas gdy Huck mi przyświecał, równocześnie sprawdzając szczelność korków.

– Nie cieknie! – Stwierdził zadowolony, a ja na powrót zatkałem wlew. Wspólnymi siłami zawróciliśmy motocykl, a następnie dwukółkę i zamocowali jej dyszel w uchwycie, a na koniec – z przyzwyczajenia – opłukali dłonie w potoczku. Zgaszoną latarkę schowałem w chlebaku.

– Możemy ruszać. Motor uruchomimy na zewnątrz – zadecydował Huck, ujmując rączki kierownicy. Oparłem dłonie o tylny błotnik, by pomóc wypchać eszelon z przepustu.

– Händy hoch und hinausgehen[4]! – znienacka, jak piorun, raziła nas niemiecka komenda, z sekundowym opóźnieniem powtórzona także z drugiej strony przepustu. I zaraz padł strzał. Zajęczał rykoszet odbity od ściany! Zawtórowały mu dwa strzały oddane z drugiej strony uzmysławiając nam, co nas czeka w razie ujęcia. Nie czekając następnych, padliśmy na ziemię, lądując częściowo we wodzie.

– Romku! Granaty! Ty do tyłu, ja do przodu. Ale trzeba je tak cisnąć, żeby nie być w bezpośrednim polu rażenia. Kapujesz? – wysapał pomiędzy jednym a drugim strzałem.

– Dobrze! – W tym celu trzeba było dotrzeć w pobliże wylotów przepustu. Pomimo jęczących nad głową rykoszetów, zacząłem pełzać w stronę przeciwnika. Po chwili już wiedziałem, gdzie się znajduje, orientując się po błyskach wystrzałów. Trzech facetów, jeden z jednaj, dwu z drugiej strony, troszkę z boku tak, żeby nie zostać trafionym  przez kamratów z przeciwka, chociaż przy rykoszetach i to mogło się przydarzyć. Widocznie jednak Niemcy tego nie uwzględnili.

Kapsel won! Cap za kulkę zwisającą z trzonka na krótkim sznurku, szarpnięcie i uniósłszy się troszkę, pchnąłem granat na zewnątrz, natychmiast wycofując się w głąb. Krótki błysk rozjaśnił mrok i grzmotnęło potężnie od strony Hucka. W sekundę lub w dwie później, to samo z mojej strony. Ktoś wrzasnął boleśnie. Umilkły strzały. Ktoś skamlał: „O Herr Je!”[5]

Nie tracąc ni chwili, złapaliśmy motocykl i wypchali na zewnątrz. Na ziemi niewyraźnie majaczyły dwa ciemniejsze kształty.

– Hilfe! Hilfe! – jeden z nich wzywał pomocy słabym głosem. Trąciwszy coś nogą, odruchowo schyliłem się, wyciągając rękę. Karabin! Podniosłem i wrzuciłem do wózka. Podczas, gdy Huck kopał w dźwignię rozrusznika, poszukałem drugiego. Przecież z tej strony strzelało do nas dwu drabów! Po chwili znalazłem I on wylądował we wózku. Niemal równocześnie silnik zapalił. Kapitan potrzymał go chwilkę na wolnych obrotach, po czym zajęliśmy miejsca w siodełkach. Jeszcze chwila postoju dla rozgrzania silnika, która wydawała mi się niemal wiekiem i wreszcie ruszyliśmy przydrożną łączką w stronę drogi prowadzącej przejazdem przez tor kolejowy ku Odrze. Jadąc wolno na pierwszym biegu, po jakimś czasie motor dotarł do polnej drogi. Skręciwszy w nią, troszkę szybciej ruszyliśmy w stronę toru, od którego dzielił nas dystans około 700 metrów. Jak na razie nikt za nami nie gonił, nie strzelał i jedynie odgłosy pracującego silnika zakłócały nocną ciszę. Podążając nieomal po omacku zrytą koleinami drogą, motocykl wolno zbliżał się  do przejazdu. W tym czasie moje oczy na tyle już przywykły do mroku, że nawet zacząłem cokolwiek wokół siebie rozróżniać. Huck chyba wcześniej. W przeciwnym razie jakim cudem prowadziłby motocykl bezpiecznym kursem? Wlekliśmy się więc żółwim tempem w stronę torów, od których do miejsca przerzutu dzielił nas następny prawie kilometr. Lecz oto przed nami zamajaczyła ciemna linia kolejowego nasypu. Raptem od przejazdu zajazgotał karabin maszynowy, błyskając z lufy ogniem wylotowym! Wypluł długą serię, na szczęście za krótką. Huck natychmiast zjechał w przydrożny rów. Zeskoczyliśmy z motocykla, który w pozycji półleżącej oparł się o skarpę, na wolnych obrotach pykając z rury wydechowej. Przeciwnik przed nami nie przerywał ognia, prażąc teraz jednak krótszymi seriami. Świstały pociski, jęczały rykoszety. Kaem dobrze wstrzelany w kierunek, na wyczucie przenosił ogień w głąb, to znów skracał dystans. Przygwożdżeni do ziemi, chroniliśmy się w niezbyt głębokim rowie. O dalszej jeździe nie było nawet co marzyć! Huck wyłączył zapłon. Umilkł silnik i teraz jedynie jazgot kaemu rozdzierał nocną ciszę. Jak długo tak siedzieliśmy? Nie wiem. Nagle, przed nami, krótki błysk na moment rozświetlił mrok i huk wybuchu poniósł się po okolicy. Zamilkł wraży karabin maszynowy. Wyglądało na to, że został uciszony wybuchem. Po chwili doszedł nas stuk kół na styku szyn i wnet następny, niemal bezgłośnie posuwającego się torem pojazdu. Na myśl przyszła mi zaraz owa „pancerna” drezyna. Czyżbyśmy z nią znów mieli do czynienia? Oddalające się stuki na następnych stykach szyn świadczyły, że to coś coraz szybciej wycofuje się w stronę Krzyżanowic. Kapitan uruchomił motocykl. Wyjechaliśmy na drogę i ruszyli ku niedalekiemu już przejazdowi. Tu jednak drogę blokował ów opancerzony wózek torowy, samotnie stojący na środku przejazdu, porzucony przez obsługę drezyny. Ani go minąć z prawej, ani z lewej. Wtem ktoś wyszedł zza „pancerki”. Złapałem za pistolet.

– Nie strzelejcie! To jo – rozpoznałem głos Jędrka. Zeskoczyliśmy z siodełek. Huck postawił motor na stopkach i podeszliśmy.

– Ty ich załatwiłeś granatem? – zapytałem.

– Ja! Wciepołech im do środka tacino handgranata[6].

Miał chłopak głowę na karku! Ale jakim cudem tutaj się znalazł? Nie było jednak czasu na pytanie. Zaalarmowani Niemcy z Krzyżanowic wnet mogli tu się zjawić. Przepchaliśmy „pancerkę” za przejazd. Drzwiczki do niej były otwarte. Widocznie wybuch je otworzył. Wyjąłem latarkę i zaświeciłem do środka. Szarpnęło mi żołądkiem! Gulasz! Na podłodze leżał też elkaem 08-15, z dwunogiem przy końcu lufy. Na bocznych ściankach, poniżej otworów strzelniczych, umocowano niewielkie półki, o które obsługa opierała nóżki kaemu. Pod przednią ścianką zauważyłem amunicyjne skrzynki z taśmami. Przełamując opory, wszedłem do środka.

– Masz, trzymaj! – podałem elkaem, a potem kolejno skrzynki z amunicją. Wprawdzie kaem miał poszarpaną chłodnicę, z której wyciekła woda, ale poza tym wydawał się nie uszkodzony. I on z amunicją wylądował we wózku, teraz już niemal kopiasto załadowany. Na wszelki wypadek, jedną ze zdobycznych taśm zaraz założyłem do naszego „emgie”. Siedliśmy na siodełkach. Kapitan z Jędrkiem na motocyklu, ja za cekaemem, na dyszlu dwukółki i ruszyli w stronę miejsca przeprawy przez Odrę, wlokąc się na pierwszym biegu, ale i też ciężar eszelonu na pewno już przekraczał siłę uciągu motocykla. Jednak szczęśliwie udało się dotrzeć na miejsce. Huck zgasił silnik. Przy brzegu, w łodzi, czekał wuj Alojzy. Naturalnie łódź była za mała, aby pomieścić nas z całym ładunkiem. W tym celu niezbędne były dwa lub trzy kursy. Odpiąłem dwukółkę, a następnie jednocząc siły, załadowaliśmy do łodzi motocykl. Dodałem do tego pięć skrzynek taśmowanej amunicji, zdobyczne 08-15 i karabiny. Dla nas, we wózku, zostawiłem cztery taśmy. Dla naszego „emgie” również wypadało mieć jakiś zapas nabojów.

Po jakimś czasie łódź wróciła. Jędrek z Huckiem wyskoczyli na brzeg i załadowali czekające na przerzut skrzynki z amunicją. Załadowawszy ostatnią, odpłynęli z wujkiem Alojzym. Po upływie kilkunastu minut łódź znowu wróciła, ale już bez Jędrka. Wspólnymi siłami udało się wstawić do łodzi wózek. Wuj Alojzy natychmiast odbił od brzegu. Może gdzieś na środku nurtu, z miejsca które dopiero co opuściliśmy, doleciało nas gromkie:

– Halt! Halt! – A zaraz potem padło kilka strzałów. Dla rozjaśnienia mroku kryjącego rzekę podpalono jedną z kopek zeschłej trzciny. W założeniu Niemców pomysł może i dobry, lecz wnet się okazało, że nie do końca. Owszem, rzekę oświetlono, ale siebie również. Nim trzcina na dobre się rozpaliła, zdążyłem przyklęknąć za cekaemem, skierować lufę w ich stronę i nie czekając zachęty, wygarnąć długą serię, zaraz poprawioną następną. Niemraszki rozprysły się  we wszystkie strony, byle dalej od ogniska. Kilku padło na ziemię. A ja grzałem dalej, obejmując ogniem cały sektor. Raptem, z Przesicia, do akcji włączył się drugi kaem, plując długą serią. Teraz już nikt za nami nie wrzeszczał „halt”, a jedyne co było słychać, to zawodzenia rannych i wzywanie pomocy. Jeszcze tylko raz błysnął tam ognik wystrzału, a ja natychmiast to miejsce przestebnowałem serią, której zawtórował kaem z Przesicia. Odtąd nikt już nam się nie naprzykrzał i łódź, bezpiecznie wpłynąwszy na starorzecze, po przebyciu jeszcze kawałka drogi, dobiła do brzegu w miejscu osłoniętym krzakami. Tu, bez problemów, wyciągnęliśmy wózek na brzeg. Tymczasem kaem z naszego brzegu, co jakiś czas siał krótkimi seriami, tym sposobem nie dopuszczając do konsolidacji sił przeciwnika. Pod jego osłoną ściągnęliśmy z nad rzeki uprzednio przywieziony motocykl i amunicję. A gdy już wszystko znalazło się w bezpiecznym miejscu, także kaemiści odskoczyli do tyłu. I wtedy okazało się, że to Jędrek z drugim chłopakiem, zaś karabin maszynowy, to elkaem z rozbitej „pancerki”. Jakim cudem tak długo funkcjonował bez chłodzenia? Towarzyszem Jędrka był  kuzyn z Przesicia. Dopiero teraz mogłem stwierdzić, jak pojętnym uczniem był Jędrek, którego przecież tylko pobieżnie zaznajomiłem z obsługą naszej „maszynki”, znów nie aż tak wiele różniącej się od zdobytego 08-15. Trudno zgadnąć, jak celne były jego strzały, ale trzeba przyznać, że na pewno w znacznym stopniu przyczyniły się do ostudzenia bojowego zapału Szkopów, którzy w czwartkowym boju nie przeoczyli naszej ucieczki i później pewnie także znaleźli eszelon ukryty w przepuście. I tu przedobrzyli. Mogli go przecież zabrać, ale im się widziało również złapanie jego obsługi i dlatego najpewniej, na wabika i osłabienia naszej czujności, pozostawili wszystko na miejscu, mając jednak stale je na oku, a już szczególnie po zmierzchu, gdyż przecież tylko nocą mogliśmy podjąć próbę wyprowadzenia depozytu z przepustu. Trafnie też przewidzieli kierunek odwrotu, na wszelki wypadek stawiając nam na drodze blokującą „pancerkę”. Wiedzieli też, że nie mamy już amunicji do kaemu. Pech w tym, iż zajęci ostrzałem, nie zwracali uwagi na tyły, co umożliwiło Jędrkowi  dotarcie w pobliże i wrzucenie granatu do środka, bowiem „pancerka” nie była zadaszona, a jedynie z boków osłonięta stalowymi burtami ponad metrowej wysokości. Gdyby jednak towarzysze obsługi kaemu z drezyny po wybuchu włączyli się do akcji tylko ze swymi karabinami, nie wiem czy udało by nam się przekroczyć tor? Jednak spanikowali i porzuciwszy rozbitą „pancerkę”, spiesznie wycofali się do Krzyżanowic. No cóż, strach ma wielkie oczy, szczególnie nocą. Jędrek zaś w drodze nad Odrę, podczas przekraczania torów, natknął się na manewrującą „pancerkę”, która jednak odjechała w stronę drogi i przejazdu. W mig zrozumiał czym to nam zagraża. Nie poszedł więc nad rzekę, lecz ruszył także w stronę przejazdu i w odpowiedniej chwili zrobił dobry użytek z wręczonego przez ojca granatu. Na pewno zasłużył na bojowe odznaczenie. Postanowiliśmy więc, natychmiast po powrocie do sztabu III baonu, wystąpić do Adamczyka ze stosownym wnioskiem.


 

[1]         litroki po gorzole – butelki litrowe po wódce;

[2]         frup – korek;

[3]         handgranaty – ręczne granaty;

[4]         Händy hoch… – ręce do góry i wychodzić;

[5]         O Herr Je! – O Panie Jezu;

[6]         Wciepołech im… – wrzuciłem im do środka granat taty;

Skip to content